Part 8
ludek rozpraszał się w dalszych okolicach krajobrazu i tam powoli gubił
się wród skalnych załomów i dolin. Prawdopodobnie jeden po drugim
zapadały się te wesołki gdzieś w szczeliny i fałdy terenu, jak dzieci
zmęczone zabawą po kątach i zakamarkach mieszkania w noc balową.
Tymczasem ojcowie miasta, mężowie Wielkiego Synhedrionu, przechadzali
się w grupach pełnych powagi i godności i prowadzili ciche, głębokie
dysputy. Rozszedłszy się po całym, owym wielkim górzystym kraju,
wędrowali po dwóch, po trzech na dalekich i krętych drogach. Małe i
ciemne ich sylwety zaludniały całą tę pustynną wyżynę, nad którą zwisło
ciężkie i ciemne niebo, sfałdowane i chmurne, poorane w długie
równoległe bruzdy, w srebrne i białe skiby, ukazujące w głębi coraz
dalsze pokłady swego uwarstwienia. Światło lampy stwarzało sztuczny
dzień w owej krainie - dzień dziwny, dzień bez świtu i wieczoru. Ojciec
mój uspokajał się powoli. Gniew jego układał się i zastygał w pokładach
i warstwach krajobrazu. Siedział teraz na galeriach wysokich półek i
patrzył w jesienniejący, rozległy kraj. Widział, jak na dalekich
jeziorach odbywał się połów ryb. W maleńkich łupinkach łódek siedziało
po dwóch rybaków, zapuszczając sieci w wodę. Na brzegach chłopcy
dźwigali na głowach kosze, pełne trzepocącego się, srebrnego połowu.
Wówczas to dostrzegł, jak grupy wędrowców w oddali zadzierały głowy ku
niebu, wskazując coś wzniesionymi rękami. I wnet zaroiło się niebo jakąś
kolorową wysypką, osypało się falującymi plamami, które rosły,
dojrzewały i wnet napełniły przestworze dziwnym ludem ptaków, krążących
i kołujących w wielkich, krzyżujących się spiralach. Całe niebo
wypełniło się ich wzniosłym lotem, łopotem skrzydeł, majestatycznymi
liniami cichych bujań. Niektóre z nich jak ogromne bociany płynęły
nieruchomo na spokojnie rozpostartych skrzydłach, inne, podobne do
kolorowych pióropuszów, do barbarzyńskich trofeów, trzepotały ciężko i
niezgrabnie, ażeby utrzymać się na falach ciepłej aury; inne wreszcie,
nieudolne konglomeraty skrzydeł, potężnych nóg i oskubanych szyj,
przypominały źle wypchane sępy i kondory, z których wysypują się
trociny. Były między nimi ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były też
i kaleki, kulejące w powietrzu jednoskrzydłym, niedołężnym lotem. Niebo
stało się podobne do starego fresku, pełnego dziwolągów i fantastycznych
zwierząt, które krążyły, wymijały się i znów wracały w kolorowych
elipsach. Mój ojciec podniósł się na bantach, oblany nagłym blaskiem,
wyciągnął ręce, przyzywając ptaki starym zaklęciem. Poznał je, pełen
wzruszenia. Było to dalekie, zapomniane potomstwo tej ptasiej generacji,
którą ongi Adela rozpędziła na wszystkie strony nieba. Wracało teraz,
zwyrodniałe i wybujałe, to sztuczne potomstwo, to zdegenerowane plemię
ptasie, zmarniałe wewnętrznie. Wystrzelone głupio wzrostem, wyogromnione
niedorzecznie, było wewnątrz puste i bez życia. Cała żywotność tych
ptaków przeszła w upierzenie, wybujała w fantastyczność. Było to jakby
muzeum wycofanych rodzajów, rupieciarnia Raju ptasiego. Niektóre latały
na wznak, miały ciężkie, niezgrabne dzioby, podobne do kłódek i zamków,
obciążone kolorowymi naroślami, i były ślepe. Jakże wzruszył ojca ten
powrót niespodziany, jakże zdumiewał się nad instynktem ptasim, nad tym
przywiązaniem do Mistrza, które wygnany ów ród piastował jak legendę w
duszy, ażeby wreszcie po wielu generacjach, w ostatnim dniu przed
wygaśnięciem plemienia pociągnąć z powrotem w pradawną ojczyznę. Ale te
papierowe, ślepe ptaki nie mogły już poznać ojca. Na darmo wołał na nie
dawnym zaklęciem, zapomnianą mową ptasią, nie słyszały go i nie
widziały. Nagle zagwizdały kamienie w powietrzu. To wesołki, głupie i
bezmyślne plemię, jęły celować pociskami w fantastyczne niebo ptasie. Na
darmo ojciec ostrzegał, na darmo groził zaklinającymi gestami, nie
dosłyszano go, nie dostrzeżono. I ptaki spadały. Ugodzone pociskiem,
obwisały ciężko i więdły już w powietrzu. Nim doleciały do ziemi, były
już bezforemną kupą pierza. W mgnieniu oka pokryła się wyżyna tą dziwną,
fantastyczną padliną. Zanim ojciec dobiegł do miejsca rzezi, cały ten
świetny ród ptasi już leżał martwy, rozciągnięty na skałach. Teraz
dopiero, z bliska, mógł ojciec obserwować całą lichotę tej zubożałej
generacji, całą śmiesznoć jej tandetnej anatomii. Były to ogromne
wiechcie piór, wypchane byle jak starym ścierwem. U wielu nie można było
wyróżnić głowy, gdyż pałkowata ta część ciała nie nosiła żadnych znamion
duszy. Niektóre pokryte były kudłatą, zlepioną sierścią, jak żubry, i
śmierdziały wstrętnie. Inne przypominały garbate, łyse, zdechłe
wielbłądy. Inne wreszcie były najwidoczniej z pewnego rodzaju papieru,
puste w środku, a świetnie kolorowe na zewnątrz. Niektóre okazywały się
z bliska niczym innym jak wielkimi pawimi ogonami, kolorowymi
wachlarzami, w które niepojętym sposobem tchnięto jakiś pozór życia.
Widziałem smutny powrót mego ojca. Sztuczny dzień zabarwiał się już
powoli kolorami zwyczajnego poranka. W spustoszałym sklepie najwyższe
półki syciły się barwami rannego nieba. Wśród fragmentów zgasłego
pejzażu, wśród zburzonych kulis nocnej scenerii - ojciec widział
wstających ze snu subiektów. Podnosili się spomiędzy bali sukna i
ziewali do słońca. W kuchni, na piętrze, Adela, ciepła od snu i ze
zmierzwionymi włosami, mełła kawę na młynku, przyciskając go do białej
piersi, od której ziarna nabierały blasku i gorąca. Kot mył się w słońcu.