Romeo i Julia Tragedya w 5 Aktach

Part 6

Chapter 6 3,619 words Public domain Markdown

*O. Laurenty.* Przestańcie! Rozpacz nie leczy rozpaczy. Nadobne dziecię to było własnością Zarówno nieba jak i waszą; niebo Zabrało swoją część; tem lepiej dla niej: Wyście nie mogli waszej części ziemskiej Ustrzedz od śmierci, ale część jej lepszą Niebo zachowa w wiekuistym życiu. Jej wywyższenie było szczytem waszych Życzeń i dążeń; W niem zakładaliście Swój raj na ziemi, i płaczecież teraz I rozpaczacież, widząc ją wzniesioną Ponad obłoki do istnego raju? O, zła to miłość jęczeć z żalu wtedy, Kiedy tym, których kochamy, jest dobrze. Nie ta dziewica dobrze poszła za mąż, Co długie lata przeżyła w zamęściu, Lecz ta, co młodo zamężną umiera. Połóżcie tamę łzom i, umaiwszy To piękne ciało liśćmi rozmarynu, Każcie je, wedle zwyczaju, niebawem W świątecznych szatach zanieść do kościoła. Świętymi wprawdzie są boleści prawa, Przecież rozsądek z łez się naigrawa.

*Kapulet.* Cośmy na gody poprzysposabiali, To musi teraz posłużyć na pogrzeb: Weselna uczta zamieni się w stypę, Dźwięk strun w jęk dzwonów, pieśni w smętne treny, Mirtowy wieniec martwą skroń otoczy, Słowem, wszystko się w opak przeistoczy.

*O. Laurenty.* Wyjdźcie stąd państwo, i ty, hrabio, także. Niech się gotuje każdy odprowadzić Te piękne zwłoki na wieczny spoczynek. Snadź niebo na was o coś zagniewane; Nie jątrzcież jego gniewu jeszcze gorzej Oporem przeciw świętej woli Bożej.

_(Wychodzą: Kapulet, pani Kapulet, Parys i O. Laurenty)._

*Pierwszy muzykant.* Trzeba nam podobno schować dudy w miech i wynieść się za drzwi.

*Marta.* Tak, tak, schowajcie swoje instrumenty, Poczciwi ludzie, niema tu co robić.

*Druugi muzykant.* Może-ć się jeszcze co znajdzie.

_(Wchodzi Piotr)._

*Piotr.* Zagrajcie mi na basetli, panowie muzykanci, zagrajcie mi na basetli, jeżeli mi dobrze życzycie.

*Pierwszy muzykant.* Dlaczego na basietli?

*Piotr.* Bo moja dusza gra teraz na drumli. Zagrajcie mi co smętnie skocznego dla rozweselenia.

*Pierwszy muzykant.* Daj nam waść pokój; nie pora teraz do gędźby.

*Piotr.* Nie chcecie zatem?

*Muzykanci.* Nie.

*Piotr.* Czekajcie, zapłacę wam za to.

*Pierwszy muzykant.* Czem takiem?

*Piotr.* Nie brzęczącą monetą, jak mi Bóg miły! ale bitą monetą: monetą godną rzępołów.

*Pierwszy muzykant.* To my się waćpanu równą monetą odpłacimy: monetą godną lokajów.

*Piotr.* Wprzód ja wam lokajską klingą zagram po brzuchu.

*Drugi muzykant.* Schowaj waćpan swój rożen, a wydobądź lepiej swój dowcip.

*Piotr.* Strzeżcie się ostrza mego dowcipu, bo was przeszyje na wylot. Baczność!

_(Śpiewa)._

Gdy z piersi płynie jęk, A serce żal rozkrwawia, Muzyki srebrny dźwięk... Dlaczego _srebrny dźwięk?_ Dlaczego _muzyki srebrny dźwięk?_ Cóż waść na to, mości prymusie gajdo?

*Pierwszy muzykant.* Jużci dlatego, że srebro ma dźwięk miły.

*Piotr.* Brawo! a waść co na to, mości klawicymbale?

*Drugi muzykant.* Dlatego, sądzę, że muzykanci grają za srebro.

*Piotr.* Brawo także! A waść co o tem sądzisz, mości kaleczy-uchu?

*Trzeci muzykant.* Nie wiem doprawdy, co o tem sądzić.

*Piotr.* No, to ja ci powiem: _Muzyki srebrny dźwięk_ mówi się dlatego, że takie jak wy niedołęgi rzadko kiedy złota za muzykę dostają.

_(Wychodzi, śpiewając)._

Muzyki srebrny dźwięk Natychmiast ulgę sprawia.

*Pierwszy muzykant.* Cóż to za bezczelny łotr z tego hultaja?

*Drugi muzykant.* Pal go kaci! Zejdźmy tam na dół wmieszać się między orszak żałobny i czekać, rychło co spadnie z półmiska.

_(Wychodzą)._

AKT PIĄTY.

SCENA I.

Mantua. Ulica.

_Wchodzi Romeo)._

*Romeo.* Jeżeli można ufać sennym wróżbom, Wkrótce mię czeka jakaś wieść radosna. Król mego łona oddycha swobodnie, I duch mój przez dzień cały niezwyczajnie Lekkim nad ziemię wznosi się polotem. Śniłem, że moja ukochana przyszła I że znalazła mię nieżywym (dziwny Sen, co pozwala myśleć umarłemu!), Lecz ona swymi pocałowaniami Tyle tchu wlała w martwe moje usta, Żem nagle odżył i został cesarzem. Ach, jakże słodką jest miłość naprawdę, Kiedy jej mara taką rozkosz sprawia!

_(Wchodzi Baltazar)._

Wieści z Werony!--Cóż tam, Baltazarze? Czy mi przynosisz list od Laurentego? Co robi Julia? Czy zdrów jest mój ojciec? Jak się ma Julia? Po raz drugi pytam, Bo nie ma złego, jeśli jej jest dobrze.

*Baltazar.* Wszystko więc dobrze, bo jej już źle nie jest, Ciało jej leży w lochach Kapuletów, A duch jej gości między aniołami. Widziałem, jak ją złożono do sklepień, I wziąłem pocztę, aby o tem panu Donieść czemprędzej. Przebacz pan, że taką Złą wieść przynoszę; wszakże uwiadamiać Pana o wszystkim byłem w obowiązku.

*Romeo.* Maż to być prawdą? Zgaśnijcie więc, gwiazdy! Wszak wiesz, gdzie mieszkam? Przynieś mi papieru I atramentu, idź potem na pocztę Zamówić konie. Wyjeżdżam tej nocy.

*Baltazar.* Wybacz pan, ale tak go nie zostawię; Wyglądasz blado, ponuro i wzrok twój Coś niedobrego zapowiada.

*Romeo.* Cicho Mylisz się; zostaw mię, zrób, com kazał. Czy nie masz listu od księdza?

*Baltazar.* Nie, panie.

*Romeo.* Mniejsza mi o to. Idź zamówić konie: Wkrótce pospieszę za tobą.

_(Wychodzi Baltazar)._

Tak, Julio! Tej jeszcze nocy spocznę przy twym boku; O środek tylko idzie.--O, jak prędko Zły zamiar wnika w myśl zrozpaczonego! Gdzieś niedaleko stąd mieszka aptekarz; Przed paru dniami widziałem go, pomnę, Jak zasępiony, w podartem odzieniu, Przebierał zioła; zapadłe miał oczy, Ciało od wielkiej nędzy jak wiór wyschłe. W nikczemnym jego sklepiku żółw wisiał, Wypchany aligator obok szczątków Dziwnego kształtu ryb; na jego półkach Leżała tu i ówdzie zbieranina Próżnych flasz, słojów, zielonych czerepów, Pęcherzów, stęchłych nasion; resztki sznurków I zapleśniałe kawałki lukrecyi. Na widok tego pomyślałem sobie: Komuby była potrzebna trucizna, Której w Mantui sprzedaż gardłem karzą, Niechajby przyszedł do tego hołysza, On-by dostarczył mu jej. Myśl ta była, Niestety! wróżbą mej potrzeby własnej; Sam w niej dziś jestem i tenże sam człowiek Z potrzeby będzie musiał jej zaradzić. Jeżeli się nie mylę, tu on mieszka; Z powodu święta kram jego zamknięty.-- Hej! aptekarzu!

_(Wchodzi aptekarz)._

*Aptekarz.* Któż to woła takim Donośnym głosem?

*Romeo.* Zbliż się tu, człowieku. Widzę, że jesteś w niezamożnym stanie; Weź te czterdzieści dukatów, a daj mi Drachmę trucizny takiej, coby mogła Po wszystkich żyłach rozejść się od razu I nienawistne życie odjąć temu, Co jej zażyje; coby tak gwałtownie Wygnała oddech z piersi, jak gwałtownie Lontem dotknięty proch wypędza pocisk Z czeluści działa.

*Aptekarz.* Mam ja taki środek; Ale w Mantui prawo śmiercią karze Każdego, co się waży go udzielić.

*Romeo.* Tak bardzo jesteś biedny, tak cię srodze Los upośledza i boisz się umrzeć? Głód z twych lic, z oczu patrzy niedostatek; Łatana nędza wisi na twym grzbiecie; Świat ci nie sprzyja, ani prawo świata, Bo świat nie daje-ć prawa być bogatym; Drwij więc z praw, przyjm to i przestań być biednym.

*Aptekarz.* Ubóstwo, a nie chęć skłania mnie uledz.

*Romeo.* Ubóstwo twoje też, nie chęć opłacam.

*Aptekarz.* Weź pan to, rozczyń w jakimkolwiek płynie I płyn ten wypij, a choćbyś miał siłę Trzydziestu ludzi, wnet wyzioniesz ducha!

*Romeo.* Oto masz złoto, tę truciznę zgubną Dla duszy ludzkiej, która więcej zabójstw Na tym obmierzłym świecie dokonywa, Niż owe marne preparata, których Pod karą śmierci sprzedać ci nie wolno. Nie ty mnie, ja ci sprzedałem truciznę. Bądź zdrów: kup strawy i odziej się w mięso.-- Kordyale, nie trucizno, pójdź mi służyć U grobu Julii, bo tam cię mam użyć.

_(Rozchodzą się)._

SCENA II.

Cela O. Laurentego.

_(O. Laurenty sam)._

*Brat Jan* _(za sceną)._ Otwórz, wielebny ojcze franciszkanie.

*O. Laurenty.* Toć nie czyj inny glos jak brata Jana.

_(Otwiera drzwi)._

Witaj z Mantui! Cóż Romeo? Masz-li Ustną odpowiedz jego, czy na piśmie?

_(Wchodzi Brat Jan)._

*Brat Jan.* Kiedy za jednym bosym zakonnikiem Naszej reguły, który miał iść ze mną, I był przy chorym, poszedłem na miasto I jużem znalazł go, miejscy pachołcy, Podejrzewając, żeśmy byli w domu Tkniętym zarazą, opieczętowali Drzwi i nie chcieli nas puścić na zewnątrz. Nie mogłem się więc udać do Mantui.

*O. Laurenty.* Któż tedy zaniósł mój list do Romea?

*Brat Jan.* Nikt go nie zaniósł--oto jest; nie mogłem Ani go posłać do Mantui, ani Wam go odesłać, tak nas pilnowano.

*O. Laurenty.* Nieszczęsny trafie! ten list był tak ważny! Niedoręczenie go może fatalne Skutki sprowadzić. Biegnij, bracie Janie; Postarajno się gdzie o drąg żelazny I tu go przynieś.

*Brat Jan.* Natychmiast przyniosę.

_(Wychodzi)._

*O. Laurenty.* Muszę czemprędzej spieszyć do grobowca. W ciągu trzech godzin Julia się przebudzi. Gniewać się na mnie będzie, żem Romea Nie uwiadomił o tem, co się stało; Ale napiszę do niego raz jeszcze I tu ją skryję do jego przybycia. Biedny ty prochu: w grobie już za życia!

_(Wychodzi)._

SCENA III.

Cmentarz; na nim grobowiec rodziny Kapuletów.

_(Wchodzi Parys z Paziem, niosącym kwiaty i pochodnię)._

*Parys.* Daj mi pochodnię, chłopcze, i idź z Bogiem. Lub zgaś ją, nie chcę, żeby mię widziano. Idź się położyć owdzie pod cisami I ucho przyłóż do ziemi, a skoro Usłyszysz czyje kroki na cmentarzu, Którego ryty grunt łatwo je zdradzi, Wtedy zagwizdnij na znak, że ktoś idzie. Daj mi te kwiaty. Idź, zrób, jakem kazał.

*Paź.* Strasznie mi będzie pozostać samemu Wpośród cmentarza; jednakże spróbuję. */

_(Oddala się)._

*Parys.* Drogi mój kwiecie, kwieciem posypuję Twe oblubieńcze łoże; drogi grobie, Który w obrębie swoim przechowujesz Najdoskonalszy wzór utworu Boga! Urocza Julio, towarzyszko niebian! Przyjm tę ostatnią ofiarę ode mnie, Com cię za życia wielbił i po śmierci Czcią niewygasła święcę twój grobowiec.

_(Paź gwiżdże)._

Chłopiec mój daje hasło; ktoś się zbliża. Czyjaż to stopa śmie nocą tu zmierzać I ten żałobny mój przerywać obrzęd? Z pochodnią nawet! Odstąpmy na chwilę.

_(Oddala się)._

_(Wchodzi Romeo i Baltazar z pochodnią, oskardem, i t. p.)._

*Romeo.* Podaj mi oskard i drąg. Weź to pismo; Oddasz je memu ojcu jak najraniej. Daj no pochodnię. Co bądź tu usłyszysz, Albo zobaczysz, pamiętaj, jeżeli Miłe ci życie, pozostać z daleka I nie przerywać biegu mej czynności. W to łoże śmierci wejść chcę częścią po to, Aby zobaczyć tę, co w niem spoczywa, Lecz głównie po to, aby zdjąć z jej palca Szacowny pierścień, który mi do czegoś Ważnego nieodbicie jest potrzebny. [Page 85] Idź więc, zastosuj się do moich życzeń. Gdybyś zaś płochą zdjęty ciekawością Wrócił podglądać dalsze moje kroki, Na Boga, wszystkie kości-bym ci roztrząsł I posiał niemi ten niesyty cmentarz. Umysł mój dziko jest usposobiony, Niepowstrzymaniej i nieubłaganiej, Niż głodny tygrys lub wzburzone morze.

*Baltazar.* Odejdę, panie, i będę-ć posłuszny.

*Romeo.* Okażesz mi tem przyjaźń. Weź ten worek, Poczciwy chłopcze, bądź zdrów i szczęśliwy.

*Baltazar.* Bądź co bądź, stanę tu gdzie na uboczu, Bo mu zły jakiś zamiar patrzy z oczu.

_(Oddala się)._

*Romeo.* Czarna pieczaro, o! ty wnętrze śmierci, Tuczne najdroższym na tej ziemi szczątkiem, Otwórz mi swoją zardzewiałą paszczę, A ja ci nową żertwę rzucę za to.

_(Odbija drzwi grobowca)._

*Parys.* To ten wygnany, zuchwały Monteki, Co zamordował Tybalta, po którym Żal, jak mniemają, sprowadził śmierć Julii; I on tu przyszedł knuć jeszcze zamachy Przeciw umarłym; muszę go przytrzymać.

_(Postępuje naprzód)._

Spuść świętokradzką dłoń, niecny Monteki! Możeż się zemsta aż za grób rozciągać? Skazany zbrodniu, aresztuję ciebie; Bądź mi posłuszny i pójdź; musisz umrzeć.

*Romeo.* Muszę zaprawdę, i po tom tu przyszedł. Młodzieńcze, nie drażń człowieka w rozpaczy; Zostaw mię, odejdź; pomyśl o tych zmarłych I zadrżyj. Błagam cię na wszystkie względy, Nie wal nowego grzechu na mą głowę, Przyprowadzając mię do pasyi; odejdź! Na Boga, życzę ci lepiej, niż sobie; Bom ja tu przyszedł przeciw sobie zbrojny. O! odejdź, odejdź! żyj i powiedz potem: »Z łaski szaleńca cieszę się żywotem.«

*Parys.* Za nic mam wszelkie twoje przełożenia I aresztuję cię jako złoczyńcę.

*Romeo.* Wyzywasz moją wściekłość, broń się zatem.

_(Walczą)._

*Paź.* O nieba! biją się, biegnę po wartę.

_(Wychodzi)._

*Parys* _(padając)._ Zabity jestem. O, jeśli masz litość, Otwórz grobowiec i złóż mię przy Julii.

_(Umiera)._

*Romeo.* Stanie-ć się zadość. Lecz któż to jest taki? To hrabia Parys, Merkucia plemiennik! Cóż to mi w drodze prawił mój służący? Lecz wtedy moja nieprzytomna dusza Uwagi na to nie zwróciła; Parys, Mówił, podobno miał zaślubić Julię. Czy on to mówił? czy mi się to śniło? Czyli też jestem w obłąkaniu myśląc, Że jego wzmianka o Julii tak brzmiała? Daj mi uścisnąć twą dłoń, o, ty w jedną Księgę niedoli ze mną zapisany! Złożę twe zwłoki w tryumfalnym grobie. W grobie?--nie, młoda ofiaro, nie w grobie, W latarni raczej, bo tu Julia leży; A blask jej wdzięków zmienia to sklepienie W przybytek światła. Spoczywaj w pokoju, Trupie, rękami trupa pogrzebiony!

_(Składa ciało Parysa w grobowcu)._

Mówią, że nieraz ludzie bliscy śmierci Miewali chwile wesołe; ich stróże Zwą to ostatnim przedśmiertnym wybłyskiem; Coś podobnego i u mnież się zdarza?-- Julio! kochanko moja! moja żono! Śmierć, co wyssała miód twojego tchnienia, Wdzięków twych zatrzeć nie zdołała jeszcze. Nie jesteś jeszcze zwyciężoną: karmin, Ten sztandar wdzięków, nie przestał powiewać Na twoich licach i bladej swej flagi Zniszczenie na nich jeszcze nie zatknęło. Tybalcie, tyż to śpisz pod tym całunem? Mogęż czem lepszem zadość ci uczynić, Jak, że tą ręką, co zabiła ciebie, Przetnę dni tego, co był twoim wrogiem? Przebacz mi, przebacz, Tybalcie! Ach, Julio! Jakżeś ty jeszcze piękna! Mamże myśleć, Że bezcielesna nawet śmierć ulega Wpływom miłości? że chudy ten potwór W ciemnicy tej cię trzyma jak kochankę? Bojąc się tego, zostanę przy tobie, I nigdy, nigdy już nie wyjdę z tego Pałacu nocy; tu, tu mieszkać będę Pośród twojego orszaku--robactwa. Tu sobie stałą założę siedzibę, Gdy z tego ciała znużonego światem Otrząsnę jarzmo gwiazd zawistnych. Oczy, Spojrzyjcie po raz ostatni! ramiona, Po raz ostatni zegnijcie się w uścisk! A wy, podwoje tchu, zapieczętujcie Pocałowaniem akt sojuszu z śmiercią, Na wieczne czasy mający się zawrzeć! Pójdź, ty niesmaczny, cierpki przewodniku! Blady sterniku, pójdź rzucić o skały Falami życia skołataną łódkę! Do ciebie, Julio! _(Pije)._ Walny aptekarzu! Płyn twój skutkuje. Całując--umieram.

_(Umiera)._

_(Wchodzi O. Laurenty z przeciwnej strony cmentarza, z latarnią, drągiem żelaznym i rydlem)._

*O. Laurenty.* Święty Franciszku, wspieraj mię! Jak często O takiej porze stare moje stopy O głazy grobów potrącały! Kto tu? Któż to tak późno obcuje z zmarłymi?

*Baltazar.* Przyjaciel, który was dobrze zna, ojcze.

*O. Laurenty.* Bóg z tobą! Powiedz mi, mój przyjacielu, Co znaczy owa pochodnia świecąca Chyba robakom i bezocznym czaszkom? Nie tlejeż ona w grobach Kapuletów?

*Baltazar.* Tam właśnie; jest tam i mój pan, któremu Sprzyjacie, ojcze.

*O. Laurenty.* Kto taki?

*Baltazar.* Romeo.

*O. Laurenty.* Jak dawno on tam jest?

*Baltazar.* Od półgodziny.

*O. Laurenty.* Pójdź ze mną, bracie, do tych sklepień.

*Baltazar.* Nie śmiem; Bo mi pan kazał odejść i straszliwie Zagroził śmiercią, jeśli tu zostanę I kroki jego ważę się podglądać.

*O. Laurenty.* Zostań więc, ja sam pójdę. Drżę z obawy, Czy się nie stało co nieszczęśliwego.

*Baltazar.* Gdym drzymał, leżąc owdzie pod cisami, Marzyło mi się, ze mój pan z kimś walczył I że pokonał tamtego.

*O. Laurenty.* _(postępując naprzód)._ Romeo! Na miłość boską, czyjaż to krew broczy Kamienne wnijście do tego grobowca? Czyjeż to miecze samopas rzucone Leżą u tego siedliska pokoju?

_(wchodzi do grobowca)._

Romeo! blady!--Parys! i on także! I krwią zalany? Ach! cóż za fatalność Tak opłakany zrządziła wypadek!-- Julia się budzi.

*Julia* _(budząc się i podnosząc)._ O, pocieszycielu! Gdzie mój kochanek? Wiem, gdzie być powinnam, I tam też jestem; lecz gdzie mój Romeo?

_(Hałas za sceną)._

*O. Laurenty.* Cóż to za hałas? Julio, wyjdźmy z tego Mieszkania śmierci, zgrozy i zniszczenia. Potęga, której nikt z nas się nie oprze, W niwecz zamiary nasze obróciła. Pójdź: twój mąż leży martwy obok ciebie. I Parys także. Pójdź; pójdź, zaprowadzęć Do monasteru świętych sióstr zakonnych. Nie zwłócz, nie pytaj, bo warta nadchodzi. Pójdź, biedna Julio! _(Znowu hałas)._ Nie mogę już czekać.

_(Wychodzi)._

*Julia.* Idź z Bogiem, starcze; idź, ja tu zostanę. Cóż to jest? Czara w zaciśniętej dłoni Mego kochanka? Truciznę więc zażył! O, skąpiec! Wypił wszystko; ani kropli Nie pozostawił dla mnie! Przytknę usta Do twych kochanych ust, może tam jeszcze Znajdzie się jaka odrobina jadu, Co mię zabije w upojeniu błogim. _(Całuje go)._ Twe usta ciepłe.

*Dowódcz warty* _(za sceną)._ Gdzie to? pokaż, chłopcze.

*Julia.* Idą; czas kończyć. _(Chwytając sztylet Romea)._ Zbawczy puginale! Tu twoja pochwa. _(Przebija się)._ Tkwij w tym futerale.

_(Pada na ciało Romea i umiera)._

_(Wchodzi warta z paziem Parysa)._

*Paź.* Tu, tu, w tem miejscu, gdzie płonie pochodnia.

*Dowódca.* Ziemia zbroczona: obejdźcie w krąg cmentarz I przytrzymajcie, kogo napotkacie.

_(Wychodzi kilku ludzi z warty)._

Smutny widoku! tu hrabia zabity, Tu Julia we krwi pływa, jeszcze ciepła, Tylko co zmarła: ona, co przed dwoma Dniami w tym grobie była pochowana. Idźcie powiedzieć o tem księciu; śpieszcie, Wy do Montekich, wy do Kapuletów, A wy odbądźcie przegląd w innej stronie.

_(Wychodzi kilku innych wartowników)._

Widzimy miejsce, gdzie zaszła tu zgroza, Lecz w jaki ona sposób miała miejsce, Tego nie możem pojąć bez objaśnień.

_(Wchodzi kilku innych wartowników z Baltazarem)._

*Pierwszy wartownik.* Oto Romea sługa, znaleźliśmy Go na cmentarzu.

*Dowódca.* Niech będzie pod strażą, Dopóki książę nie nadejdzie.

_(Wchodzi kilku innych wartowników, prowadząc O. Laurentego)._

*Drugi wartownik.* Oto mnich jakiś drżący i płaczący; Odebraliśmy mu ten drąg i rydel, Kiedy się bokiem cmentarza wykradał.

*Dowódca.* To jakiś ptaszek; trzymajcie go także.

_(Wchodzi książę ze swym orszakiem)._

*Książę.* Co za nieszczęście o tak rannej porze Sen nasz przerwało i aż tu nas wzywa?

_(Wchodzi Kapulet, pani Kapulet i inne osoby)._

*Kapulet.* Jakiż być może powód tego zgiełku?

*Pani Kapulet.* Lud po ulicach wykrzykuje: Julia! Parys! Romeo!, i jedni przez drugich Tłumnie tu dążą do naszego grobu.

*Książę.* Cóż to za postrach rozruch ten sprowadza! Odpowiadajcie!

*Dowódca.* Miłościwy panie! Oto zabity leży hrabia Parys! Romeo martwy i Julia wprzód zmarła, A teraz ciepła, z puginałem w piersi.

*Książę.* Szukajcie, śledźcie sprawców tego mordu.

*Dowódca.* Oto mnich jakiś i Romea sługa, Których tu moi ludzie przytrzymali, I którzy mieli przy sobie narzędzia Do odbijania grobów.

*Kapulet.* O, nieba! żono, patrz, jak ją krew broczy! Puginał zbłądził z drogi;--oto bowiem Pochwa od niego wisi przy Montekim; Zamiast w nią trafić, trafił w pierś mej córki.

*Pani Kapulet.* Niestety! widok ten, jak odgłos dzwonu, Ostrzega starość mą o chwili zgonu.

_(Wchodzi Monteki i inne osoby)._

*Książę.* Monteki, wcześnie wstałeś, aby ujrzeć Nadziei swoich wcześniejszy upadek!

*Monteki.* Ach! miłościwy książę, żona moja Zmarła tej nocy z tęsknoty za synem; Jakiż cios jeszcze niebo mi przeznaczać?

*Książę.* Patrz, a zobaczysz!

*Monteki.* O, niedobry synu! Jak się ważyłeś w grób uprzedzić ojca?

*Książę.* Zamknijcie usta żalowi na chwilę, Póki zagadki tej nie rozwiążemy I nie zbadamy jej źródła i wątku: Wtedy sam stanę na skarg waszych czele I będę waszej boleści heroldem. Stawcie, na kogo pada podejrzenie.

*O. Laurenty.* Ja to, o panie! lubo najmniej zdolny Do popełnienia czegoś podobnego, Jestem, ze względu na okoliczności, Poszlakowany najprawdopodobniej O dzieło tego okropnego mordu; Staję więc jako własny oskarżyciel I jako własny obrońca w tej sprawie, By się potępić i usprawiedliwić.

*Książę.* Mów, czegoś świadom.

*O. Laurenty.* Zwięźle rzecz opowiem, Bo tchnień mych pasmo krótszem jest zaiste, Niż długa powieść. Romeo, którego Zwłoki tu leżą, był małżonkiem Julii, A Julia była prawą jego żoną; Jam ich zaślubił, a dniem tajemnego Ich połączenia był ów dzień nieszczęsnej Tybalta śmierci, która nowożeńca Wygnała z miasta; i ten to był powód Cierpienia Julii, nie żal po Tybalcie.

_(Do Kapuletów)._

Wy, chcąc oddalić od niej chmury smutku, Zaręczyliście ją i do małżeństwa Z hrabią Parysem chcieliście ją zmusić. W tej alternacie przyszła ona do mnie I nalegała usilnemi prośby O doradzenie jej jakiego środka, Coby od tego powtórnego związku Mógł ją uwolnić; w przeciwnym zaś razie Chciała w mej celi życie sobie odjąć. Dałem jej tedy, ufny w mojej sztukę, Usypiające krople, których skutek Bynajmniej mię nie zawiódł, bo jej nadał Pozór umarłej. Napisałem przytem List do Romea, wzywając go, aby Dzisiejszej nocy, o tę porę, w której Działanie owych kropel miało ustać, Zszedł się tu ze mną, dla wyswobodzenia Tej, co mu dała taki dowód wiary, Z tymczasowego jej grobu. Traf zrządził, Że brat Jan, który z listem był wysłany, Nie mógł się z miasta wydostać i wczoraj List ten mi zwrócił. O godzinie zatem Na jej ocknienie ściśle naznaczonej Sam pospieszyłem wyrwać ją z tych sklepień, Chcąc ją następnie umieścić w mej celi, Póki Romeo nie przybędzie; ale Kiedym tu przyszedł (na niewiele minut Przed jej zbudzeniem), już szlachetny Parys Leżał bez duszy, i Romeo także. Ona się budzi, jam się jął przekładać, By poszła ze mną i to dopuszczenie Nieba przyjęła z korną uległością; Gdy wtem zgiełk nagły spłoszył mię od grobu, A ona, głucha na moje namowy, Rozpaczą zdjęta, pozostała w miejscu, I, jak się zdaje, cios zadała sobie. Oto jest wszystko, co wiem; o małżeństwie Marta zaświadczy. Jeśli to nieszczęście Choć najmniej z mojej nastąpiło winy, Niech mój sędziwy wiek odpowie za to, Na kilka godzin przed bliskim już kresem, Wedle rygoru praw jak najsurowszych.

*Książę.* Jako mąż święty zawsześ nam był znany. Gdzie jest Romea sługa? Cóż on powie?

*Baltazar.* Zaniosłem panu wieść o śmierci Julii; Wraz on wziął pocztę i z Mantui przybył Prosto w to miejsce, do tego grobowca. Ten list mi kazał rano oddać ojcu; I, w grób wstępując zagroził mi śmiercią, Jeśli nie pójdę precz lub nazad wrócę.

*Książę.* Daj mi to pismo, przejrzę je.--A teraz, Gdzie paź hrabiego, co wartę sprowadził? Co twój pan, chłopcze, porabiał w tem miejscu?

*Paź.* Przyszedł kwiatami ubrać grób swej przyszłej; Kazał mi stanąć zdala, com też zrobił; Wtem ktoś ze światłem przyszedł grób otwierać, I mój pan dobył szpady przeciw niemu; Co zobaczywszy, pobiegłem po wartę.

*Książę.* List ten potwierdza słowa zakonnika, Bieg ich miłości i Romea rozpacz. Biedny młodzieniec pisze oprócz tego, Że sobie kupił gdzieś u aptekarza Trucizny, którą postanowił zażyć W tym tu grobowcu, by umrzeć przy Julii. Rzecz jasna! Gdzie są ci nieprzyjaciele? Patrzcie, Monteki! Kapulecie! jaka Chłosta spotyka wasze nienawiści, Niebo obrało miłość za narzędzie Zabicia pociech waszego żywota; I ja za moje zbytnie pobłażanie Waszym niesnaskom straciłem dwóch krewnych. Wszyscy jesteśmy ukarani.

*Kapulet.* Monteki, bracie mój, podaj mi rękę: Niech to oprawą będzie dla mej córki; Więcej nie mogę żądać.

*Monteki.* Lecz ja mogę Więcej dać tobie nad to: każę bowiem Posąg jej ulać ze szczerego złota, By się nie znalazł szacowniejszy pomnik Po wszystkie czasy istnienia Werony, Jak ten, pamięci Julii poświęcony.

*Kapulet.* Tak i Romeo stanie przy swej żonie; Dzieląc za życia, złączmy ich po zgonie.

*Książę.* Ponurą zgodę ranek ten skojarzył; Słońce się z żalu w chmur zasłonę tuli, Smutniejszej bowiem los jeszcze nie zdarzył, Niż ta historia Romea i Julii.

_(Wychodzą)._