Part 4
Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki, i pomimo wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak trzcina, o wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym. Twarz January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi, wygięte nieco dumnie - oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem wyniosłości, nerwowe, zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy rzut oka, nader wrażliwego i uczuciowego może nad miarę.
Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na jej ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie Gowartowskiego spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po przelotnej chwili oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco zmieszaną, odezwał się pierwszy:
- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?.. Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z niepokoju nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie, z akcentem prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej twarzy czekał na odpowiedź.
Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata, rzekła:
- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...
Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.
Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na fotelu i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:
- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...
- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania - może kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to, przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka.
- Ależ, ma chère, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski - to wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci się dzisiaj stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się pan January i spojrzał siostrze badawczo w oczy.
- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?...
Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej właśnie chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj. Wszystko, co dotąd czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po prostu bowiem nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. Zwróciła się do służącego.
- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem cierpiąca, i nie przyjmuję...
- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata - i ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...
Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami, jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z twarzy jego pierzchła pogoda.
Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan January nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie zmarszczyły. Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą, szukający zagadki, nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się już w oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego.
- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła głośniej tym razem marszałkowa.
Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg buduaru.
Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! - bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś skierowała się, by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.
Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że czeka go coś niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie postępującej siostry dawno już nie oglądał.
Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się obok, na kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy, rzekła zatem łagodnie i serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i dobremi oczami w twarz brata.
- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...
- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie latają mi wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam - cóż z Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś słowa jego drgały wymówką i prośbą.
Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy rękami głowę brata, ucałowała ją czule.
- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.
Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym na marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w pierwszej chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał... Wpatrzywszy się bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona mówi prawdę, po chwili jęknął więc tylko cicho:
- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii... Głos zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując nad własnem wzruszeniem, odpowiedziała wolno:
- Z Romanem Dzierżymirskim...
- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki, śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się on obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos Gowartowskiego przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina zatamowała mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... błogosławieństwa!... - wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i gniewem... Twarz przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca, dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, bezsilnie, upadł na pobliski głęboki fotel.
Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę stroskanego brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota siostrzana ukoić pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą słowami przez nią zadany.
Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego, a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym głosem.
- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie zawiadomiwszy mnie o niczem?
I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął wzburzony:
- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej, naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać, i myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"
- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa. - Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na chybił-trafił. Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę, spokoju, aż opowiem ci wszystko, - dodała błagalnie.
Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.
- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie - drżącym od wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu pani Melania, w nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie rodzonym ukraińskim akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała - zaczęła marszałkowa, i ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem, kiedy już tak boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak nie było wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoła nie wiedziałam...
Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.
- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam - powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego? Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i natychmiast wyjechali razem za granicę.
I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem. Pod nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na niej jeszcze boleśniejsze cierpienie.
- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.
Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej, to tej rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez córkę, depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i ponęt...
Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem patrzyła wciąż pani Melania na brata i myślała:
- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie ranicie serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła i słońca, lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość, zaparcia siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do młodych!..
Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube dziecię!
Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości młodej, ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w mroki cichych, dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego, wdarł się promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej rzeczy tego świata...
Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych, pani Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:
- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło się to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z przeznaczeniem, to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha - Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni gdzieś w pobliżu austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie ślub wzięli.
- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał Gowartowski.
- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją, jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po odebraniu wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli, miękko, opowiadać mu ona poczęła stopniowo wszystko.
A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o Ładyżyńskim...
Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak dziecko, nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy w myślach bezustannie zatopiony - słyszał.
Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:
- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem nie mam pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..
Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie przysunęła się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej samej chwili spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła nerwowo. Zdało jej się, że ktoś dotyka właśnie klamki...
Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w ślad za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i herbatę.
- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani Melania.
Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch negatywy, pełny obojętności i zniechęcenia.
Marszałkowa westchnęła cicho.
-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.
Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy chwilę, oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę pozostałej służbie.
Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły się owe drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak było zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale.
I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się dwa światła.
Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i wizerunkiem Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc prośby do nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by mu los przyszłość osłodził. W końcu światło u niej zgasło. Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą...
Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę, ułożywszy się do snu.
Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.
Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.
0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...
Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie biła może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna szczęścia godzina...
A tu?...
Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy, cisnące mu się gwałtem do oczu...
Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia się siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja," którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite było na duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do jakiego stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu uczuciu - intruzowi!...
Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach Gowartowskiego.
- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko marnością... rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły uczucia, powstałe w ojcowskiej duszy z tysiącznych życia szczegółów, cicho wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego przywiązania, z góry już skazane być muszą niemiłosiernie, by zwiędnąć zapoznane...
Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez zasłon, choćby konwencyonalnych tylko!
Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona pęknie od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój brzęczących, dokuczliwych owadów.
Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała próżnia...
Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...
I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.
- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam moment, analogiczny z chwilą obecną!...
Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z nich, a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni życia, swą głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama była.
I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata swoje, wpatrzył się w nie na chwilę...
- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.
Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował sędziwy wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i szalał, jednak zawsze godził jedno z drugiem.
Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej samej chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie powieki, i jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię wcisnął w poduszki głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w pustych, cichych ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:
- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się pytać? Ja chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego sercu, a tu ty myślisz mi przeszkodzić?...
W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne, stłumione łkanie - starzec płakał...
Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą - stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.
A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że oto skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.
Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...
Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach i kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go, pochłaniają...
Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad zakochaną parą młodych roje cherubów unoszą się w górze, skrzydełka ich szumią radośnie, a czarowna miłość toruje im drogę!...
I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na niego wpada.
Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...
Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt końskich...
Ach!...
To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...
Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka głośniej zabrzmiała.
Minęła chwila...
Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim zadrżał miłośnie pocałunku szmer...
Pojechali.
Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl przemknęło mu słowo: Waryuję?...
Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.
I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie zaczęło.
Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza, niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty zduszone łkanie...
Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w dal...
Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do pokoju gwiazdy...
Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli, zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie starca, przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem tego ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną cierpieniami duszę stroskanego ojca?
Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała się niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...
Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały? Mara, czy złudzenie?
Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po pokoju... Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce spadało coś w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś każdej kropli rozlegał się w cichej komnacie jakiś pełny, oddzielny, harmonijny ton stłumiony - grała jednolita, oderwana, melodyjna nuta.
Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...
Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer niebieskich prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia, a siadłszy cicho przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca, niósł mu ukojenie - od Boga!...
Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...
To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając się tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca - łzy...
Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała coraz bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła zupełnie, wyparta mrokiem idącego wieczoru.
W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami i sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie opustoszała niebawem.
Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli, zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku.
Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą, zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem, przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku wolne miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a zdjąwszy zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie zrobiony - spojrzał wokoło...
Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach, brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego, a samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka siedzących opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach i dużych, błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.
Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed siebie. Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane. Przyciszonym łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś, szeptało...
Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze sobą gdzieś w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny szmer fali...
Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód Adryatyku, zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go, obcych ludzi, ono jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem uchem myśli jego słucha.
A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie; żonę, cierpiącą na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej żądanie.
Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.
Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym tym okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli złotymi łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne jarzmo chwil miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li tylko jasnością, promieniami i blaskiem.
Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych, subtelniejszych. Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto zewnętrzne, a więc ciągłe, bezustanne pobudzenie poczucia piękna, wyzwane zetknięciem się z sztuką tego zakątka pamiątek Italii; - wewnętrzne, a tym razem również w ścisłej pozostające łączności z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.
Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...
Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą była - poddawała się tylko sile jego uczucia.
Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej pragnionym i kochanym - to on poddawał się sile szałów, pożądań...
Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w tej czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle świeżem, krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem, orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił, wchłaniając w siebie całą moc i potęgę skierowanej ku niemu miłości.
A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko mógł spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną kartę jego tak niedawnej jeszcze przeszłości.