Part 12
Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy. Krasnostawski przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana Januarego.
Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, charczenie, jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...
Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą, przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca - mknęło w zaświaty...
- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ się płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił ponuro żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących ludzi.
Poczęto się żegnać pobożnie...
Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z wolą Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i aż do stóp Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam, gdzieś wysoko, w ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu niebo otworzyć pragnęła.
Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po białych ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno do małego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, kołyszą się w promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru delikatnym dreszczem przebiega również po rzędzie żółtawych u świec płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w zieleni cieplarnianych kwiatów.
Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia progiem, na podwyższeniu leży January Gowartowski...
Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks, zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna, pogrążoną być tylko się zdaje w głębokim, cichym śnie.
Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..
I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski, cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju słońce - niczem wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp katafalku, sędziwej kobiety-siostry!..
Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada łza cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy ukochane.
I modli się znów pokorna!..
Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a w każdym razie, iż docześnie na pewno nie cierpi już wcale.
- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.
A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają, igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z pól pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...
Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już mężczyzna...
To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej, podążył do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.
Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec, przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o katafalk, w bolesnej zadumie.
Mija tak długa chwila.
Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w nim osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do Ładyżyńskiego i opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa niem delikatnie raz, drugi...
Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego zamyślenia i unosi głowę..
- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?...
Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze, daleki tętent i turkot kół powozu.
I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...
Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z klęczek.
- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek - ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu...
- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się biedaczka wystraszy.
Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś jej przekłada.
Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...
Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie przerywa martwą ciszę... Powóz staje.
A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery...
Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny, straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.
Jeszcze chwila...
I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle, zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym zostaje.
Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola...
Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i wytworna sylwetka jego.
Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem hałas drugorzędny jakiś, inny...
To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na ziemię...
Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...
Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.
- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc, wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w łkaniu, szlochając.
Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.
- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! - szepce mu coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla się i klęka po drugiej stronie katafalku.
A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa je łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co bić już na zawsze przestało!..
- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. - powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..
Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w bólu kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją Ładyżyński.
Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być się zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy wciąż nieruchomo, myśli...
Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.
- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco, błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w dal, do parku, na step i pola!..
I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać, łkać oto zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych brzoza nad wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk boleści, podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal...
I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..
A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki rosy...
Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego dziecka.
Lecz czyż to złudzenie?..
Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że oto znika z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam zmarszczka, i całkiem już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez końca...
Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze tutaj przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup słyszał jeszcze ?
Któż wie? któż zgadnie?
- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych, bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty.
Wystraszeni podążają za nim wszyscy...
To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej sile, nie lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi. Troska o żywym wzięła górę!..
W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym majestacie śmierci - umarły pozostał sam.
***
Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.
W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy przez okienne szyby.
W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna rozbierał leniwie.
Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.
Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę, zgasił światło.
Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie, zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w dotychczasowem życiu jego.
Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.
Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...
Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem, szeleszczącem pościelą łożu.
- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za nieposłuszeństwo wydziedziczył.
Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski podarty własnoręcznie przez umierającego ojca testament.
On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał się przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.
Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie wydanej.
Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.
Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko, przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby rozrzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej, choć nie przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż złoto wątpliwe szło - nikło...
Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.
On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.
I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego domu - przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne.
Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi cechami charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań, nieprzystępny i dumny względem tych, których pragnął trzymać od siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan January, w stosunku do dzisiejszego swego zięcia.
Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz zaś, powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po wypadkach śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się przy tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli - swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość.
Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał dochody...
I Romana upajało to jutro!..
Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą, gębą!..
- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic nie wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie czasami bywa wcale miłem.
- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? - rezonował dalej w myślach swych Roman.
- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!..
- A jak? któż o to pytać będzie...
Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju odnalazł kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej" piwnicy; nalawszy wina, napił się chciwie.
Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą przyszłego bytu, miała również na jego obronę, przyznać należy, i szlachetniejszą podstawę.
- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie właśnie w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki kryształowy kielich od wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem układał już względem tego plany na przyszłość.
- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy - szeptał cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze, oczyścić się w ten sposób z plamy przeszłości!..
- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył głośniej. - Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz jakaś gorączka czynu.
Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego, Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej niespokojnie.
- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało szukać go będę. Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale, by dopiąć tego - powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem Gowartowa, nic przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!..
- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie. Dzierżymirski brwi zmarszczył.
Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!
Bo, rzeczywiście...
Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został panem i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów braki obecnego położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad drugich zachęcać będzie - nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go w spokoju!
Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą jeszcze wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana pokrywała się cieniem.
Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy Dzierżymirskiego.
- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty, delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na ziemię.
Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki, myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła mu przez głowę.
Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai... Sprzątną jutro...
Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując zasnąć.
CZĘŚĆ DRUGA
Była wiosna...
Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze, uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły - upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska, królewska, wspaniała...
Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie, obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny.
Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.
Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie, bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.
Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą, ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.
Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.
Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza, zagadnął:
- Zatem... panie prezesie?
Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł lokaj, trzymając duży list na tacy.
- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...
- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli, nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.
Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami podpisów.
Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem znowu przeszkodzono mu.
Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.
- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.
Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.
Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski zerwał się na widok wchodzącego.
- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.
- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.
Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.
Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:
- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, - czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !
Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować, lecz Dzierżymirski już mówił:
- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w komisyi rewizyjnej.
- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...
I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił:
- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.
Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.
- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to również małej wagi...
- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, - przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko - lecz o człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich kół naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć sobie potrafił, i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie już w zupełności...
Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie kwestyi.
Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść doń z tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego.
- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie pychy rozpierało piersi.
Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.
- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...
Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak, podane zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź przychylną.