Part 20
Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po klawiszach, spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w półcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po twarzy, zadały kłam wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski zapomniał o nich. Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór pochylił się ku rączce Oli.
- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa - wyżej łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola.
- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski.
Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi, słuchających tej orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w złocone ramy artyzmu i techniki.
Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony, pieszczotliwy, miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund kilka, uderzenie kul na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana Emila... I Topolski, flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą półsłówkami słów jego igraszkę, od czasu do czasu wysyłał spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca; lecz ten nie myślał o tem wcale.
Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch ten jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się mężczyźnie przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w tej chwili:
- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i zapomniałam... Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić świecę! - dokończyła, z filuternym uśmiechem.
- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam u pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju chwili danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie półcieniu, tak znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą wieczorną.
Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i rzekła swobodnie:
- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością.. Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle razy...
Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury.
- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające, łagodne, przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i podniósł do ust, jej dłoń.
- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola.
Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej:
- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę.
Pytająco spojrzała nań Ola.
- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami...
- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła Ola, a oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała, patrząc mu w oczy przeciągle:
- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną...
- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego jakby - pełnego cichej tęsknoty...
- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że też ta kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po prostu, co mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego nastrajała dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same cisnęły mu się do ust przed chwilą...
- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w kącikach ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz, subtelniejszem, miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać się zdawał.
Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem innym, niż poprzednio:
- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...
- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! - zaśmiała się - vous êtes incomparable!..
- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę...
- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. Więc, jakież ultimatum?
- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak rzadko kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze jednakowo... A mąż i żona przecież, poza...
- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie rozumiem...
A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilà ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie już darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie nadchodzi..
- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się śpiesznie, począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na etażerce.
- Silence à mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z ukrytym sarkazmem:
- Czy to... może panu zawdzięczam?..
I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez czas krótki jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli dobranoc i rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy fortepianie świece rzucały teraz na salon migocące światło, lekki zefirek kołysał ich płomień z lekka, poruszał firanki i portyery... Ola skierowali się ku werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała się głęboko.
- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż, od lat sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć bezustannie ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn, na żadnego jednak uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..
Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie...
Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie prowadzoną grą intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie nieprzeparcie!... Ten jego ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy wdzięk osobisty, którym tchnąć się zdaje postać jego cała, zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej... Broni się przed nim, w żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, że jeśli tak samo potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu się?..
Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed "nim" i przed nią samą...
I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a pociągnięta kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni księżyca, schodzi z balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą ogrodową aleję.
Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie; przez liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej stóp dyskretnie, ukazują się, to znów nikną...
- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?
- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała...
Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda igra jej w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego użycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia wszechpotężnie.
Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i wewnętrznej walce.
Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku domowi.
- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki na rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem i rozterką!
Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na pewno... Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, przemyślała, przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem, wyobraźnią, duszą całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny - w jego ramiona, które czekały tylko jej skinienia, by ją opleść pieszczotą - unieść w krainę miłości i rozkoszy!..
- Marzenia! Ona nie ulegnie!..
- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi, cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego dotąd ponad życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością wesprzyj!!!
Ola już jest w pobliżu pałacu.
- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce po raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona cała, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach pałacowego skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego życia - zapomina o pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem i skrzypnąwszy drzwiami, znika za niemi.
W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna...
W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu, płomienie ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając fantastycznie pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy promień - i złagodzi swym blaskiem żółte świec płomyki...
I trwa to tak dość długo jeszcze...
Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do salonu przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...
Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się wciąż, dygocąc...
Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną z nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna fortepianie i jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle przestaje powiewem poruszać wszystko dokoła!..
Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją pieszczotliwie w swój uścisk gorący...
Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski, zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym ogniem, z trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają znienacka, i wszystko to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić poczyna... Od firanki zajęły się rozrzucone na pianinie nuty, drobiazgi...
Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom, przyspiesza pochód ich po salonie...
Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian, skarży się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar, napełniają pokój cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim trzeszczeć zaczyna!..
Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły, rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie do wnętrza pałacu...
Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona salonu; drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem ognia, walą się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa się podstępnie do innych, przyległych komnat...
Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.
W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a uśmiechnięty, rozmarzony, śni zapewne o Oli.
Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w ślad za tem podłoga wstrząsa się...
Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś dusi go, w oczy się wżera...
Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera okno...
- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie. Patrzy w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!.. Słucha... Włosy jeżą mu się na głowie, zapala świece, i widzi siebie w obłokach dymu.
- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za drzwiami...
Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne...
- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! - przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! - waha się...
Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół zaczyna..
- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku pokojom pani domu...
Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak nieprzytomny...
We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos palącego się pałacu...
Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija się donośnie..
To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli buduaru... Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące doń... Topolski na ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia, miejsca, rzuca się gwałtownie ku nim. Słucha...
Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki:
"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych kroków ludzkich...
- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą.
Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i łożu, na którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym.
Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej kobiety i rysują wdzięcznie kształty ciała...
Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może. Chwilę stoi nieruchomy...
Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia, odgłosem swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w bieliźnie nóżkami bosymi, dotyka ziemi...
Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę u drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie dzwonić poczyna...
Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj okno i rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie...
- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka...
Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa drżącą ze strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.
- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem... Mężczyzna pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z łoskotem i chrzęstem, wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a ziejąca paszcza płonących komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni, w całej swej grozie i majestacie...
Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..
To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju służąca, wołaniem, błaga o pomoc!
W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem, Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac. Widzi w oddali ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę dworską, a w dali zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę marszałkowej...
W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej! ludzie, tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!.. W rogu dworu!! prędzej!!!"
Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do ogólnej gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki - ku niemu!..
Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie Topolskiemu na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod tem dotknięciem, porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie chyżo w ogród... Krew gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina o wszystkiem, prócz tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej i dalej...
Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu.
Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego biegu, szeleści mu nad głową liści pogwarem.
Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku niemu, jak powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony wciąż w przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę trzymaną w uścisku kobietę...
Oczy jej przymknięte - zemdlała!..
Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem, spogląda ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!..
- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i ciało!..
W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko - tajemnicza...
W dalekim zakątku parku znów cicho...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania.
Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie, wiozące beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu, dyrygujący zaś parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak mucha w ukropie, krzyczy, gniewa się, rozkazuje...
Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na piętra, wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i koszulach, przypatrują się bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha pomiędzy sobą, lamentując, złorzecząc...
Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem...
To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie kary, półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez opieki stajni.
Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą gromadkę, umyka przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego drzemiące cisze przerażonem rżeniem.
Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre dokoła, ze zdwojoną energią.
I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu, miejscami złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym gryzącym dymem, zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już obecnie huk pożaru coraz częściej przerywają syki gasnących płomieni - opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje, pokornieje, cichnie...
Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze, płomień nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak domu ugaszono już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych, pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie, liżąc ścian poczerniałych podnóże.
I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...
Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk, oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z żywiołem...
Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach, stanowiąc dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i krwawo-złocistą pożogą...
Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę parku.
- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. - Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja zaś ich muszę znaleźć - muszę!..
Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje się w głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku długą nahajką co chwila uderza się machinalnie po wysokich, okopconych butach...
Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama dręczyła go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im się nie stało - wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..
Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się stosunek jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od marszałkowej i Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak wszyscy zresztą, potracili głowy!.. A on?..
Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły odpędzał od siebie myśli niektóre.
Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją, prowadzącą do ustronnej altany...
Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła - obawa, że sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w gardle i zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.
Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał również źródło i w następującym, konkretnym fakcie.
Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną, ulubienicę Oli...
Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: - Powiadam paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie młodsza pani dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę jakiś szum... Otwieram drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko spojrzeć na pańskie pokoje... Tylko pościel młodej pani pusta i okno otwarte!..
Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na tem.
Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty.
Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków męskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim dobrze mu znana papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we włosach Oli grzebień, z szyldkretu.
Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił machinalnie oba leżące przedmioty i biedz począł...
Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez ubóstwianą kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew, napełniła jakąś niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!..
Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło, usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.
Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty...
Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach zerwał się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku nocy zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni spojrzeli sobie, milcząc, prosto w oczy.
Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co wyczytał na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego obawy.
Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy Topolski, wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie dogorywała już łuna ognia:
- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie...
- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno.
Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego, rozszalały, schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką przerzucił go poprzez siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w ręku nahajką...
W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk inny - kobiecy!..
Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się natychmiast pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie, szybko, wymierzyła Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...
Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna, cofnął się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny.
Zaległa chwila milczenia...