Ironia Pozorów

Part 17

Chapter 17 3,303 words Public domain Markdown

- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.

Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na żylastej ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:

- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: - dokończył.

Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:

Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował. Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi Bóg miły, a teraz słuchaj:

- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo, hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane "Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych miałem grubą pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci, płaciłem mało, zebrały się zaległości, wystawiono mi dobra na sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem dwanaście tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc sumę żądaną u paru osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie sprzedano...

- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...

- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym dla ucha dźwiękiem:

Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście tysięcy", Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia, wypuścił z rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz obojętny, chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie oto rozprysła mu się w palcach mydlana bańka!.. Życie, z przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, że kpić z usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zraniła go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, instynktowny, zawrzał w Dzierżymirskim.

Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego?

- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować się nim będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny wykrzywił wąskie usta Romana.

Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął rękę na pożegnanie...

Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie, mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei, przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się, potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości obiły się o słuch Dzierżymirskiego.

Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już rodzinie swej niemal wszystko.

- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w powietrzu.

Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się.

Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte. Jedna z nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i świeże...

- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w życiu poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie, głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili wrażeń.

Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...

Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie małe kobiece rączki.

- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż powiada, pan prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów, przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzruszona.

- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką pannę.

Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej rączkę, a choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku jednak przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, w których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic, radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy.

I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby dobroci zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:

- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym, silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu bądź co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak pokrzywdzonym jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany - "mój!.."

I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie Dzierżymirskiego powstał plan gotowy.

- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu... Dziś zaraz zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy.

W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego. Ten ostatni zaś zastanowił się chwilę...

Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał, a sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie:

- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet - jednak panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...

- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ dawać!..

- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w stronę młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu naglących spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...

- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a następnie do panny.

Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho rzekła:

- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to, co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność moja nie zapomni panu tego - nigdy!..

- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by rada do rodzinnego kraju?..

- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak żadna!..

Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego.

- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:

- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł, najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu ulokowania się i objęcia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał, dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie przyznają panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? - dokończył Roman.

- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. - wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze, podziękował, z zapałem.

- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na instalacyę awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana. Nastąpiły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...

Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.

Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości, podniósł głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą kopułę tumu Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca natychmiast skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na obszernym placu tumu, odgrodzonego kratą od ulic miasta.

Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza przybytku, kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.

W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej i grozy objął Romana natychmiast.

Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na dole, w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi sarkofag, z ceglasto - wiśniowego marmuru...

Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny, cichy...

Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym, nikłym... Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się...

I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny.

- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo, Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem, nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego imperatora!..

Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych, Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony, milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza Francyi.

Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu, widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś, poza drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży umęczony...

Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił wzdłuż kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:

Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary, stróżował inwalida...

Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple francais, que j'avais tant aimé" *). [*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego ludu francuskiego, który tak bardzo kochałem."]

Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą, skupienia pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego grobu zmarłego geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego jakby w samem sercu republikańskiego dziś Paryża.

Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął gwałtownie.

Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a z jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ się właśnie odgłos bębna.

Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu uderzenia krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w zagłębieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej.

- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez, sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu tam i ówdzie gości.

- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..

Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie. Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne tony pobudki, wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, snuła mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny.

W gmachu panował mrok...

Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać tum wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej dawno Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..

Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..

Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi się...

W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona - wodza!..

- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o posadzkę uderza ktoś zamaszyście.

- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. - rozlega się głos twardy i szorstki.

Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak na twarz wybladłą, pooraną zmarszczkami, o wyrazie pełnym melancholii i smutku, milknie.

W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne, szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:

- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy wstrętni, kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym szumem, hałasem, gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen wieczny wielkiego imperatora!..

- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż wy, karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście zdolni?..

Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim niecierpliwie szwajcara - inwalidę.

Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? - myślał i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w mętnych źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z tumu.

Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe, i zatrzaśnięto je poza nim.

Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń, porządkować zaczął w głośno zdarzenia minionych godzin kilku.

- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty wciąż jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic - zero!..

- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć się tak będę, zmuszony?

Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił nisko głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w siebie, wracała bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy cierpienia zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na ekran duszy wizerunek nagły własnego moralnego "ja".

Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla drugich, szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w śnieżną, lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed światem, stroił się prezes Dzierżymirski...

Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu Romana chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on był etykę społecznego prawa!..

Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy czujnego zawsze sumienia!..

Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy. Ona, wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona - ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych. Jej to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z Orlęckim!..

I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi ku niemu.

Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..

Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy, rosło tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane przez subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego czynu.

Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo ożywioną dzielnicę miasta.

Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain -l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.

Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się ku muzeum.

Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia, pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki.

Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni, pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we wszelakich jego odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło, niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i oderwać od poziomów!

Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i marmury...

Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.

Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi, coraz piękniejsze.

Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego, traktowane daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i drobniejszem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach twarzy...

W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona, Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi fałdach - wdzięczyła się grecka muza...

Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.

Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szatą przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, - druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem pogrążona skupieniu, z prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem, przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze, za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały.

Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...

I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros... Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk, ze śladem na plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...

Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."

Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych - drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...

Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Luwru - Venus grecka z Milo.

Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.

Pozornie kroczyła ona...

Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą, wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z włosami, karbowanemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą blondynki, anielską - boską!..

Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu oderwać po prostu nie był w stanie...

On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz, zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam osobiście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii królowało w nich - tak niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać mogło... A ciało?..

Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią przegięcia...

Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z trudnością powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał na zegarek - dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił obejrzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...

Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę.