Romeo i Julia Tragedya w 5 Aktach
Part 5
*Pani Kapulet.* Przyznaj się jednak, że nie tyle płaczesz Nad jego śmiercią, jako raczej nad tem, Że jeszcze żyje ten łotr, co go zabił.
*Julia.* Jaki łotr, pani?
*Pani Kapulet.* Tenci łotr, Romeo.
*Julia.* On i łotr żyją daleko od siebie. Przebacz mu, Boże, tak jak ja przebaczam. A przecież niema na świecie człowieka, Któryby bardziej ciężył mi na sercu.
*Pani Kapulet.* Że mimo swoich niecnót jeszcze żyje.
*Julia.* Że go nie mogę dosiąc tym ramieniem, Radabym sama módz się na nim zemścić.
*Pani Kapulet.* Dozna on zemsty; nie troszcz się i nie płacz, Zlecę ja pewnej osobie w Mantui, Gdzie ten wygnany renegat się schronił, Dać mu traktament tak zniewalający, Że wnet pośpieszy za Tybaltem. Wtedy Będziesz, spodziewam się, zaspokojoną.
*Julia.* Nie zaspokoi mię Romeo nigdy, Dopóki tylko żyć będzie; tak silnie Boleść po krewnym rozjątrza mi serce. O, pani, jeśli tylko znajdziesz kogo, Co się podejmie podać mu truciznę, Ja ją przyrządzę, by po jej wypiciu Romeo zasnąć mógł jak najspokojniej. Jakże mię korci słyszeć jego imię, I nie módz zaraz dostać się do niego, By przywiązaniu memu do Tybalta Dać odwet na tym, co go zamordował.
*Pani Kapulet.* Znajdź ty sposoby, ja znajdę człowieka. Terazże mam ci udzielić, dziewczyno, Wesołych nowin.
*Julia.* Wesołe nowiny Pożądanymi są w tak smutnych czasach. Jakaż tych nowin treść, kochana matko?
*Pani Kapulet.* Masz troskliwego ojca, moje dziecię; On to, ażeby smutek twój rozproszyć, Umyślił i wyznaczył dzień na radość, Tak dla cię jak i dla mnie niespodzianą.
*Julia.* Cóż to za radość, matko? mogęż wiedzieć?
*Pani Kapulet.* Ta a nie inna, że w ten czwartek z rana Piękny, szlachetny, młody hrabia Parys Ma cię uczynić szczęśliwą małżonką W świętego Piotra kościele.
*Julia.* Na kościół Świętego Piotra i Piotra samego! Nigdy on, nigdy tego nie uczyni! Żdumiewa mię ten pośpiech. Mam iść za mąż, Nim ten, co moim ma być mężem, zaczął Starać się o mnie, nim mi się dał poznać? Proszę cię, matko, powiedz memu ojcu, Że jeszcze nie chcę iść za mąż, a gdybym Koniecznie miała iść, to bym wolała Pójść za Romea, który, jak wiesz dobrze, Jest mi z całego serca nienawistny, Niż za Parysa. Ha! to mi nowina!
_(Wchodzi Kapulet i Marta)._
*Pani Kapulet.* Oto twój ojciec; powiedz mu to sama: Zobaczym, jak on przyjmie twą odpowiedź.
*Kapulet.* Kiedy dzień kona, niebo spuszcza rosę; Ale po skonie naszego krewnego Pada ulewny deszcz. Cóż to, dziewczyno? Czy jesteś cebrem? Ciągle jeszcze we łzach? Ciągłe wezbranie? W małej swej istotce Przedstawiasz obraz łodzi, morza, wiatru: Bo twoje oczy, jakby morze, ciągle Falują łzami; biedne twoje ciało Jak łódź żegluje po tych słonych falach. Wiatrem nakoniec są westchnienia twoje, Które, ze łzami walcząc, a łzy z niemi, Jeżeli nagła nie nastąpi cisza, Strzaskają twoją łódkę. I cóż, żono? Czyś jej zamiary nasze objawiła?
*Pani Kapulet.* Tak; ale nie chce i dziękuje za nie. Bodajby była z grobem zaślubiona!
*Kapulet.* Co? Jak to? Nie chce? Nie chce? Nie chce, mówisz? Nie jest nam wdzięczną? Nie pyszni się z tego? Nie poczytuje sobie za szczyt szczęścia, Niegodna, żeśmy jej najgodniejszego Z werońskich chłopców wybrali za męża?
*Julia.* Nie pysznam z tego, alem wdzięczna za to. Pyszną, zaiste, nie mogę być z tego, Co nienawidzę; lecz wdzięczna być winnam I za nienawiść w postaci miłości.
*Kapulet.* Cóż to znów? cóż to? Logika w spódnicy! Pysznam i wdzięcznam, i zasię niewdzięcznam, Jednak nie pysznam! Słuchaj, świdrzygłówko! Nie dziękuj wdzięcznie, ni się pyszń z niepyszna, Lecz zbierz swe sprytne klepki na ten czwartek, By pójść z Parysem do świętego Piotra; Albo cię każę zawlec tam na smyczy. Rozumiesz? Ty białaczko! ty szuswale; Lalko łojowa!
*Pani Kapulet.* Wstydź się! czyś oszalał?
*Julia.* Błagam cię, ojcze, na klęczkach cię błagam, Pozwól powiedzieć sobie tylko słowo.
*Kapulet.* Precz, wszetecznico! dziewko nieposłuszna! Ja ci powiadam: gotuj się w ten czwartek Iść do kościoła, lub nigdy, przenigdy Na oczy mi się więcej nie pokazuj. Nic nie mów, ani piśnij, ani trunij: Palce mię świerzbią. Myśleliśmy, żono, Że nas za skąpo Bóg pobłogosławił, Dając nam jedno dziecko; teraz widzę, Że i to jedno jest jednem za wiele, I że w niej mamy bicz Boży. Precz, plucho! Cyganko jakaś!
*Marta.* Błogosław jej, Boże! Jegomość grzeszy, tak fukając na nią.
*Kapulet.* Doprawdy! Czy tak sądzi wasza mądrość? Idź waść pytlować gębą z kumoszkami.
*Marta.* Nie mówięć bluźnierstw.
*Kapulet.* Terefere kuku!
*Marta.* Czyż mówić zbrodnia?
*Kapulet.* Milcz, stara trajkotko! Schowaj swój rozum na babskie sejmiki: Tu niepotrzebny.
*Pani Kapulet.* Za gorący jesteś.
*Kapulet.* Na miłość boską, to trzeba oszaleć! W dzień, w noc, wieczorem, rano, w domu, w mieście, Sam, w towarzystwie, we śnie i na jawie Ciągle i ciągle rozmyślałem tylko O jej zamęściu; i teraz, gdym znalazł Dlań oblubieńca książęcego rodu, Pana rozległych majątków, młodego, Ukształconego, uposażonego Dokolusieńka, jak mówią, w przymioty, Jakich się można od mężczyzny żądać; Trzeba, ażeby mi jedna smarkata, Mazgajowata gęś odpowiadała: _Nie chcę iść za mąż, nie mogę pokochać, Jestem za młoda, wybaczcie mi, proszę._ Nie chcesz iść za mąż? a to nie idź, zgoda; Ale mi nie właź w oczy; żeruj sobie, Gdzie tylko zechcesz, byle nie w mym domu. Zważ to, pamiętaj; nie zwykłem żartować. Czwartek za pasem; przyłóż dłoń do serca; Namyśl się dobrze; będzieszli powolna, Znajdziesz dobrego we mnie przyjaciela; A nie, to marniej, żebrz, jęcz, mrzyj pod płotem; Bo, jak Bóg w niebie, nigdy cię nie uznam Za moje dziecko i z mojego mienia Nawet źdźbło nigdy ci się nie oberwie. Com rzekł, dotrzymam. Wiesz, że jestem słowny.
_(Wychodzi)._
*Julia.* Nie masz litości w niebie, które widzi Całą głębokość mojego cierpienia? Ty mię przynajmniej nie odpychaj, matko! Zwlecz to małżeństwo na miesiąc, na tydzień, Albo mi pościel oblubieńcze łoże W tymże grobowcu, w którym Tybalt leży.
*Pani Kapulet.* Nie mów nic do mnie, nic ci nie odpowiem; Rób, co chcesz, wszystko mi to obojętne.
_(Wychodzi)._
*Julia.* O, Boże! O ty, moja karmicielko! Poradź mi, powiedz, jak temu zaradzić? Mój mąż na ziemi, moja wiara w niebie; Jakżeż ta wiara ma na ziemię wrócić, Nim mój mąż sam mi ją powróci z nieba Po opuszczeniu ziemi? Daj mi radę. Niestety! Że też nieba mogą nękać Tak mdłą istotę jak ja! Nic nie mówisz? Nie maszże żadnej pociechy, żadnego Na to lekarstwa?
*Marta.* Mam-ci, a to takie: Romeo na wygnaniu, i o wszystko Można iść w zakład, że cię już nie przyjdzie Nagabać więcej, chybaby ukradkiem. Ponieważ tedy rzecz tak stoi, sądzę, Ze nic lepszego nie masz do zrobienia, Jak pójść za hrabię. Dalipan, to wcale, Co się nazywa, przystojny mężczyzna. Romeo kołek przy nim; orzeł, pani, Nie ma tak pięknych, żywych, bystrych oczu, Jak Parys. Nazwij mię hetką-pętelką, Jeśli nie będziesz z kretesem szczęśliwa W tem nowem stadle; bo ono jest stokroć Lepsze, niż pierwsze; a choćby nie było, To i tak tamten pierwszy już nie żyje; Tak, jakby nie żył; przynajmniej dla ciebie, Skoro, choć żyje, nie masz zeń pożytku.
*Julia.* Czy z serca mówisz?
*Marta.* Ba, i z duszy całej! Jeśli nie z serca i nie z duszy, to je Przeklnij oboje.
*Julia.* Amen!
*Marta.* Na co amen?
*Julia.* Bardzoś mi przez to dodała otuchy. Idźźe i powiedz teraz mojej matce, Ze naraziwszy się na gniew rodzica, Poszłam do celi ojca Laurentego, Odprawić spowiedź i wziąć rozgrzeszenie.
*Marta.* O, idę; to mi pięknie i roztropnie.
_(Wychodzi)._
*Julia.* Stara niecnoto! Zdradziecki szatanie! Cóż jest niegodniej, cóż jest większym grzechem: Czy tak mię kusić do krzywoprzysięstwa? Czy lżyć małżonka mego temi usty, Którymi tyle razy go pod niebo Wznosiłam, chwaląc? Precz, uwodzicielko! Serce me odtąd zamknięte dla ciebie. Pójdę poprosić ojca Laurentego, By mi dał radę, a jeśli żadnego Na tę przeciwność nie będzie sposobu, Znajdę moc w sobie wstąpienia do grobu.
_(Wychodzi)._
AKT CZWARTY.
SCENA I.
Cela Ojca Laurentego.
_(Ojciec Laurenty i Parys)._
*O. Laurenty.* W ten czwartek zatem? to bardzo pośpiesznie.
*Parys.* Mój teść, Kapulet, życzy sobie tego: A ja powodu nie mam rzecz odwlekać.
*O. Laurenty.* Nie znasz pan, mówisz, uczuć swojej przyszłej; Krzywa to droga, ja takich nie lubię.
*Parys.* Bez miary płacze nad śmiercią Tybalta, Małom jej przeto mówił o miłości, Bo Wenus w domu łez się nie uśmiecha, Ojciec jej, mając to za niebezpieczne, Że się tak bardzo poddaje żalowi, W mądrości swojej przyśpiesza nasz związek, By zatamować źródło tych łez, które W odosobnieniu cieką za obficie, A w towarzystwie prędzej mogą ustać. Znasz teraz, ojcze, powód tej nagłości.
*O. Laurenty.* _(na str.)._ Obym mógł nie znać powodów do zwłoki! _(Głośno)._ Patrz, hrabio, oto twa przyszła nadchodzi.
_(Wchodzi Julia)._
*Parys.* Szczęsny traf dla mnie, piękna przyszła żono!
*Julia.* Być może, przyszłość jest nieodgadnioną.
*Parys.* To _może ma_ być już w ten czwartek z rana.
*Julia.* Co _ma_ być, będzie.
*O. Laurenty.* Prawda to zbyt znana.
*Parys.* Przyszłaś się, pani, spowiadać przed ojcem?
*Julia.* Mówiąc to, panu-bym się spowiadała.
*Parys.* Nie zaprzecz przed nim, pani, że mię kochasz.
*Julia.* Że _jego_ kocham, to wyznam i panu.
*Parys.* Wyznasz mi także, tuszę, że _mnie_ kochasz.
*Julia.* Gdyby tak było, większą-by to miało Wartość wyznane z daleka, niż w oczy.
*Parys.* Biedna! łzy bardzo twarz twą oszpeciły.
*Julia.* Nie wielkie przez to odniosły zwycięstwo; Dosyć już była ubogą przed niemi. Nie jest to krzywda, panie, ale prawda, I w oczy sobie ją mówię.
*Parys.* Twarz twoja Do mnie należy, a ty jej uwłaczasz.
*Julia.* Nie przeczę, moja bowiem była inna. Maszli czas teraz, mój ojcze duchowny, Czyli też mam przyjść wieczór po nieszporach?
*O. Laurenty.* Nie brak mi teraz czasu, smętne dziecię. Racz, panie hrabio, zostawić nas samych.
*Parys.* Niech mię Bóg broni świętym obowiązkom Stać na przeszkodzie! Julio, w czwartek z rana Przyjdę cię zbudzić. Bądź zdrowa tymczasem I przyjm pobożne to pocałowanie.
_(Wchodzi)._
*Julia.* O! zamknij, ojcze, drzwi; a jak je zamkniesz, Przyjdź płakać ze mną. Niema już nadziei! Niema ratunku! Niema ocalenia!
*O. Laurenty.* Ach, Julio! Znam twą boleść; mnie samego Nabawia ona prawie odurzenia. Słyszałem, i nic tego nie odwlecze, Że w przyszły czwartek wziąć masz ślub z tym hrabią.
*Julia.* Nie mów mi, ojcze, że o tym słyszałeś; Chyba że powiesz, jak tego uniknąć, Jeżeli w swojej mądrości nie znajdziesz Żadnego na to środka, to przynajmniej Postanowienie moje nazwij mądrem, A w tym sztylecie zaraz znajdę środek. Bóg złączył moje i Romea serce, Ty nasze dłonie; i nim ta dłoń, świętą Pieczęcią twoją z Romeem spojona, Inny akt stwierdzi, nim to wierne serce W zdradzieckim buncie odda się innemu, To ostrze zada śmierć sercu i dłoni. Daj mi więc jaką radę zaczerpniętą Z długoletniego doświadczenia twego, Albo bądź świadkiem, jak ten nóż rozstrzygnie Sprawę pomiędzy mną a moim losem, Wnet zaradzając temu, czego ani Wiek, ani rozum nie mógł doprowadzić Do rozwiązania zgodnego z honorem. Mów prędko; pilno mi wstąpić do grobu, Jeśli mi powiesz, że niema sposobu.
*O. Laurenty.* Stój, córko! Mam ja w myśli pewien środek, Wymagający równie rozpaczliwej Determinacyi, jak jest rozpaczliwem To, czemu chcemy zapobiec. Jeżeli, Dla uniknienia małżeństwa z Parysem, Masz siłę woli odjąć sobie życie, To się odważysz, snadź, na coś takiego, Co, będąc tylko podobnem do śmierci, Uwolni cię od hańby, jakiej chciałaś Ujść przez zadanie jej sobie naprawdę, Masz li odwagę, to-ć wskaże ten środek.
*Julia.* O! każ mi, zamiast być żoną Parysa, Skoczyć ze szczytu wieży; w rozbójniczych Gościć jaskiniach, w legowiskach wężów; Zamknij mię w jedną klatkę z niedźwiedziami, Albo mię wepchnij nocą do kostnicy, Zewsząd pokrytej szczątkami szkieletów, Poczerniałemi kośćmi i czaszkami, Każ mi wejść żywcem w grób świeżo kopany I w jeden całun z trupem się obwinąć; Wszystko to dawniej dreszcz budziło we mnie, Ale bez trwogi uczynię to zaraz, Bylebym tylko pozostała czystą Małżonką mego lubego kochanka.
*O. Laurenty.* Słuchaj więc: idź do domu, bądź wesołą, Przystań na związek z hrabią. Jutro środa; Staraj się jutro na noc zostać sama; Niech Marta nie śpi ten raz w twym pokoju. Masz tu flaszeczkę: weźmiesz ją do łóżka, I filtrowany likwor ten wypijesz; A wnet po wszystkich żyłach cię przebiegnie Usypiający dreszcz, który owładnie Wszelką żywotną funkcją; wszystkie pulsa Wstrzymają w tobie swe zwyczajne bicie; Ni dech, ni ciepło nie wskaże, że żyjesz. Róże ust twoich i policzków zbledną, Jak popiół; oczu zasłony zapadną, Jak gdy dłoń śmierci zakrywa dzień życia; Każdy twój członek, pozbawiony władzy, Zdrętwieje, zstęgnie, zziębnie jak u trupa. I w tym pozornym stanie nagłej śmierci Zostawać będziesz czterdzieści dwie godzin, Wtedy się ockniesz jak ze snu błogiego. Gdy więc nazajutrz z rana narzeczony Przyjdzie cię zbudzić, znajdzie cię umarłą; Poczem, jak każe zwyczaj, przystrojona W godowe szaty, w odsłoniętej trumnie, Złożoną będziesz pod owem sklepieniem, Gdzie leżą wszyscy ze krwi Kapuletów. Uwiadomiony tymczasem przeze mnie O naszym planie Romeo przybędzie; Wraz ze mną czekać będzie w owym lochu Na twe ocknienie i tej samej nocy Uprowadzi cię skrycie do Mantui. To cię uchroni od hańby grożącej, Jeśli brak woli lub niewieścia bojaźń Od wykonania tego cię nie wstrzyma.
*Julia.* O, daj mi, daj mi! nie mów o bojaźni!
*O. Laurenty.*Masz, idź, bądź niewzruszoną i szczęśliwą W tem przedsięwzięciu! Wyprawię natychmiast Jednego z naszych braci do Mantui, Z listem do twego męża.
*Julia.* O nadziejo! Ty mi bądź bodźcem, a hasłem Romeo! Bądź zdrów, mój ojcze!
_(Odchodzi)._
SCENA II.
Pokój w domu Kapuletów.
_(Wchodzą: Kapulet, pani Kapulet, Marta i słudzy)._
*Kapulet* _(do służącego)._ Proś te osoby, co tu są spisane.
_(Służący wychodzi)._
A waść dwudziestu biegłych zbierz kucharzy.
*Drugi służący.* Nie będzie zły ani jeden, jaśnie panie, bo się przekonam wprzód o każdym, czy umie sobie oblizywać palce.
*Kapulet.* A to na co? *Drugi służący.* Zły to kucharz, jaśnie panie, co nie oblizuje sobie palców; o którym się więc przekonam, że tego nie umie, tego nie sprowadzę.
*Kapulet.* Ruszaj! _(Wychodzi służący)._ Wątpię, czy wszystko na czas wygotujem. Bodaj cię! Prawdaż to, że Julia poszła Do ojca Laurentego?
*Marta.* Poszła, panie.
*Kapulet.* To dobrze; może on co na niej wskóra. Cięta, uparta to skóra na buty.
_(Wchodzi Julia)._
*Marta.* Patrz pan, jak raźnie wraca od spowiedzi.
*Kapulet.* No, sekutnico, gdzieżeś to bywała?
*Julia.* Gdzie mię żałować nauczono, panie, Za grzech uporu i nieposłuszeństwa Naprzeciw woli twojej. Świętobliwy Kapłan Laurenty kazał mi się rzucić Do twych nóg i o przebaczenie prosić. Przebacz mi, ojcze! będę już uległa.
*Kapulet.* Niech tam kto pójdzie prosić pana hrabię: Jutro mieć muszę spleciony ten węzeł.
*Julia.* Spotkałam hrabię w celi Laurentego I okazałam mu miłość, jak mogłam, Nie przekraczając granicy skromności.
*Kapulet.* To co innego; tak, to dobrze, powstań; Tak być powinno; tak córce przystoi. Prosić tu hrabię, żeby przyszedł zaraz. Dalipan, święty to człek z tego mnicha: Słusznie mu całe miasto cześć oddaje.
*Julia.* Marto, pójdź ze mną do mego pokoju. Wszak mi pomożesz przymierzać przyborów, Jakie na jutro uznasz za stosowne?
*Pani Kapulet.* Po co dziś? jutro będzie dosyć czasu.
*Kapulet.* Idź z nią waść: jutro pójdziem do kościoła.
_(Julia z Martą wychodzi)._
*Pani Kapulet.* Nie wiem, czy zdążym z przygotowaniami: Już wieczór.
*Kapulet.* Nie troszcz się; dojrzę wszystkiego, I wszystko będzie dobrze, za to ręczę. Idź do Juleczki, pomóż jej się przybrać. Ja się tej nocy nie położę; będę Na ten raz pełnił urząd gospodyni. Hej, służba! Cóż to? wszyscy się rozeszli? Mniejsza z tem, pójdę sam hrabię uprzedzić O zaszłej zmianie. Lekko mi na sercu, Ze się ten kozioł przecie opamiętał.
_(Wychodzą)._
SCENA III.
Pokój Julii.
_(Wchodzi Julia i Marta)._
*Julia.* Tak, ten strój wezmę. Ale, złota nianiu, Proszę cię, zostaw mię na tę noc samą; Bo dużo muszę pacierzy odmówić Dla uproszenia sobie względów niebios Nad moim stanem, jak wiesz, pełnym grzechu.
_(Wchodzi Pani Kapulet)._
*Pani Kapulet.* Takeś zajęta? Mamże ci dopomódz?
*Julia.* Nie, pani; jużeśmy we dwie wybrały, Co mi na jutro może być potrzebnem. Pozwól, bym teraz sama pozostała, I niechaj Marta spędzi tę noc z tobą. Pewnam, że wszyscy macie dość roboty, Przy tym tak nagłym obchodzie.
*Pani Kapulet.* Dobranoc! Połóż się, spocznij; potrzebujesz tego.
_(Wychodzą: pani Kapulet i Marta)._
*Julia.* Dobranoc! Bóg wie kiedy się zobaczym. Zimny dreszcz trwogi na wskroś mię przejmuje, I jakby mrozi we mnie ciepło życia. Zawołam na nie, by ochłonąć nieco; Nianiu! I pocóż tu ona? Straszliwy Ten czyn wymaga właśnie samotności. Ha! pójdź flakonie! Gdyby jednakże ten płyn nie skutkował? Miałażbym gwałtem z hrabią być złączona? Nie, nie; ucieczka w tem: leż tu w odwodzie.
_(Kładzie na stole sztylet)._
A gdyby też to miała być trucizna, Którą mi ksiądz ten zręcznie śmierć chce zadać, By ujść zarzutu, że dał ślub kobiecie, Którą już pierwej zaślubił z kim innym? Toby być mogło; ale nie, tak nie jest, Bo jego świętość jest wypróbowana, I nawet myśli tej nie chcę przypuszczać. Lecz gdybym w grobie się ocknęła pierwej, Nim mię Romeo przyjdzie oswobodzić? To byłoby okropne! Nie udusiłażbym się wśród tych sklepień, Gdzie nigdy zdrowe nie wnika powietrze, I nie umarłażbym wprzód, nim Romeo Przyjdzie na pomoc? A choćbym i żyła, Czyliżby straszny wpływ nocy i śmierci, Którą dokoła będę otoczona, Obok wrażenia, jakie sprawiać musi Samaż miejscowość tego sklepionego Starożytnego lochu, w którym kości Zmarłych mych przodków od lat niepamiętnych Nagromadzone leżą: kędy świeżo Złożony Tybalt gnije pod całunem; I kędy nocą o pewnych godzinach, Duchy, jak mówią, odbywają schadzki; Niestety! czyliżby prawdopodobnie To wszystko, gdybym wcześniej się ocknęła-- A potem zapach trupi, krzyk podobny Do tego, jaki wydaje ów korzeń Ziela pokrzyku, gdy się go wyrywa; Krzyk wprawiający ludzi w obłąkanie,-- Czyliżby wszystko to, w razie ocknienia, Nie pomieszało mi zmysłów? Czyliżbym Po szalonemu nie igrała wtedy Z kośćmi mych przodków? nie poszła się pieścić Z trupem Tybalta? i w tem rozstrojeniu Nie rozbtłażbym sobie rozpaczliwie Głowy piszczelą którego z pradziadów, Jak pałką? Patrzcie! patrzcie! zdaje mi się, Że duch Tybalta widzę ścigający Romea za to, że go wygnał z ciała. Stój! stój, Tybalcie!
_(Przytyka flakon do ust)._
Do ciebie, mój luby, Spełniam ten toast zbawienia lub zguby.
_(Wypija napój i rzuca się na łóżko)._
SCENA IV.
Sala w domu Kapuletów.
_(Wchodzi pani Kapulet i Marta)._
*Pani Kapulet.* Weź te półmiski i wydaj korzeni.
*Marta.* Piekarz o pigwy woła i daktyle.
_(Wchodzi Kapulet)._
*Kapulet.* Śpieszcie się, śpieszcie! Już drugi kur zapiał; Poranny dzwonek ozwał się: to trzecia, Dojrzyj ciast, moja Marto; nie szczędź przypraw.
*Marta.* Co to za wścibstwo! Idźże się pan przespać. Dalipan, jutro się nam rozchorujesz Z tego niewczasu.
*Kapulet.* Ani krzty! Do licha! Nie wysypiałem się dla spraw mniej ważnych, A przecież nigdy nie zachorowałem.
*Pani Kapulet.* Wiem-ci ja dobrze, wiem: umiał jegomość Swojego czasu myszkować; lecz teraz Ja czuwam nad tem, abyś pan nie czuwał.
_(Wychodzą pani Kapulet i Marta)._
*Kapulet.* Zazdrosna sztuka!
_(Wchodzą słudzy z różnymi, koszami i drzewem)._
Hej! co tam niesiecie?
*Pierwszy sługa.* Rzeczy do kuchni, ale nie wiem jakie.
*Kapulet.* Śpiesz się.
_(Wychodzi służący)._
Idź wasze suchszych szczap narąbać; Piotr ci kloc wskaże po temu.
*Drugi Sługa.* Jeżeli O kloca idzie, to dość mnie samego; Nie potrzebuję się zwracać do Piotra.
_(Wychodzi)._
*Kapulet.* Masz słuszność. Żywo! Dalipan, już dnieje, I hrabia będzie tu zaraz z muzyką. Tak przyrzekł.
_(Słychać muzykę)._
Otóż idzie; już go słychać. Hej! Żono! Marto! Chodźcie tu! Hej! Marto!
_(Wchodzi Marta)._
Idź, obudź Julkę, ubierz ją co żywo, Ja pogawędzę tymczasem z Parysem. Spiesz się, nie marudź; pan młody już przyszedł. Co tchu się zwijaj.
_(Wychodzi)._
SCENA V.
Pokój Julii. Julia w łóżku.
_(Wchodzi Marta)._
*Marta.* Panienko! Julciu!--Jak się to zaspało!-- Wstawaj, gołąbku! Wstawaj! Wstydź się, śpiochu! Panienko! duszko! rybko!--Ani mrumru!-- Chcesz, widzę, wyspać się za cały tydzień, Jakbyś wiedziała, że ci hrabia Parys Następnej nocy nie da oka zmrużyć. Odpuść mi, Panie, amen! Jak śpi smacznie! Muszę ją jednak zbudzić.--Julciu! Julciu! Niechno cię hrabia Parys tak zastanie, To się dopiero zerwiesz.--Cóż to? w sukni? Jużeś ubrana i znów się pokładłaś? Dosyć już tego! Julciu! Panno Julio!-— Ha! przez Bóg żywy! Na pomoc! na pomoc! Ona nie żyje! O, ja nieszczęśliwa! Po co mi było się rodzić?--Na pomoc! Choć trochę akwawity!--Panie! Pani!
_(Wchodzi pani Kapulet)._
*Pani Kapulet.* Co to za hałas?
*Marta.* O dniu niefortunny!
*Pani Kapulet.* Mów, co się stało?
*Marta.* Patrz, pani.
*Pani Kapulet.* O, nieba! O, moje dziecię! o, moja pociecho! Wstań, odżyj, albo umrę razem z tobą! Na pomoc! wołaj pomocy!
_(Wchodzi Kapulet)._
*Kapulet.* Co za guzdralstwo! Pan młody już czeka.
*Marta.* Ona nie żyje; rozstała się z życiem! O, dniu żałosny!
*Pani Kapulet.* O dniu opłakany! Ona nie żyje, nie żyje, nie żyje!
*Kapulet.* Puśćcie mię, niech zobaczę... Jak lód zimna; Krew w niej zastygła; członki jej zdrętwiały... Dawno już życie z tych ust uleciało. Śmierć ją zwarzyła, jak mróz najpiękniejszy Pierwiosnek w maju. Nieszczęsny ja starzec!
*Marta.* O niefortunny dniu!
*Pani Kapulet.* O, dniu boleści!
*Kapulet.* Śmierć ta, niszcząca wszystkie me nadzieje, Głos mi tamuje i zamyka usta.
_(Wchodzi O. Laurenty i Parys z muzykantami)._
*O. Laurenty.* Czy panna młoda już jest w pogotowiu Iść do kościoła?
*Kapulet.* Iść, ale nie wrócić. O, synu, w wilię dnia twojego ślubu Śmierć zaślubiła twą oblubienicę. Patrz, oto leży ten kwiat w jej uścisku. Śmierć jest mym zięciem, śmierć jest mym dziedzicem, Umrę i wszystko jej oddam, bo wszystko Oddaje śmierci, kto oddaje ducha.
*Parys.* Tak dawnom wzdychał do tego poranku, I takiż widok czekał mię u mety!
*Pani Kapulet.* Dniu nienawistny, przeklęty, ohydny, Stokroć obmierzły, jakiemu równego W obiegu swoim czas jeszcze nie widział! Jedno mieć tylko, jedno biedne dziecko, Jedną uciechę i jedną pociechę, I tę zabiera śmierć nielitościwa!
*Marta.* O smutny, smutny dniu! o dniu żałosny! Najopłakańszy, najniefortunniejszy, Jaki widziałam w życiu kiedykolwiek! O, dniu! o, smutny dniu! O, dniu żałosny! Nie było nigdy jeszcze dnia takiego. O! stokroć smutny dniu, stokroć żałosny.
*Parys.* Okrutna, sroga, świętokradzka śmierci! Tyś mię podeszła, obdarła, zgnębiła, Przez ciebiem niebo stracił, okrutnico! O Julio! luba! życie! już nie życie, Niemniej jednakże luba i po śmierci!
*Kapulet.* Zawistny, twardy, niecny, zbójczy losie! Po cóż ci, po co było tak tyrańsko Wniwecz obracać naszą uroczystość? O, moje dziecko! raczej duszo moja, Nie moje dziecko; bo dziecko jest trupem; I wraz z niem cała pociech mych ostoja, Cały wdzięk życia stał się śmierci łupem!