Part 6
ochronną towaru, markę o przejrzystej symbolice. Zwolna sprawa wyboru
ubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do efeminacji i zepsuty
młodzieniec, pełen zrozumienia dla najintymniejszych poruszeń klienta,
przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, całą
bibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego
zbieracza. Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko
fasadą, za którą kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych
wydawnictw i druków prywatnych. Usłużny subiekt otwiera dalsze składy,
wypełnione aż pod sufit książkami, rycinami, fotografiami. Te winiety,
te ryciny przechodzą stokrotnie najśmielsze nasze marzenia. Takich
kulminacyj zepsucia, takich wymyślności wyuzdania nie przeczuwalimy
nigdy. Panienki sklepowe przesuwają się coraz częściej pomiędzy
szeregami książek, szare i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutych
twarzach, ciemnego pigmentu brunetek o lśniącej i tłustej czarności,
która zaczajona w oczach, z nagła wybiegała z nich zygzakiem lśniącego
karakoniego biegu. Ale i w spalonych rumieńcach, w pikantnych stygmatach
pieprzyków, we wstydliwych znamionach ciemnego puszku zdradzała się rasa
zapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt intensywnej mocy, ta mokka
gęsta i aromatyczna zdawała się plamić książki, które brały one do
oliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować i zostawiać w
powietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka o
podniecającej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwiązłość zrzucała
coraz bardziej hamulce pozorów. Subiekt, wyczerpawszy swą natarczywą
aktywność, przechodził powoli do kobiecej bierności. Leży teraz na
jednej z wielu kanap, porozstawianych wród rejonów książek, w jedwabnej
pidżamie, odsłaniającej kobiecy dekolt. Panienki demonstrują, jedna
przed drugą, figury i pozycje rycin okładkowych, inne zasypiają już na
prowizorycznych posłaniach. Nacisk na klienta rozluźniał się.
Wypuszczano go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie
samemu. Subiektki, zajęte rozmową, nie zwracały nań więcej uwagi.
Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontra
poście, przestępowały z nogi na nogę, grając kokieteryjnym obuwiem,
przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową grę członków,
atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności podnieconego
widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb z
wyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywności gościa.
Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, ażeby wymknąć się nieprzewidzianym
konsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę. Nikt nas nie
zatrzymuje. Przez korytarze książek, pomiędzy długimi regałami czasopism
i druków wydostajemy się ze sklepu i oto jestemy w tym miejscu Ulicy
Krokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu widać niemal całą długość
tego szerokiego traktu aż do dalekich, nie wykończonych zabudowań dworca
kolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej okolicy, i cała
sceneria wydaje się chwilami fotografią z ilustrowanej gazety, tak
szare, tak płaskie są domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistość jest
cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza swą imitatywność.
Chwilami ma się wrażenie, że tylko na małym skrawku przed nami układa
się wszystko przykładnie w ten pointowany obraz bulwaru
wielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwiązuje się i rozprzęga
ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej roli, rozpada
się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoś ogromnego pustego
teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży na
tym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania widowiska. Wbrew
lepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar dzielnicy. Zresztą
nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,
parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymi
kamienicami, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów,
ślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod
domami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,
ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełna
wybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tym
mieście, mieszkańcy mówią o nim z dumą i porozumiewawczym błyskiem w
oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen
gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo
zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej,
bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera
dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i,
rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają
w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości.
Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe
spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół
twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały,
jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygłą na zawsze. Osobliwością
dzielnicy są dorożki bez woźniców, biegnące samopas po ulicach. Nie
jakoby nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysiącem
spraw, nie troszczą się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustego
gestu nie przywiązuje się zbytniej wagi do ścisłego celu jazdy i
pasażerowie powierzają się tym błędnym pojazdom z lekkomylnością, która
cechuje tu wszystko. Nieraz można ich widzieć na niebezpiecznych
zakrętach, wychylonych daleko z połamanej budy, jak z lejcami w dłoniach
przeprowadzają z natężeniem trudny manewr wymijania. Mamy w tej
dzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich święci tu najwyższy
swój triumf. Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych z
papier mâché, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniego
użytku. Często brak im zupełnie przedniej ściany tak, że widzieć można w
przejeździe pasażerów, siedzących sztywnie i zachowujących się z wielką
godnością. Tramwaje te popychane są przez tragarzy miejskich.
Najdziwniejszą atoli rzeczą jest komunikacja kolejowa na Ulicy
Krokodylej. Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieś ku końcowi
tygodnia można zauważyć tłum ludzi czekających na zakręcie ulicy na
pociąg. Nie jest się nigdy pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, i
zdarza się często, że ludzie ustawiają się w dwóch różnych punktach, nie
mogąc uzgodnić swych poglądów na miejsce przystanku. Czekają długo i
stoją czarnym milczącym tłumem wzdłuż ledwo zarysowanych śladów toru, z
twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z papieru, wyciętych w
fantastyczną linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie zajeżdża, już
wjechał z bocznej uliczki, skąd go oczekiwano, niski jak wąż,
miniaturowy, z małą, sapiącą, krępą lokomotywą. Wjechał w ten czarny
szpaler i ulica staje się ciemna od tego ciągu wozów, siejących pył
węglowy. Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku,
tłumiony pośpiech i zdenerwowanie zamieniają ulicę na chwilę w halę
dworca kolejowego w szybko zapadającym zmierzchu zimowym. Plagą naszego
miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo. W ostatniej
chwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym pośpiechu
pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te
negocjacje się kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący,
rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie
rozproszyć. Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanego
dworca, pełnego zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się
znowu, rozszerza i przepuszcza znów swym korytem beztroski monotonny
tłum spacerowiczów, który wędruje wśród gwaru rozmów wzdłuż wystaw
sklepowych, tych brudnych, szarych czworoboków, pełnych tandetnych
towarów, wielkich woskowych manekinów i lalek fryzjerskich. Wyzywająco
ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to
być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą
drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach
nieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub
mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkańcy miasta dumni
są z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamy
potrzeby niczego sobie odmawiać - myślą z dumą - stać nas i na prawdziwą
wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy
jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którą - a natychmiast
spotyka się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną
pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny
sposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą
skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie. A
jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy,
troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli? Kilkakrotnie w trakcie
naszego sprawozdania stawialiśmy pewne znaki ostrzegawcze, dawaliśmy w
delikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzie
nie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówilimy o
imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te mają
zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić połowiczny i
niezdecydowany charakter jej rzeczywistości. Język nasz nie posiada
określeń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jej
giętkość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic
w niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego definitivum,
wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty
wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego
punktu. Moglimy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność - w
intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę.
Cała ona nie jest niczym innym jak fermentacją pragnień, przedwcześnie
wybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwości
kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i
rośnie w pustą, wydętą narośl, wystrzela szara i lekka wegetacja
puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiej
tkanki majaku i haszyszu. Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i
rozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedy
dreszczem na jej gorączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych
marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni
możliwościami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i bezwładni
rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.
Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa,
atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdną i rozpadają się w
nicość, oszalałe szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół. Będziemy
wiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcji
podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemy
błądzili od szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimy
dziesiątki magazynów, trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowali
przez szpalery książek, wertowali czasopisma i druki, konferowali długo
i zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skażonej pięknoci, które
nie potrafią zrozumieć naszych życzeń. Będziemy się wikłali w
nieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i podniecenie ulotni się w
niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie. Nasze nadzieje
były nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd lokalu i służby - pozorem,
konfekcja była prawdziwą konfekcją, a subiekt nie miał żadnych ukrytych
intencyj. Świat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym
zepsuciem, zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moralnych i banalnej
pospolitości. W tym mieście taniego materiału ludzkiego brak także
wybujałości instynktu, brak niezwykłych i ciemnych namiętności. Ulica
Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia
wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na
papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych,
zeszłorocznych gazet.
KARAKONY
Było to w okresie szarych dni, które nastąpiły po świetnej
kolorowości genialnej epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji,
ciężkie tygodnie bez niedziel i świąt, przy zamkniętym niebie i w
zubożałym krajobrazie. Ojca już wówczas nie było. Górne pokoje
wysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce. Z całego ptasiego
gospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stojący na
półce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych firanek stał on tam,
jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca, a gorzka
jego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętności i
abnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały się
trociny. Tylko rogowate egipskie narośle na nagim potężnym dziobie i na
łysej szyi, narośle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tej
starczej głowie coś dostojnie hieratycznego. Pierzasty habit jego był
już w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie, szare
pierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzem
pokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, z
którego wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwość, z
jaką przeszła do porządku dziennego nad stratą ojca. Nigdy go nie
kochała - myślałem - a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercu
żadnej kobiety, przeto nie mógł też wróść w żadną realność i unosił się
wiecznie na peryferii życia, w półrealnych regionach, na krawędziach
rzeczywistości. Nawet na uczciwą obywatelską śmierć nie zasłużył sobie -
myślałem - wszystko u niego musiało być dziwaczne i wątpliwe.
Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć matkę otwartą rozmową. Owego
dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puch
zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. W
tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca
wzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble
przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej
dyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór
pawich, stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach.
Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności,
jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej
swawoli poza oczyma. Świdrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury w
ścianach, mrugały, tłoczyły się, trzepocąc rzęsami, z palcem przy
ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokój
świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoła
wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurki
od kluczy. Nawet w obecności matki, leżącej z zawiązaną głową na sofie,
nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,
mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało
mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z
kolanami przyciśniętymi do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby w
zamyśleniu, delikatną materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: -
Chciałem cię już od dawna zapytać: prawda, że to jest on? - I chociaż
nie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu,
zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyślnie upłynąć chwili,
żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowując
wzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim razie te wszystkie
plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, które w
pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowu
porządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które były
puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem
- ale wiem, że pochodzą od ciebie; chcę wiedzieć prawdę. Usta jej drżały
lekko, źrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. - Nie
kłamałam - rzekła, a usta - jej napęczniały i stały się małe zarazem.
Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami to
prawda - sam przecież pamiętasz... - Zmieszałem się. Pamiętałem w
istocie tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, które
napełniało ciemność nocną, pajęczą bieganiną. Wszystkie szpary pełne
były drgających wąsów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagła
karakonem, z każdego pęknięcia podłogi mogła zlęgnąć się ta czarna
błyskawica, lecąca oszalałym zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłęd
popłochu, pisany błyszczącą, czarną linią na tablicy podłogi. Ach, te
krzyki grozy ojca, skaczącego z krzesła na krzesło z dzirytem w ręku.
Nie przyjmując jadła ani napoju, z wypiekami gorączki na twarzy, z
konwulsją wstrętu wrytą dookoła ust, ojciec mój zdziczał zupełnie. Jasne
było, że tego napięcia nienawiści żaden organizm długo wytrzymać nie
może. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w stężałą maskę tragiczną,
w której tylko źrenice, ukryte za dolną powieką, leżały na czatach,
napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwości. Z dzikim wrzaskiem
zrywał się nagle z siedzenia, leciał na oślep w kąt pokoju i już
podnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierał
rozpaczliwie gmatwaniną swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu ze
zgrozy z pomocą i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby ją
utopić w cebrzyku. Już wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czy
obrazy te zaszczepiły mi opowiadania Adeli, czy też sam byłem ich
świadkiem. Ojciec mój nie posiadał już wtedy tej siły odpornej, która
zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu. Zamiast odgraniczyć się do
straszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mój, wydany na łup
szału, wplątywał się w nią coraz bardziej. Smutne skutki nie dały długo
na siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze podejrzane znaki, które
napełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmieniło się.
Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach i mimice jęły
się zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył się dzień
cały po kątach, w szafach, pod pierzyną... Widziałem go nieraz, jak w
zamyśleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, na
których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona. W dzień
opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja
uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późną nocą, w świetle
świecy stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony
czarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym
rysunkiem przeświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach,
opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłych
dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem
dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału
karakoniego. Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo do
karakona występowało z dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał się
w karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz
rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach -
przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnym
niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzie jeszcze w
jakiej szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w afery
karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co
rana znajdowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które ze
wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała? - A jednak - powiedziałem
zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała na
mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, że
ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem w
nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej odjechać.
WICHURA
Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieście
ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprzątano na
strychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na
flaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek. Tam, w
tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemność
zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne
sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe
flaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod
gontowymi przestworami falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkim
stłoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnięte ze strychów,
rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami,
a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek,
lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby
wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i
zgiełkiem płatwi i bantów. Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki
beczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne
zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się ten ciemny zgiełk naczyń
i napierał jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskujących
skopców i bredzących cebrów. Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczki
i konwie, dyndały się gliniane stągwie zdunów, stare kapeluchy i
cylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie, rosnąc w niebo
kolumnami, które się rozpadały. I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami
drewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątw
i obelg, bluźniąc błotem na całej przestrzeni nocy. Aż dobluźniły się,
doklęły swego. Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do
brzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru i
stanęły nad nocą. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępować
zaczął w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemność ogromną
wzburzoną wichurą i szalała przez trzy dni i trzy noce... - Nie
pójdziesz dziś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura na
dworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachnący żywicą. Piec
wył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów czy
demonów. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał
się kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami. Pobiegłem
boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami.
Srebrzystobiałe i przestronne, porysowane było w linie sił, natężone do
pęknięcia, w srogie bruzdy, jakby zastygłe żyły cyny i ołowiu.
Podzielone na pola energetyczne i drżące od napięć, pełne było utajonej
dynamiki. Rysowały się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna i
nieuchwytna, ładowała krajobraz potęgą. Nie widziało się jej. Poznawało
się ją po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden po
drugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowała
w nie jej siła. Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białą
pustkę, zamiatała całe połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giął
się pod nią i trzepotał, uczepiony węgła domu, samotny człowiek. Cały
plac rynkowy zdawał się wybrzuszać i lśnić pustą łysiną pod jej
potężnymi przelotami. Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory,
grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego
labiryntu. Dachy stały pod tymi niebami czarne i krzywe, pełne
niecierpliwości i oczekiwania. Te, w które wstąpił wicher, wstawały w
natchnieniu, przerastały sąsiednie domy i prorokowały pod rozwichrzonym
niebem. Potem opadały i gasły nie mogąc dłużej zatrzymać potężnego tchu,
który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem i przerażeniem.
I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i
zwiastowały. Ogromne buki koło kościoła stały z wniesionymi rękami, jak
świadkowie wstrząsających objawień, i krzyczały, krzyczały. Dalej, za
dachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie ściany szczytowe