Part 15
- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan... Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły człowiek...
- Oh, vous êtes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać niedosłyszawszy, Ola:
- I objął pan już swe dobra ?..
- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...
- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda kobieta, - kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak kocham, z całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.
- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej, et je suis tout à fait de votre opinion madame, c'est un pays charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.
Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w tej chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski światowca, złagodniała jakby i wypiękniała.
Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w duszy niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale przeciwnie, szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie spodziewała się podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego salonowca, za jakiego wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem chwilę, umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróciła się do Topolskiego.
- Gawędzę z panem, et j'oublie tout à fait, comte, que vous connaissez ici très peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il vous plait.
Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając się jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując zręcznymi komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni tymczasem prowadziła go ku grupie siedzących starszych dam. Im naprzód przedstawiwszy gościa, skinęła następnie na jednego z kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego protegowanego, poleciła zaprezentować go młodszym paniom i pannom.
- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...- rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej estradzie, zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna artystka, śpiewaczka włoska...
Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.
Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien, wespół z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.
Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze, tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...
Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości...
Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.
Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie...
Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był tutaj.
Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki, cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się wcale...
Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się, trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy, kwiliły cicho, grały...
Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał...
Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy Dzierżymirskiego, i zgasły...
Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...
Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.
A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...
Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem, dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.
Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując coś, zadumał się on znowu.
Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął szybko do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę. Rzuciwszy uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres, odczytywać go począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora Orlęckiego w Paryżu. O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono, ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.
Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go; ogarniać go poczęła chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z owym Wiktorem Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego.
I od chwili tej nie znał już pragnień innych...
Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła człowieka, a trzymającego, może, kto wie, nić jego własnej zagadki! Dziś dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się zdobyć list od starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było ofiarą niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym krewnym.
Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez samego Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem synowca starego bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni, Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu już bowiem było, mając sposobność poznania owego Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie tknąć by nawet z nim nie mógł.
- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.
Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej pustej jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i pokrzepić się jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim podłużnym, przybranym kwiatami, stole.
Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem swych gości.
W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej... Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się tęczowymi kolory.
Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe klejnoty, połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną na zimno kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc, flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło.
Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak Dzierżymirski, a na twarzy jego, w ślad za pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz melancholijny cień...
- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów, sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli, splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej, zaciągnięty u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności, zabiegów...
Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..
O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby się ze wzgardą...
Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek czynu, energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w szerokich kołach miasta?..
Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w duszy Romana.
- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki! Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich wszystkich!..
Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy, sfery - tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych ludzi, unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania mu ręki, ze wzgardą zimną, suchą na obliczu...
I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo, wstrząsnął bujną czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz energii, oraz niezłomnej woli, i wyszeptał:
- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi zostaną; bo ja tak chcę i tak być musi!..
Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej, nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..
W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze... Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną zwykle wolą żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny samowiedzy, po raz setny znowu wstępował do duszy jego.
- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają hojnie, a on je z rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz nie może!. W ciemnię zagadki wpatrzony błędnie, wijący się bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem błędnego koła przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym światu fałszem mego "ja", potrafiącym go odurzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym zaś, niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..
(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias kwadratowy są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w tekście)
I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po salac[h ].
Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci, przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.
- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł poprzez salony.
Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie długo nie było go pomiędzy gośćmi.
- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.
- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..
(przypis - druga strona spalenizny)
[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[ ]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet, zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty.
[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem wreszcie...
To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał chwilowo o wszystkiem.
Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi, przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i rozmową. Na wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli.
Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych osób, migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości.
Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz więcej swobodnego miejsca...
Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca zatętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u latarń dziesiątek powozów i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i coraz szybciej.
U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.
- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.
- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w ukłonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.
*******************************************
Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna, zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich.
Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła głów siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli.
Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem rzekła:
- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży powiew!..
Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na wdzięczną postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną suknię, i dłużej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z uśmiechem skinął potakująco głową; po chwili zaś rzucił papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do kanapki; gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na jej małej rączce.
- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do Paryża jechać muszę...
- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać razem do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę dopiero później...
I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień widocznego jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę minkę niezadowoloną.
- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie znów dalej, paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni i nadzieja wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.
- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą przyjadę do Gowartowa później.
- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic tak dalece pilnego nie powołuje cię...
- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. - Cóż to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle à ses trousses?.. - I mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a ująwszy jej obie dłonie, położył je uśmiechnięty sobie na twarzy i wargami muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie brzęczącemi na rączkach Oli bransoletkami.
- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy razem z członkami nowozakładającej się współki Przemysłu Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, muszę, jechać czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleń fabrycznych...
Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem szybkim zegarek.
- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje życie, widzisz teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...
- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż robić... Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o mnie zupełnie - tu Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i dodała jeszcze: - bo Paryż - Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!.. Nie oszukasz mnie tak łatwo...
- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem zupełnie szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna na świecie kobieta nie obchodzi mnie zgoła!..
Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.
- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego będzie, więc i ja jutro pojadę...
Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem mimowolny przebiegł po twarzy jego...
- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli Romana zgadując - ale do Gowartowa!..
Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.
- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej - spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.
Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo znużone rozeszło się...
Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły wszystkie światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce, wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.
- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w wagonowym przedziale Dzierżymirskiego.
- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.
Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w dorożce, na bulwarach.
Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej nadsekwańskiej stolicy.
Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże, samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona wioząca Romana dorożka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyniła porządek - poczem ruszano znowu.
A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część chodnika, pełno było również i gwarno od konsumentów - płci obojga oraz różnych stanów.
I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na oślep jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj", w ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku sobie - pochłaniał i wabił...
W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego się z łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem, znużony położył się i zasnął.
Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka, Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia. Wybiegł na miasto.
Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" usadowił się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać się począł wokoło.
U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne, stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go, odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła pałacu Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca...
A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały się u licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców stolicy.
Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony, omnibus zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy obserwujący ciągle Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę, że mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł schodzić szybko po krętych schodkach, łączących piętnastocentymową impériale z trzydziestocentymowym padołem.
Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy kilka wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę później dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat, kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda, fertyczna służąca, w charakterystycznym białym czepeczku na głowie.
- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.
- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą odpowiedź.
Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:
- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?
- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.
- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył je służącej,
- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.
- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem błyśnięciem czarnych oczu.
Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a cały pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego dręczącej go zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas dłuższy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał się jednak, spojrzawszy uważnie dokoła siebie.
Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.