Ironia Pozorów

Part 18

Chapter 18 3,297 words Public domain Markdown

Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po fali sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, - to sławne dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na prawo, równolegle z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od tego wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet - Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie leżącej, pogrążonego we śnie głębokim. Na cudne oblicze boga Olimpu i zamknięte jego źrenice, z wysoka, prostopadły padał promień światła!.. Roman po chwili ruszył dalej...

Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.

A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza, drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu czarowi pragnące swe ramiona!

Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej, hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali, jakby przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: - "podziwiaj nas!.."

Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce Dzierżymirski, do sal ostatnich.

Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa", pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia królowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, noszącej miano "Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród kilkunastu może dzieł tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego samego, stojącego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i kardynała Richelieu'go, całego w purpurze.

Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w powrotną drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając - błądząc wśród tych drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich...

Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...

I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym obrazem, ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz przemawiającym żywiej do indywidualnego jego poczucia i pojęcia sztuki.

Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką szkoły francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi smutnie, w zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i rozmarzeniem...

Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La laitière" przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę - wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane skromnie na dwie strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku różowo - blade róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.

Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego i przestronnego.

Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w purpurowej sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz śliczny portrecik młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce czarnej, podpartego, w zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.

Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze, występował z ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran pełnem, ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa Salvatora Rosy tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki, setki obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...

Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele, mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie...

Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył głową i przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w przestrzeń swe rączyny maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś w powietrzu pragnęło...

I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala wspomnień...

Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi latami zamglone...

Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.

Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie po prostu patrzeć na dzieła sztuki.

Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr.

Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze, dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię olbrzymich sal muzeum.

Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła stopniowo twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg Sztuki!..

W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę, gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : "Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.

Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt, celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...

W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę zręczny, mały, elektryczny pociąg miejski.

- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka ludzi, partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski wskoczył za innymi do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła bowiem minuta, gdy już zatrzaśnięto na powrót z hałasem u wagoników wszystkie drzwiczki.

Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła, jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami czeluści ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod większą częścią nadsekwańskiej stolicy.

Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...

Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów dalszych odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i ich chrzęst w ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie, rozlegał się echem miarowem.

W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem tle parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór gowartowski w odgłosy, idące z łanów dalekich.

Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka, pracując z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku, poprzez drzewa alei migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka siedzącego obok niej mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie tuż koło balkonu okno saloniku dolatywały dwa męskie głosy, zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych.

W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim.

- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil, pochylony nad bilardem.

Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli, wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal trzeciej żółtej bili.

- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite, a rzadkie, jak kruk biały!..

Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko chwili obróciwszy się szybko ku mówiącemu.

- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.

- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan wcale ?

- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany nieco.

Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:

- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej... A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię wspaniały...

I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:

- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.

- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..

Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie, posypały się niebawem liczne karambole.

Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.

- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. - Chybiłem - graj pan!..

Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.

- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz, takim się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie...

A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił jeszcze, w rodzaju pochwały:

- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale nieźle!...

Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru uderzeniach wreszcie chybił.

- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i pochylił się nad suknem zielonem.

- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios...

Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze - niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie pozostałe bilardowe kule.

- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.

- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! - podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.

- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego człowieka.

- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się grzecznie, wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem się nie gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął.

Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.

W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach kończącego się letniego popołudnia.

Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi otwierał...

Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk, młode chłopię...

- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!

- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę, mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! - dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do Ładyżyńskiego.

- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca, odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.

Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.

Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a usta skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.

- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca, czy głowy?

- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z saloniku.

- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.

- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos, nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i strzepnąwszy ubranie, opuścił bilardową salkę, zmierzając ku werandzie.

- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy robótce panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.

- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się łagodnie matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i postępował raźno wykład gry bilardowej...

- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i uśmiechnął się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił.

Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się.

- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się leciutko w fotelu.

- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.

- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi, uciekł do domu - odpowiedział pan Emil.

- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem, marszałkowa.

- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.

- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę - podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy życia, i jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..

- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu... Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, gdzie zabawi dłużej...

- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie mogę - wygłosił całkiem seryo.

Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu, Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:

- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak to czas leci.

Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej chwili zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała spojrzenie do parku. Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i wpatrzył się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie całkiem odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie robótkę.

Zapanowało milczenie.

- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński, w parę minut później.

- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. - zaśmiała się staruszka.

- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą łaską nie zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby gracze, pragnęliby w duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...

Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła lekko, w tym samym tonie:

- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! - pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy potrafię, skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie również, dziwnym zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli:

I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:

- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że uwierzą mu ludzie, goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był i fałsz wierutny!..

- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan Emil, i zamilkł.

- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.

Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu.

- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.

Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:

- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś... Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. - Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął do siebie jeszcze i skierował się do ogrodu.

Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących promieni, w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole...

Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał, nie było już w ogrodzie.

Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci współwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej całej.

Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie, oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego naturalnie wcale.

Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr swoich "Szczęsnaja".

Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym gościem osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu rada była.

Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych form światowych, przystojny i miły, był również bardzo inteligentnym, a lekki pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście połączony ze szczyptą sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo, szczególniej dla kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze panem... Posiadając wrażliwość czułostkową przyrodzoną, rozumiał on kobiety przytem stokroć lepiej od innych mężczyzn, odczuwał je subtelnie, - w podbijaniu zaś serc niewieścich, cierpliwem i umiejętnem, - mistrzem go nazywano.

Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z krótszych lub dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes", które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie starał.

Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od dwóch już niespełna miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze znawstwem swej sztuki, cegiełka za cegiełką, budując swe przyszłe, jak nazywał - szczęście!

Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć nieznacznie tylko, na swe tory.

Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował skrycie - i szedł dalej...

Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła nić trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań, paradoksów, określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie znaczących prawie...

A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich, toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki, literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych codziennego życia - usta ich uśmiechały się nieznacznie, a równocześnie oczy spotykały się, posłuszne...

To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl jakąś, częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie wypowiedziane, a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub rzucało aforyzm dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie, dla innych niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...

Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich, pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.

A po za tem? Och, określić nawet trudno.

Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań, chwil, chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów, niedomówionych spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych, czulszych - w nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a nierozerwalną już jednak, co silnie, a trwale złączyła ich w końcu ze sobą!

I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał się sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na Olę sieci.

Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej, wdzięcznej buzi - zakochał się na seryo w Oli!

Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce, flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo upragnioną jeszcze bardziej.

Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od przędzy codziennego życia.

On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży, dowcipkował, śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola słuchała mówiła, opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie łanów zboża, jednostajnem od maków purpurowych i bławatnych chabrów, roiło się w tej ich słów gawędzie od dwuznaczników, w lekką formę obleczonych ze strony Topolskiego oświadczyn i półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele mówiących nieraz rzeczy!..

Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył jednocześnie wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego się wschodu słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc," spowiadając się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..

Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na których spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok niego kobiety.

Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie: