Romeo i Julia Tragedya w 5 Aktach
Part 1
Produced by Jimmy O'Regan (This file was produced from images generously made available by CBN Polona http://www.polona.pl)
WILIAM SZEKSPIR
ROMEO I JULIA TRAGEDYA W 5 AKTACH
J. PASZKOWSKIEGO.
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA WARSZAWA--LUBLIN--ŁÓDŹ KRAKÓW--G. GEBETHNER I SPÓŁKA NEW YORK--THE POLISH BOOK IMPORT. CO, INC.
KRAKÓW.--DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI 1913
ROMEO I JULIA
PRZEKŁAD
J. PASZKOWSKIEGO.
OSOBY:
*Eskalus,* książę panujący w Weronie. *Parys,* młody Weroneńczyk, szlachetnego rodu, krewny księcia. *Monteki,* } naczelnicy dwóch domów nieprzyjaznych sobie. *Kapulet,* } *Starzec,* stryjeczny brat Kapuleta. *Romeo,* syn Montekiego. *Merkucio,* krewny księcia, } przyjaciele Romea. *Benwolio,* synowiec Montekiego, } *Tybalt,* krewny Pani Kapulet. *Laurenty,* Ojciec Franciszkanin. *Jan,* brat z tegoż zgromadzenia. *Baltazer,* służący Romea. *Samson,* } słudzy Kapuleta. *Grzegorz,* } *Abraham,* służący Montekiego. *Aptekarz.* *Trzech muzykantów.* *Paź Parysa.* *Piotr.* *Dowódca warty.* *Pani Montekio,* małżonka Montekiego. *Pani Kapulet,* małżonka Kapuleta. *Julia,* córka Kapuletów. *Marta,* mamka Julii.
Obywatele weroneńscy, różne osoby płci obojej, liczące się do przyjaciół obu domów, maski, straż wojskowa i inne osoby.
Rzecz odbywa się przez większą część sztuki w Weronie, przez część piątego aktu w Mantui.
PROLOG
Dwa rody, jasne jednako i sławne, Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie, Do nowej zbrodni pchają złości dawne, Pamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie.
Z łez tych dwu wrogów wzięło bowiem życie, Pod najstrazliwszą z gwiazd, kochanków dwoje; Po pełnym przygód nieszczęśliwych bycie, Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje.
Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny, I jak się ojców nienawiść nie zmienia, Aż jązakończy dzieci zgon przedwczesny,
Dwugodzinnego treścią przedstawienia, Które otoczcie cierpliwymi względy, Jest w nim co złego, my usuniem błędy...
ROMEO I JULIA
AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Plac publiczny.
_(Wchodzą: Samson i Grzegorz, uzbrojeni w tarcze i miecze)._
*Samson.* Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.
*Grzegorz.* Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.
*Samson.* Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.
*Grzegorz.* Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.
*Samson.* Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.
*Grzegorz.* Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.
*Samson.* Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.
*Grzegorz.* Rozruchać się tyle znaczy, co ruszyć się z miejsca; być walecznym, jest to stać nieporuszenie: pojmuję więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie — drapnięcie.
*Samson.* Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego mężczyzny i dla każdej kobiety z tego domu.
*Grzegorz.* To właśnie pokazuje twoją słabą stronę: mur dla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.
*Samson.* Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.
*Grzegorz.* Spór jest tylko między naszymi panami i między nami, ich ludźmi.
*Samson.* Mniejsza mi o to: będę nieubłagany. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość na kobiety: rzeź między nimi sprawię.
*Grzegorz.* Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?
*Samson.* Nieinaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei. Wiadomo, że się do lwów liczę.
*Grzegorz.* Tem lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem. Weźno się za instrument, bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.
_(Wchodzą: Abraham i Baltazar)._
*Samson.* Mój giwer już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.
*Grzegorz.* Gwoli drapania?
*Samson.* Nie bój się.
*Grzegorz.* Jabym się miał bać z twojej przyczyny?
*Samson.* Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.
*Grzegorz.* Marsa im nastawię, przechodząc; niech go sobie, jak chcą, tłómaczą.
*Samson.* Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię; hańba im, jeśli to ścierpią.
*Abraham.* Skrzywiłeś się na nas, mości panie?
*Samson.* Nieinaczej, skrzywiłem się.
*Abraham.* Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?
*Samson* _(do Grzegorza)._ Będziemyż mieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?
*Grzegorz.* Nie.
*Samson* _(do Abrahama)._ Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tyłko skrzywiłem się tak sobie.
*Grzegorz* _(do Abrahama)._ Zaczepki waść szukasz?
*Abraham.* Zaczepki? nie.
*Samson.* Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi. Mój pan tak dobry, jak i wasz.
*Abraham.* Nie lepszy.
*Samson.* Niech i tak będzie.
_(Benwolio ukazuje się w głębi)._
*Grzegorz* _na stronie do Samsona)._ Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.
*Samson.* Nieinaczej; powiedz: lepszy.
*Abraham.* Kłamiesz.
*Samson.* Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu, pamiętaj o swoim pchnięciu. _(Biją się)._
*Benwolio.* Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew! Sami nie wiecie, co robicie.
_(Rozdziela ich swoim mieczem)._
_(Wchodzi Tybalt)._
*Tybalt.* Cóż to? krzyżujesz oręż z parobkami? Do mnie, Benwolio! pilnuj swego życia.
*Benwolio.* Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.
*Tybalt.* Z gołym orężem pokój? Nienawidzę Tego wyrazu, tak jak nienawidzę Szatana, wszystkich Montekich i ciebie. Broń się, nikczemny tchórzu.
_(Walczą)._
_Nadchodzi kilku przyjaciół obu partyi i mieszają się do zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami)._
*Pierwszy obywatel.* Hola! berdyszów! pałek! Dalej po nich! Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!
_(Wchodzą: Kapulet i pani Kapulet)._
*Kapulet.* Co to za hałas? Podajcie mi długi Mój miecz! hej!
*Pani Kapulet.* Raczej kulę: co ci z miecza?
*Kapulet.* Miecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi I szydnie swoją klingą mi urąga.
_(Wchodzą: Monteki i pani Monteki)._
*Monteki.* Ha! nędzny Kapulecie! _(Do żony)._ Puść mię, pani.
*Pani Monteki.* Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.
_(Wchodzi Książę z orszakiem)._
*Książę.* Zapamiętali, niesforni poddani, Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to, Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta, Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie W własnych żył swoich źródle purpurowym: Pod karą tortur, wypuśćcie natychmiast Z zawziętych dłoni tę broń buntowniczą I posłuchajcie tego, co niniejszym Wasz rozjątrzony książę postanawia. Domowe starcia, z marnych słów zrodzone Przez was, Monteki oraz Kapulecie, Trzykroć już spokój miasta zakłóciły, Tak, że poważni wiekiem i zasługą Obywatele werońscy musieli Porzucić swoje wygodne przybory, I w stare dłonie stare ująć miecze, By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe Niechęci wasze przecinać. Jeżeli Wzniecicie jeszcze kiedyś waśń podobną, Zamęt pokoju opłacicie życiem. A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie. Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem; Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie Dalsza ma wola oznajmiona będzie. Jeszcze raz, wzywam wszystkich tu obecnych Pod karą śmierci, aby się rozeszli.
_(Książę z orszakiem wychodzi; podobnież Kapulet, pani Kapulet, Tybalt, obywatele i słudzy)._
*Monteki.* Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze, Byłżeś tu wtedy, gdy się to zaczęło?
*Benwolio.* Nieprzyjaciela naszego pachołcy I wasi już się bili, kiedym nadszedł; Dobyłem broni, aby ich rozdzielić: Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem, I harde zionąc mi w uszy wyzwanie, Jął się wywijać nim i siec powietrze, Które świszczało tylko, szydząc z marnych Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się Większy tłum ludzi, z obu stron walczono, Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.
*Pani Monteki.* Lecz gdzież Romeo? Widziałżeś go dzisiaj? Jakże się cieszę, że nie był w tem starciu.
*Benwolio.* Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce W złotych się oknach wschodu ukazało, Troski wygnały mię z dala od domu W sykomorowy ów gaj, co się ciągnie Ku południowi od naszego miasta. Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał. Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu; Lecz on, spostrzegłszy mię, skręcił natychmiast, I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie. Pociąg ten jego do odosobnienia Mierząc mym własnym, (serce nasze bowiem Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni) Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach I w inną stronę się udałem, chętnie Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.
*Monteki.* Nieraz o świcie już go tam widziano Łzami poranną mnożącego rosę, A chmury swego oblicza chmurami. Aliści, ledwo na najdalszym wschodzie Wesołe słońce z przed łoża Aurory Zaczęło ściągać cienistą kotarę, On, uciekając od widoku światła, Co tchu zamykał się w swoim pokoju, Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał. W czarne bezdroże dusza jego zajdzie, Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.
*Benwolio.* Szanowny stryju, znaszże powód tego?
*Monteki.* Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.
*Benwolio.* Wybadywałżeś go jakim sposobem?
*Monteki.* Wybadywałem i sam, i przez drugich: Lecz on, jedyny powiernik swych smutków, Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie, Od otwartości wszelkiej tak daleki, Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie, Nim światu wonny swój kielich roztoczył I pełność swoją rozwinął przed słońcem. Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka, Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.
_(Romeo ukazuje się w głębi)._
*Benwolio.* Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę: Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.
*Monteki.* Obyś w tej sprawie, co nam serce rani, Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.
_(Wychodzą: Monteki i pani Monteki)._
*Benwolio.* Dzień dobry, bracie.
*Romeo.* Jeszczeż nie południe?
*Benwolio.* Dziewiąta biła dopiero.
*Romeo.* Jak nudnie Wloką się chwile! Moiż-to rodzice Tak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?
*Benwolio.* Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?
*Romeo.* Nieposiadanie tego, co je skraca.
*Benwolio.* Miłość więc?
*Romeo.* Brak jej.
*Benwolio.* Jakto? brak miłości?
*Romeo.* Brak jej tam, skądbym pragnął wzajemności.
*Benwolio.* Niestety! Czemuż, zdając się niebianką, Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?
*Romeo.* Niestety! Czemuż z zasłoną na skroni, Miłość na oślep zawsze cel swój goni! Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko. W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość. O! wy sprzeczności niepojęte dziwa: Szorstka miłości! nienawiści tkliwa! Coś narodzone z niczego! Pieszczoto Odpychająca! Poważna pustoto! Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu! Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu! Śnie bez snu! Taką-to w sobie zawiłość, Taką niełączność łączy moja miłość. Czy się nie śmiejesz?
*Benwolio.* Nie, płakałbym raczej.
*Romeo.* Nad czem, poczciwa duszo?
*Benwolio.* Nad uciskiem Poczciwej duszy twojej.
*Romeo.* A więc strzała Miłości nawet przez odbitkę działa? Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego Brzemię powiększasz przewyżką twojego; Współczucie twoje nad mojem cierpieniem Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem Dla mego serca. Miłość, przyjacielu, To dym, co z parą westchnień się unosi; To żar, co w oku szczęśliwego płonie; Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie. Czemże jest więcej? Istnym amalgamem: Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem. Bądź zdrów. _(Chce odejść)._
*Benwolio.* Zaczekaj! krzywdębyś mi sprawił, Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.
*Romeo.* Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobą; To nie Romeo, co rozmawia z tobą.
*Benwolio.* Kogóż to kochasz? mów.
*Romeo.* Przestań mię dręczyć Mamże wraz jęczyć i mówić?
*Benwolio.* Nie jęczyć, Tylko mi klucz dać do tego problemu. Kogóż to kochasz? powiedz!
*Romeo.* Każ choremu Pisać testament: będzież to wezwanie Dobre dla tego, co jest w tak złym stanie? A więc kobietę kocham.
*Benwolio.* Celniem mierzył, Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.
*Romeo.* Biegle celujesz. I ta, którą kocham, Jest piękna.
*Benwolio.* W piękny cel trafić najłatwiej.
*Romeo.* A właśnieś chybił. Niczem tu kołczany Kupida; ona ma naturę Dyany: Pod twardą zbroją wstydliwości swojéj Grotów miłości wcale się nie boi; Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych; Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych; Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna. Bogata w wdzięki, w tem jedynie biedna, Że, kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi Całe bogactwo, którego tak skąpi.
*Benwolio.* Wiecznież chce sama zostać z swem bogactwem?
*Romeo.* Tak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem, Bo piękność, którą własna srogość strawia, Całą potomność piękności pozbawia.
Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem; Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem. Przysięgła nigdy nie kochać, i dzięki Temu, skazany-m wiecznie cierpieć męki.
*Benwolio.* Jest na to rada: przestań myśleć o niej.
*Romeo.* Doradźże także, jakimbym sposobem Mógł przestać myśleć.
*Benwolio.* Dając oczom wolność Rozpatrywania się w innych pięknościach.
*Romeo.* To byłby tylko sposób przywołania Jej cudnych wdzięków tem żywiej na pamięć. Maska, kryjąca lica pięknej damy, Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał, Zapomniż kiedy, jaki skarb posiadał? Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy, Będzież on dla mnie w istocie czem więcéj, Jak przypomnieniem, że jest piękność inna, [Page 13] Przed którą ta-by uklęknąć powinna. Bądź zdrów: niewczesną podajesz mi radę.
*Benwolio.* Najpraktyczniejszą, życie w zastaw kładę.
_(Wychodzą.)_
SCENA II.
Ulica.
_(Wchodzą: Kapulet i Parys, za nimi służący)._
*Kapulet.* Podobną, jak mnie, karą zagrożono I Montekiemu; ależ w wieku naszym Spokojnie siedzieć rzecz nie trudna.
*Parys.* Oba Szanownych szczepów jesteście odrośle; Tem-ci żałośniej, że od tyła czasu, Żyjecie w takiem rozdwojeniu z sobą. Co mówisz, panie, na moje zabiegi?
*Kapulet.* To samo, co już dawniej powiedziałem: Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy, Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę; Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba, Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.
*Parys.* Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.
*Kapulet.* Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki. Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje, Oprócz tej jednej; ona jest, Parysie, Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką. Staraj się jednak, skarb sobie jej serce, Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce; Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie Jej pozwolenia echem tylko będzie. Daję dziś wieczór, na który niemało Gości sprosiłem; gdyby ci się dało Być jednym więcej, w nader miły sposób Zwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób. W biednym mym domu, jednocześnie z nocą, Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą, Że od ich blasku blask niebieskich zblednie. Uciechy, młodym ludziom odpowiednie, Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia, Gdy w starym progu zimy się pojawia; Takie uciechy, w całej swojej mocy, Wśród hożych dziewic staną się tej nocy Udziałem twoim w domu Kapuletów. Przyjdź, przejrz i wybierz sobie z tych bukietów Kwiat najpiękniejszy. I mój tam kwiat luby Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby. Idźmy. _(Do sługi)._ A wasze obejdź w krąg Weronę, Wynajdź osoby tu wyszczególnione
_(oddaje mu papier)._
I powiedz każdej, że mój dom otworem Na ich usługi stanie dziś wieczorem.
_(Wychodzą: Kapulet i Parys)._
*Służący.* Mam wynaleźć osoby tu wyszczególnione: to się znaczy, według tego, co tu napisano... A cóż tu napisano? Oto: że szewc ma pilnować łokcia, a krawiec kopyta; rybak pędzla, a malarz więcierza. Jakże wynajdę osoby tu wyszczególnione, kiedy nie mogę wynaleźć środka na wyczytanie tego, co osoba pisząca tu wyszczególniła? Kazano mi jednak; muszę się udać do uczonych. Oto jacyś ichmoście; może mi poradzą.
_(Wchodzi Romeo i Benwolio)._
*Benwolio.* Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem, Ból dawny nowym leczy się cierpieniem; Kręć się na odwrót, gdy masz zawrót głowy; Klin wyrugujesz, klin wbijając nowy; Zaczerpnij nowej zarazy do łona, A jad dawniejszej niewątpliwie skona.
*Romeo.* Liść pokrzywiany wyborny jest na to.
*Benwolio.* Na cóż to, proszę?
*Romeo.* Na oparzeliznę; Spróbujno tylko.
*Benwolio.* Powiedz mi, Romeo, Czyś ty oszalał?
*Romeo.* Nie, nie oszalałem, Lecz wpadłem w gorszy stan niż szalonego. W loch się dostałem, jestem pastwą głodu, Chłost i mąk. -- Dobry wieczór, przyjacielu.
*Służący.* Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?
*Romeo.* Niestety! umiem w moim przeznaczeniu Czytać niedolę.
*Służący.* Tego się bez książki Można nauczyć; ale ja się pytam, Czy pan pisane rzeczy umie czytać?
*Romeo.* Małej mi rzeczy do tego potrzeba, To jest znać tylko język i litery.
*Służący.* Słusznie pan mówisz, bądźże zdrów i wesół.
_(Chce odejść)._
*Romeo.* Czekajno wasze, umiem czytać. _(Czyta)._ »Sinior Martino, jego małżonka i córki. Hrabia Anzelm ze swemi pięknymi siostrami. Siniora wdowa po Witruwiuszu. Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice. Merkucyusz i jego brat Walenty. Mój brat Kapulet z małżonką i córkami. Moja śliczna siostrzenica Rozalina. Liwia, sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjusz i nadobna Helena.« Wspaniałe grono! _(Oddaje kartę)._ Gdzież oni przyjść mają?
*Służący.* Owdzie.
*Romeo.* Gdzie?
*Służący.* Do naszego pałacu, na wieczerzę.
*Romeo.* Do czyjego pałacu?
*Służący.* Mojego pana.
*Romeo.* W istocie, powinienem się był przedewszystkim spytać, kto nim jest.
*Służący.* Oznajmię to panu bez pytania: moim panem jest możny, bogaty Kapulet; jeżeli panowie nie jesteście z domu Montekich, to was zapraszam do niego na kubek wina. Bądźcie weseli.
_(Wychodzi)._
*Benwolio.* Na tym wieczorze Kapuleta będzie Bożyszcze twoje, piękna Rozalina, Obok najpierwszych piękności werońskich. Pójdź tam i okiem bezstronnem porównaj Jej twarz z obliczem tych, które ci wskażę: Wnet nowe bóstwo ślad dawnego zmaże.
*Romeo.* Gdyby rzetelny mój wzrok tak fałszywe Miał dać świadectwo, łzy stańcie się żarem! Wy, zalewane wciąż, a jeszcze żywe Przezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem! Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidzące Równej piękności nie widziało słońce.
*Benwolio.* Wielbisz ją, boś ją jedną na oboich Ważył dotychczas szalach oczu swoich; Lecz umieść na tej wadze kryształowéj Obok niej inną, którą ci gotowy Będę dziś wskazać, a ręczę, że owa Nieporównana w kąt się przed tą schowa.
*Romeo.* Pójdę tam, ale z obojętnem okiem, Jednej wyłącznie poić się widokiem.
_(Wychodzą)._
SCENA III.
Pokój w domu Kapuletów.
_(Wchodzi pani Kapulet i Marta)._
*Pani Kapulet.* Gdzie moja córka? Idź ją tu przywołać.
*Marta.* Na moją cnotę! jużem ją wołała. Julciu! pieszczotko moja! moje złotko! Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!
_(Wchodzi Julia)._
*Julia.* Czy mnie kto wołał?
*Marta.* Mama.
*Julia.* Jestem, pani. Co mi rozkażesz?
*Pani Kapulet.* Słuchaj. Odejdź, Marto; Mam z nią sam na sam coś do pomówienia. Marto, pozostań: przychodzi mi na myśl, Że twa obecność może być potrzebna. Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?
*Marta.* Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.
*Pani Kapulet.* Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.
*Marta.* Czternaście moich zębów w zakład stawię, (Chociaż właściwie mam ich tylko cztery) Że jeszcze nie ma. Rychłoż będzie święto Piotra i Pawła?
*Pani Kapulet.* Za parę tygodni, Mniej więcej.
*Marta.* Mniej czy więcej, czy okrągło, Ale dopiero w wieczór na świętego Piotra i Pawła skończy lat czternaście. Ona z Zuzanką -- Boże zbaw nas grzesznych! -- Były rówieśne. Zuzanka u Boga —- Byłże to anioł! -- ale, jak mówiłam, Julcia dopiero na świętego Piotra I Pawła skończy spełna lat czternaście, Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz Rok jedenasty od trzęsienia ziemi; Właśnie od piersi była odsadzona. Z pomiędzy wszystkich dni bożego roku Tego jednego nigdy nie zapomnę. Piołunem sobie wtedy pierś potarłam, Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem. Państwo byliście tego dnia w Mantui. A co? mam pamięć? Ale, jak mówiłam, Skoro pieszczotka moja na brodawce Poczuła gorycz, trzeba było widzieć, Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi; Gołębnik za mną: skrzyp! a ja co żywo Na równe nogi: hyc! nie myśląc czekać, Aż mi kto każe. Upłynęło odtąd Lat jedenaście. Umiała już wtedy O własnej sile stać, co mówię, biegać, Dyrdać. Dniem pierwej zbiła sobie czoło. Mój mąż -- świeć Panie, jego duszy! -- podniósł Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz. _»Plackiem«,_ rzekł, _»padasz teraz, a jak przyjdzie Większy rozumek, to na wznak upadniesz, Nieprawdaż, Julciu?«_ A ten mały łotrzyk, Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć I odpowiedział: _»tak«_. Chociażbym żyła Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę. _»Nieprawdaż, Julciu«_ rzekł, _»że padniesz wznak?«_ A mały urwis odpowiedział _»tak«_.
*Pani Kapulet.* Dość tego, Marto, skończ już tę historyę, Proszę cię.
*Marta.* Dobrze, miłościwa pani. Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu, Kiedy przypomnę sobie, jak to ona Przestała krzyczeć i odpowiedziała: _»Tak«_. Miała jednak guz jak kurze jaje, Siniec porządny i płakała gorzko; Ale gdy mąż mój rzekł: _»plackiem dziś padasz, A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz, Nieprawdaż, Julciu?«_ tak i niebożątko Zaraz ucichło i odrzekło: _»tak«_.
*Julia.* Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.
*Marta.* Jużem ucichła przecie. Pan Bóg z tobą! Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt, Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła Patrzeć na twoje zamęście!...
*Pani Kapulet.* Zamęście! To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić. Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie Są chęci twoje we względzie małżeństwa?
*Julia.* O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.
*Marta.* O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była Twą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrość Wyssała z mlekiem.
*Pani Kapulet.* Myślże o tem teraz. Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych Domów w Weronie wcześnie stan zmieniają; Ja sama byłam już matką w tym wieku, W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc, Waleczny Parys stara się o ciebie.
*Marta.* To mi kawaler! panniuniu, to brylant Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku!
*Pani Kapulet.* Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.
*Marta.* Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.
*Pani Kapulet.* Cóż, Julio? Będzieszże mogła go kochać? Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości. Wczytaj się w księgę jego lic, na których Pióro piękności wypisało miłość; Przypatrz się jego rysom, jak uroczo, Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą; A co w tej księdze wyda ci się mrocznem, To w jego oczach stanie-ć się widocznem. Do upięknienia tej zaprawdę rzadkiej Edycyi męża brak tylko okładki. Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje; Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje; I tem wspanialsza, tem więcej jest warta Złota myśl w złotej oprawie zawarta. Tak więc z nim wszystką jego właść posiędziesz I w niczem sama ujmy mieć nie będziesz.
*Marta.* Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie Zawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.
*Pani Kapulet.* Chceszże go? powiedz krótko, węzłowato.
*Julia.* Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to; Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać, Jak tobie, pani, podoba się żądać.
_(Wchodzi Służący)._
*Służący.* Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona, czekają na panią, pytają o pannę Julię, przeklinają w kuchni panią Martę -- słowem, niecierpliwość powszechna. Niech panie raczą pośpieszyć. _(Wychodzi)._
*Pani Kapulet.* Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.
*Marta.* Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.
_(Wychodzą)._
SCENA IV.
Ulica.
_(Wchodzą: Romeo, Merkucio i Benwolio w towarzystwie pięciu czy sześciu masek. Ludzie z pochodniami i inne osoby)._
*Romeo.* Mamyż przy wejściu z przemową wystąpić, Czy też poprostu wejść?
*Benwolio.* Wyszły już z mody Te ceremonie: nie będziemy z sobą Wiedli Kupida z bindą wkoło skroni, Łuk malowany z gontu niosącego I straszącego dziewczęta jak ptaki; Ani też owych prawili oracyi, Mdło za suflerem cedzonych na wstępie. Niech sobie o nas pomyślą, co zechcą; Wejdziem, pokręcim się i znikniem potem.
*Romeo.* Kręćcie się, kiedy chcecie, jam do tego Dziś niesposobny.