# Sklepy cynamonowe

## Part 4

Book page: https://www.cyberlibrary.org/pl/books/sklepy-cynamonowe-8119/index.md

pomysły i przynoszą z przedmieścia - o całkiem wczesnej,

transcendentalnej porannej godzinie - takiego oto pieska do naszej

kuchni! Ach! było się jeszcze - niestety - nieobecnym, nieurodzonym z

ciemnego łona snu, a już to szczęście ziściło się, już czekało na nas,

niedołężnie leżące na chłodnej podłodze kuchni, nie docenione przez

Adelę i domowników. Dlaczego nie obudzono mnie wcześniej! Talerzyk mleka

na podłodze świadczył o macierzyńskich impulsach Adeli, świadczył

niestety także i o chwilach przeszłości, dla mnie na zawsze straconej, o

rozkoszach przybranego macierzyństwa, w których nie brałem udziału. Ale

przede mną leżała jeszcze cała przyszłość. Jakiż bezmiar doświadczeń,

eksperymentów, odkryć otwierał się teraz! Sekret życia, jego

najistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, poręczniejszej i

zabawkowej formy odsłaniała się tu nienasyconej ciekawości. Było to

nadwyraz interesujące, mieć na własność taką odrobinkę życia, taką

cząsteczkę wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej,

budzącej nieskończoną ciekawość i respekt sekretny swą obcością,

niespodzianą transpozycją tego samego wątku życia, który i w nas był, na

formę od naszej odmienną, zwierzęcą. Zwierzęta! cel nienasyconej

ciekawości, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, by

człowiekowi pokazać człowieka, rozkładając jego bogactwo i komplikację

na tysiąc kalejdoskopowych możliwości, każdą doprowadzoną do jakiegoś

paradoksalnego krańca, do jakiejś wybujałości pełnej charakteru.

Nieobciążone splotem egzotycznych interesów, mącących stosunki

międzyludzkie, otwierało się serce pełne sympatii dla obcych emanacji

wiecznego życia, pełne miłosnej współpracującej ciekawości, która była

zamaskowanym głosem samopoznania. Piesek był aksamitny, ciepły i

pulsujący małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu,

niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyć

palec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, z

wzruszającą, różową brodaweczką z tyłu, nad stopami przednich nóg.

Właził nimi do miski z mlekiem, żarłoczny i niecierpliwy, chłepcący

napój różowym języczkiem, ażeby po nasyceniu się podnieść żałośnie małą

mordkę z kroplą mleka na brodzie i wycofać się niedołężnie z kąpieli

mlecznej. Chód jego był niezgrabnym toczeniem się, bokiem na ukos w

niezdecydowanym kierunku, po linii trochę pijanej i chwiejnej. Dominantą

jego nastroju była jaka nieokreślona i zasadnicza żałość, sieroctwo i

bezradność - niezdolność do zapełnienia czymś pustki życia pomiędzy

sensacjami posiłków. Objawiało się to bezplanowością i niekonsekwencją

ruchów, irracjonalnymi napadami nostalgii z żałosnym skomleniem i

niemożnością znalezienia sobie miejsca. Nawet jeszcze w głębi snu, w

którym potrzebę oparcia się i przytulenia zaspokajać musiał używając do

tego własnej swej osoby, zwiniętej w kłębek drżący - towarzyszyło mu

poczucie osamotnienia i bezdomności. Ach, życie - młode i wątłe życie,

wypuszczone z zaufanej ciemności, z przytulnego ciepła łona

macierzystego w wielki i obcy, świetlany świat, jakże kurczy się ono i

cofa, jak wzdraga się zaakceptować tę imprezę, którą mu proponują -

pełne awersji i zniechęcenia! Lecz zwolna mały Nemrod (otrzymał był to

dumne i wojownicze imię) zaczyna smakować w życiu. Wyłączne opanowanie

obrazem macierzystej prajedni ustępuje urokowi wielości. Świat zaczyna

nań nastawiać pułapki: nieznany a czarujący smak różnych pokarmów,

czworobok porannego słońca na podłodze, na którym tak dobrze jest

położyć się, ruchy własnych członków, własne łapki, ogonek, figlarnie

wyzywający do zabawy z samym sobą, pieszczoty ręki ludzkiej, pod którymi

zwolna dojrzewa pewna swawolność, wesołość rozpierająca ciało i rodząca

potrzebę zgoła nowych, gwałtownych i ryzykownych ruchów - wszystko to

przekupuje, przekonywa i zachęca do przyjęcia, do pogodzenia się z

eksperymentem życia. I jeszcze jedno. Nemrod zaczyna rozumieć, że to, co

mu się tu podsuwa, mimo pozorów nowości jest w gruncie rzeczy czymś, co

już było - było wiele razy - nieskończenie wiele razy. Jego ciało

poznaje sytuacje, wrażenia i przedmioty. W gruncie rzeczy to wszystko

nie dziwi go zbytnio. W obliczu każdej nowej sytuacji daje nura w swoją

pamięć, w głęboką pamięć ciała, i szuka omackiem, gorączkowo - i bywa,

że znajduje w sobie odpowiednią reakcję już gotową: mądrość pokoleń,

złożoną w jego plazmie, w jego nerwach. Znajduje jakieś czyny, decyzje,

o których sam nie wiedział, że już w nim dojrzały, że czekały na to, by

wyskoczyć. Sceneria jego młodego życia, kuchnia z wonnymi cebrami, ze

ścierkami o skomplikowanej i intrygującej woni, z kłapaniem pantofli

Adeli, z jej hałaśliwym krzątaniem się - nie straszy go więcej. Przywykł

uważać ją za swoją domenę, zadomowił się w niej i począł rozwijać w

stosunku do niej niejasne poczucie przynależności, ojczyzny. Chyba że

niespodzianie spadał nań kataklizm w postaci szorowania podłogi -

obalenie praw natury, chlusty ciepłego ługu, podmywające wszystkie

meble, i groźny szurgot szczotek Adeli. Ale niebezpieczeństwo mija,

szczotka uspokojona i nieruchoma leży cicho w kącie, schnąca podłoga

pachnie miło mokrym drzewem. Nemrod, przywrócony znowu do swych

normalnych praw i do swobody na terenie własnym, czuje żywą ochotę

chwytać zębami stary koc na podłodze i targać nim z całej siły na prawo

i lewo. Pacyfikacja żywiołów napełnia go niewymowną radością. Wtem staje

jak wryty: przed nim, o jakie trzy kroki pieskie, posuwa się czarna

maszkara, potwór sunący szybko na pręcikach wielu pogmatwanych nóg. Do

głębi wstrząśnięty Nemrod posuwa wzrokiem za skośnym kursem błyszczącego

owada, śledząc w napięciu ten płaski, bezgłowy i ślepy kadłub, niesiony

niesamowitą ruchliwocią pajęczych nóg. Co w nim na ten widok wzbiera,

co dojrzewa, pęcznieje, czego sam jeszcze nie rozumie, niby jaki gniew

albo strach, lecz raczej przyjemny i połączony z dreszczem siły,

samopoczucia, agresywności. I nagle opada na przednie łapki i wyrzuca z

siebie głos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, całkiem niepodobny do

zwykłego kwilenia. Wyrzuca go z siebie raz, i jeszcze raz, i jeszcze,

cienkim dyszkantem, który się co chwila wykoleja. Ale nadaremnie

apostrofuje owada w tym nowym, z nagłego natchnienia zrodzonym języku. W

kategoriach umysłu karakoniego nie ma miejsca na tę tyradę i owad odbywa

dalej swą skośną turę ku kątowi pokoju, wśród ruchów uświęconych

odwiecznym karakonim rytuałem. Wszelako uczucia nienawiści nie mają

jeszcze trwałości i mocy w duszy pieska. Nowoobudzona radość życia

przeistacza każde uczucie w wesołość. Nemrod szczeka jeszcze, lecz sens

tego szczekania zmienił się niepostrzeżenie, stało się ono swoją własną

parodią - pragnąc w gruncie rzeczy wysłowić niewymowną udatność tej

świetnej imprezy życia, pełnej pikanterii, niespodzianych dreszczyków i

point.

PAN

W kącie między tylnymi ścianami szop i przybudówek był zaułek

podwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknięta między komorę, wychodek

i tylną ścianę kurnika - głucha zatoka, poza którą nie było już wyjścia.

Był to najdalszy przylądek, Gibraltar tego podwórza, bijący rozpaczliwie

głową w ślepy parkan z poziomych desek, zamykającą i ostateczną ścianę

tego świata. Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej,

śmierdzącej wody, żyła gnijącego, tłustego błota, nigdy nie wysychająca

- jedyna droga, która poprzez granice parkanu wyprowadzała w świat. Ale

rozpacz smrodliwego zaułka tak długo biła głową w tę zaporę, aż

rozluźniła jedną z poziomych, potężnych desek. My, chłopcy, dokonaliśmy

reszty i wyważyli, wysunęli ciężką omszałą deskę z osady. Tak zrobiliśmy

wyłom, otworzyliśmy okno na słońce. Stanąwszy nogą na desce, rzuconej

jak most przez kałużę, mógł więzień podwórza w poziomej pozycji

przecisnąć się przez szparę, która wypuszczała go w nowy, przewiewny i

rozległy świat. Był tam wielki, zdziczały stary ogród. Wysokie grusze,

rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami, obsypane

srebrnym szelestem, kipiącą siatką białawych połysków. Bujna, zmieszana,

nie koszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były tam

zwykłe, trawiaste źdźbła łąkowe z pierzastymi kitami kłosów; były

delikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i

szorstkie listki bluszczyków i ślepych pokrzyw, pachnące miętą;

łykowate, błyszczące babki, nakrapiane rdzą, wystrzelające kićmi

grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to, splątane i puszyste, przepojone

było łagodnym powietrzem, podbite błękitnym wiatrem i napuszczone

niebem. Gdy się leżało w trawie, było się przykrytym całą błękitną

geografią obłoków i płynących kontynentów, oddychało się całą rozległą

mapą niebios. Od tego obcowania z powietrzem liście i pędy pokryły się

delikatnymi włoskami, miękkim nalotem puchu, szorstką szczeciną haczków,

jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepływów tlenu. Ten nalot

delikatny i białawy spokrewniał liście z atmosferą, dawał im srebrzysty,

szary połysk fal powietrznych, cienistych zadumań między dwoma błyskami

słońca. A jedna z tych roślin, żółta i pełna mlecznego soku w bladych

łodygach, nadęta powietrzem, pędziła ze swych pustych pędów już samo

powietrze, sam puch w kształcie pierzastych kul mleczowych rozsypywanych

przez powiew i wsiąkających bezgłośnie w błękitną ciszę. Ogród był

rozległy i rozgałęziony kilku odnogami i miał różne strefy i klimaty. W

jednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tam

podścielał niebu co najmiększą, najdelikatniejszą, najpuszystszą zieleń.

Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cień

między tylną ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej, wyraźnie

pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko i

niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał

chwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w szerokiej

prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie był

już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wciekłości, cyniczny

bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji,

panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedźmy,

rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je

z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe

łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię

bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się

jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą

masą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem go

ujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.

Była to chwila, kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu

zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.

Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całej

przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w

dwójnasób, w trójnasób, w inny jaki, wyrodny czas, w nieznaną dymensję,

w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja

ścigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków,

trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I

zdarzyło się wówczas, że któraś z tych jaskrawych plamek rozpadła się w

locie na dwie, potem na trzy - i ten drgający, oślepiająco biały

trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palących

się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śmiejąc

się pogrążyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzony

po pachy w łopuchach, kucał przede mną. Widziałem jego grube bary w

brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,

siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego

dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się

pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z

jakim ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który

mnie ujął jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć

brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła

kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie

bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkie

natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.

Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.

Te oczy patrzyły na mnie i nie patrzyły, widziały mnie i nie widziały

wcale. Były to pękające gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albo

dziką rozkoszą natchnienia. I nagle z tych rysów, naciągniętych do

pęknięcia, wyboczył się jakiś straszny, załamany cierpieniem grymas i

ten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim,

wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się ryczącym, charczącym kaszlem

śmiechu. Do głębi wstrząśnięty, widziałem, jak hucząc śmiechem z

potężnych piersi, dźwignął się powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, z

rękoma w opadających łachmanach spodni, uciekał, człapiąc przez łopocące

blachy łopuchów, wielkimi skokami - Pan bez fletu, cofający się w

popłochu do swych ojczystych kniei.

PAN KAROL

Po południu w sobotę mój wuj, Karol, wdowiec słomiany,

wybierał się pieszo do letniska, oddalonego o godzinę drogi od miasta,

do żony i dzieci, które tam na wywczasach bawiły. Od czasu wyjazdu żony

mieszkanie było nie sprzątane, łóżko nie zaścielane nigdy. Pan Karol

przychodził do mieszkania późną nocą, sponiewierany, spustoszony przez

nocne pohulanki, przez które go wlokły te dni upalne i puste. Zmięta,

chłodna, dziko rozrzucona pościel była dlań wówczas jakąś błogą

przystanią, wyspą zbawczą, do której przypadał ostatkiem sił jak

rozbitek, miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze. Omackiem, w

ciemności zapadał się gdzieś między białawe chmury, pasma i zwały

chłodnego pierza i spał tak w niewiadomym kierunku, na wspak, głową na

dół, wbity ciemieniem w puszysty miąższ pościeli, jak gdyby chciał we

śnie przewiercić, przewędrować na wskroś te rosnące nocą, potężne masywy

pierzyn. Walczył we śnie z tą pościelą, jak pływak z wodą, ugniatał ją i

miesił ciałem, jak ogromną dzieżę ciasta, w którą się zapadał, i budził

się o szarym świcie zdyszany, oblany potem, wyrzucony na brzeg tego

stosu pościeli, którego zmóc nie mógł w ciężkich zapasach nocnych. Tak

na wpół wyrzucony z toni snu, wisiał przez chwilę nieprzytomny na

krawędzi nocy, chwytając piersiami powietrze, a pościel rosła dokoła

niego, puchła i nakisała - i zarastała go znowu zwałem ciężkiego,

białawego ciasta. Spał tak do późnego przedpołudnia, podczas gdy

poduszki układały się w wielką, białą, płaską równinę, po której

wędrował uspokojony sen jego. Tymi białymi gościńcami powracał powoli do

siebie, do dnia, do jawy - i wreszcie otwierał oczy, jak śpiący pasażer,

gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. W pokoju panował odstały półmrok z

osadem wielu dni samotności i ciszy. Tylko okno kipiało od rannego

rojowiska much i story płonęły jaskrawo. Pan Karol wyziewał ze swego

ciała, z głębi jam cielesnych, resztki dnia wczorajszego. To ziewanie

chwytało go tak konwulsyjnie, jak gdyby chciało go odwrócić na nice. Tak

wyrzucał z siebie ten piasek, te ciężary - nie strawione restancje dnia

wczorajszego. Ulżywszy sobie w ten sposób, i swobodniejszy, wciągał do

notesu wydatki, kalkulował, obliczał i marzył. Potem leżał długo

nieruchomy, z szklanymi oczyma, które były koloru wody, wypukłe i

wilgotne. W wodnistym półmroku pokoju, rozjaśnionym refleksem dnia

upalnego za storami, oczy jego jak maleńkie lusterka odbijały wszystkie

błyszczące przedmioty: białe plamy słońca w szparach okna, złoty

prostokąt stor, i powtarzały, jak kropla wody, cały pokój z ciszą

dywanów i pustych krzeseł. Tymczasem dzień za storami huczał coraz

płomienniej bzykaniem much oszalałych od słońca. Okno nie mogło

pomieścić tego białego pożaru i story omdlewały od jasnych falowań.

Wtedy wywlekał się z pościeli i siedział jeszcze jaki czas na łóżku,

stękając bezwiednie. Jego trzydziestokilkoletnie ciało zaczynało

skłaniać się do korpulencji. W tym organizmie, nabrzmiewającym

tłuszczem, znękanym od nadużyć płciowych, ale wciąż wzbierającym bujnymi

sokami, zdawał się teraz zwolna dojrzewać w tej ciszy jego przyszły los.

Gdy tak siedział w bezmyślnym, wegetatywnym osłupieniu, cały zamieniony

w krążenie, w respirację, w głębokie pulsowanie soków, rosła w głębi

jego ciała, spoconego i pokrytego włosem w rozlicznych miejscach, jakaś

nieświadoma, nie sformułowana przyszłość, niby potworna narośl,

wyrastająca fantastycznie w nieznaną dymensję. Nie przerażał się jej,

gdyż czuł już swoją tożsamoć z tym niewiadomym a ogromnym, które miało

nadejść, i rósł razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrętwiały

spokojną grozą, odpoznając przyszłego siebie w tych kolosalnych

wykwitach, w tych fantastycznych spiętrzeniach, które przed jego

wzrokiem wewnętrznym dojrzewały. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczało na

zewnątrz, jak gdyby odchodziło w inny wymiar. Potem z tych bezmyślnych

otumanieni z tych zatraconych dali powracał znów do siebie i do chwili;

widział swe stopy na dywanie, tłuste i delikatne jak u kobiety, i powoli

wyjmował złote spinki z mankietów dziennej koszuli. Potem szedł do

kuchni i znajdował tam w cienistym kącie wiaderko z wodą, krążek

cichego, czujnego zwierciadła, które nań tam czekało - jedyna żywa i

wiedząca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewał do miednicy wody i

kosztował skórą jej młodej i odstałej, słodkawej mokrości. Długo i

starannie robił toaletę, nie spiesząc się i włączając pauzy między

poszczególne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nie

uznawało go, te meble i ściany śledziły za nim z milczącą krytyką. Czuł

się, wchodząc w ich ciszę, jak intruz w tym podwodnym, zatopionym

królestwie, w którym płynął inny, odrębny czas. Otwierając własne

szuflady, miał uczucie złodzieja i chodził mimo woli na palcach, bojąc

się obudzić hałaśliwe i nadmierne echo, czekające drażliwie na

najlżejszą przyczynę, by wybuchnąć. A gdy wreszcie, idąc cicho od szafy

do szafy, znajdował kawałek po kawałku wszystko potrzebne i kończył

toaletę wśród tych mebli, które tolerowały go w milczeniu, z nieobecną

miną, i wreszcie był gotów, to stojąc na odejściu z kapeluszem w ręku,

czuł się zażenowany, że i w ostatniej chwili nie mógł znaleźć słowa,

które by rozwiązało to wrogie milczenie, i odchodził ku drzwiom

zrezygnowany, zwolna, ze spuszczoną głową - gdy w przeciwną stronę

oddalał się tymczasem bez pośpiechu - w głąb zwierciadła - ktoś

odwrócony na zawsze plecami - przez pustą amfiladę pokojów, które nie

istniały.

SKLEPY CYNAMONOWE

W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych

z obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów,

gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z

trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu -

ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.

Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem,

sterczącym nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami,

strzelającymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa - co nadawało jego

fizjonomii wygląd starego, nastroszonego lisa. Węch jego i słuch

zaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego milczącej i napiętej

twarzy, że za pośrednictwem tych zmysłów pozostaje on w ciągłym

kontakcie z niewidzialnym światem ciemnych zakamarków, dziur mysich,

zmurszałych przestrzeni pustych pod podłogą i kanałów kominowych.

Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypiące życie podłogi miały

w nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca.

Absorbowało go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tej

niedostępnej dla nas sferze, z której nie próbował zdawać nam sprawy.

Nieraz musiał strzepywać palcami i śmiać się cicho do siebie samego, gdy

te wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewał

się wówczas spojrzeniem z naszym kotem, który również wtajemniczony w

ten świat, podnosił swą cyniczną, zimną, porysowaną pręgami twarz,

mrużąc z nudów i obojętnoci skośne szparki oczu. Zdarzało się podczas

obiadu, że wśród jedzenia odkładał nagle nóż i widelec i z serwetą

zawiązaną pod szyją podnosił się kocim ruchem, skradał na brzuścach

palców do drzwi sąsiedniego, pustego pokoju i z największą ostrożnością

zaglądał przez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakby

zawstydzony, z zakłopotanym uśmiechem, wśród mruknięć i niewyraźnych

mamrotań, odnoszących się do wewnętrznego monologu, w którym był

pogrążony. Ażeby mu sprawić pewną dystrakcję i oderwać go od

chorobliwych dociekań, wyciągała go matka na wieczorne spacery, na które

szedł, milcząc, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony i

nieobecny duchem. Raz nawet poszliśmy do teatru. Znaleźliśmy się znowu w

tej wielkiej, źle oświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaru

ludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy przebrnęliśmy przez ciżbę ludzką,

wynurzyła się przed nami olbrzymia bladoniebieska kurtyna, jak niebo

jakiegoś innego firmamentu. Wielkie, malowane maski różowe, z wydętymi

policzkami, nurzały się w ogromnym płóciennym przestworzu. To sztuczne

niebo szerzyło się i płynęło wzdłuż i w poprzek, wzbierając ogromnym

tchem patosu i wielkich gestów, atmosferą tego świata sztucznego i

pełnego blasku, który budował się tam, na dudniących rusztowaniach

sceny. Dreszcz płynący przez wielkie oblicze tego nieba, oddech

ogromnego płótna, od którego rosły i ożywały maski, zdradzał

iluzoryczność tego firmamentu, sprawiał to drganie rzeczywistości, które

w chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maski

trzepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coś bezgłośnie

i wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie do

zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się i

ukaże rzeczy niesłychane i olśniewające. Lecz nie było mi dane doczekać

tej chwili, albowiem tymczasem ojciec zaczął zdradzać pewne oznaki

zaniepokojenia, chwytał się za kieszenie i wreszcie oświadczył, że

zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiej

naradzie z matką, w której uczciwość Adeli została poddana pospiesznej,

ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu na

poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczęcia widowiska było

jeszcze wiele czasu i przy mojej zwinności mogłem na czas powrócić.

Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z

tych jasnych nocy, w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i

rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt

odrębnych niebios, wystarczających do obdzielenia całego miesiąca nocy

zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkich

ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów. Jest lekkomyślnością

nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i

pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i

wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak

rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.

Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo

dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, a

noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak

dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocy

zimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie

drogi, użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstają ponętne

kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki jakąś nie wypróbowaną przecznicą.

Ale tym razem zaczęło się inaczej. Uszedłszy parę kroków, spostrzegłem,

