Sklepy cynamonowe

Part 3

Chapter 3 3,410 words Public domain Markdown

biodrach, polœśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków,

sprzączkami podwiązek pod wzdętą od wiatru sukienką; szmatki jęły umykać

po podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec

mój przyglądał się uważnie prychającym osóbkom, szepcąc półgłosem: -

Genus avium... jeśœli się nie mylę, scansores albo pistacci... w

najwyższym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stało się

początkiem całej serii seansów, podczas których ojciec mój zdołał rychło

oczarować obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistoœści. Odpłacając

się za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkę

wieczorów - dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiować

strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w toku

konwersacji, z powagą i wytwornośœcią, która najryzykowniejszym punktom

tych badań odbierała dwuznaczny ich pozór. Odsuwając pończoszkę z kolana

Pauliny i studiując rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetną

konstrukcję przegubu, ojciec mój mówił: - Jakże pełna uroku i jak

szczꜶliwa jest forma bytu, którą panie obrały. Jakże piękna i prosta

jest teza, którą dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakim

mistrzostwem, z jaką finezją wywiązują się panie z tego zadania. Gdybym

odrzucając respekt przed Stwórcą, chciał się zabawić w krytykę

stworzenia, wołałbym: - mniej treśœci, więcej formy! Ach, jakby ulżył

œświatu ten ubytek treśœci. Więcej skromnoœści w zamierzeniach, więcej

wstrzemi꼟liwośœci w pretensjach - panowie demiurdzy - a œświat byłby

doskonalszy! - wołał mój ojciec akurat w momencie, gdy dłoń jego

wyłuskiwała białą łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adela

stanęła w otwartych drzwiach jadalni, niosąc tacę z podwieczorkiem. Było

to pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy.

My wszyscy, którzy asystowaliœśmy przy tym spotkaniu, przeżyliœśmy chwilę

wielkiej trwogi. Było nam nadwyraz przykro by㠜świadkami nowego

upokorzenia i tak już ciężko doœświadczonego męża. Mój ojciec powstał z

klęczek bardzo zmieszany, falą po fali zabarwiała się jego twarz coraz

ciemniej napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie na

wysokości sytuacji. Podeszła z uśœmiechem do ojca i dała mu prztyczka w

nos. Na to hasło Polda i Paulina klasnęły radośnie w dłonie, zatupotały

nóżkami i uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nim

stół dookoła. W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcząt, rozwiał się

zarodek przykrego konfliktu w ogólnej wesołośœci. Oto jest początek

wielce ciekawych i dziwnych prelekcji, które mój ojciec, natchniony

urokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał w następnych

tygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetknięciu z

niezwykłym tym człowiekiem rzeczy wszystkie cofały się niejako do

korzenia swego bytu, odbudowywały swe zjawisko aż do metafizycznego

jądra, wracały niejako do pierwotnej idei, ażeby w tym punkcie

sprzeniewierzyć się jej i przechylić w te wątpliwe, ryzykowne i

dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji.

Nasz herezjarcha szedł wśœród rzeczy jak magnetyzer, zarażając je i

uwodząc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jego

ofiarą? Stała się ona w owych dniach jego uczennicą, adeptką jego

teoryj, modelem jego eksperymentów. Tutaj postaram się wyłożyć z

należytą ostrożnośœcią, i unikając zgorszenia, tę nader kacerską

doktrynę, która opętała wówczas na długie miesiące mego ojca i opanowała

wszystkie jego poczynania.

TRAKTAT O MANEKINACH ALBO

WTÓRA KSIĘGA RODZAJU

Demiurgos - mówił mój ojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem

wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodnoœść,

niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci

do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraŸźne uśmiechy,

zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materia

faluje od nieskończonych możliwośœci, które przez nią przechodzą mdłymi

dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w

sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkośœci, które z

siebie w śœlepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy,

lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich

impulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego

rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i

wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i

najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować,

każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i

luźŸne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w

redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem.

Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form

bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego

eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjœścia dla

nowej apologii sadyzmu. Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tego

przedziwnego elementu, jakim była materia. - Nie ma materii martwej -

nauczał - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane

formy życia. Skala tych form jest nieskończona, a odcienie i niuanse

niewyczerpane. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept

twórczych. Dzięki nim stworzył on mnogoœść rodzajów, odnawiających się

własną siłą. Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostaną

zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśœliby nawet te

klasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne,

pozostają pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich i

występnych. W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżał

się do terenu swych ciaœśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się do

wnikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, a

wyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej wątpliwych i

ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznej

solennośœci. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrośœć

jego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się tą

chytroœścią w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenia

najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykające się

w najgłębszym zakamarku, przypierał do œściany i łaskotał, drapał

ironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i œśmiechu,

œśmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało się

kapitulować. Dziewczęta siedziały nieruchomo, lampa kopciła, sukno pod

igłą maszyny dawno się zsunęło, a maszyna stukotała pusto, stębnując

czarne, bezgwiezdne sukno, odwijające się z postawu nocy zimowej za

oknem. - Zbyt długo żyliœśmy pod terrorem niedośœcigłej doskonałości

Demiurga - mówił mój ojciec - zbyt długo doskonałośœć jego tworu

paraliżowała naszą własną twórczośœć. Nie chcemy z nim konkurować. Nie

mamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższej

sferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej,

pragniemy - jednym słowem - demiurgii. - Nie wiem, w czyim imieniu

proklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowoœść, jaka korporacja,

sekta czy zakon, nadawała swą solidarnoœścią patos jego słowom. Co do

nas, to byliœmy dalecy od wszelkich zakusów demiurgicznych. Lecz ojciec

mój rozwinął tymczasem program tej wtórej demiurgii, obraz tej drugiej

generacji stworzeń, która stanąć miała w otwartej opozycji do panującej

epoki. - Nie zależy nam - mówił on - na tworach o długim oddechu, na

istotach na daleką metę. Nasze kreatury nie będą bohaterami romansów w

wielu tomach. Ich role będą krótkie, lapidarne, ich charaktery - bez

dalszych planów. Często dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmiemy

się trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę. Przyznajemy

otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałośœć ani solidnośœć

wykonania, twory nasze będą jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz

zrobione. Jeśœli będą to ludzie, to damy im na przykład tylko jedną

stronę twarzy, jedną rękę, jedną nogę, tę mianowicie, która im będzie w

ich roli potrzebna. Byłoby pedanterią troszczyć się o ich drugą, nie

wchodzącą w grę nogę. Z tyłu mogą być po prostu zaszyte płótnem lub

pobielone. Naszą ambicję pokładać będziemy w tej dumnej dewizie: dla

każdego gestu inny aktor. Do obsługi każdego słowa, każdego czynu

powołamy do życia innego człowieka. Taki jest nasz smak, to będzie œświat

według naszego gustu. Demiurgos kochał się w wytrawnych, doskonałych i

skomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostu

porywa nas, zachwyca tanioœść, lichota, tandetnoœść materiału. Czy

rozumiecie - pytał mój ojciec - głęboki sens tej słaboœści, tej pasji do

pstrej bibułki, do papier mâché , do lakowej farby, do kłaków i

trociny? To jest - mówił z bolesnym uœmiechem - nasza miłoœść do materii

jako takiej, do jej puszystośœci i porowatośœci, do jej jedynej,

mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyni

ją niewidzialną, każe jej zniknąć pod grą życia. My, przeciwnie, kochamy

jej zgrzyt, jej opornośœć, jej pałubiastą niezgrabnoœść. Lubimy pod każdym

gestem, pod każdym ruchem widzieć jej ociężały wysiłek, jej bezwład, jej

słodką niedŸwiedziowatośœć. Dziewczęta siedziały nieruchomo z szklanymi

oczyma. Twarze ich były wyciągnięte i zgłupiałe zasłuchaniem, policzki

podmalowane wypiekami, trudno było w tej chwili ocenić, czy należą do

pierwszej, czy do drugiej generacji stworzenia. - Słowem - konkludował

mój ojciec - chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i

podobieństwo manekinu. Tu musimy dla wiernośœci sprawozdawczej opisać

pewien drobny i błahy incydent, który zaszedł w tym punkcie prelekcji i

do którego nie przywiązujemy żadnej wagi. Incydent ten, całkowicie

niezrozumiały i bezsensowny w tym danym szeregu zdarzeń, da się chyba

wytłumaczyć jako pewnego rodzaju automatyzm szczątkowy, bez antecedensów

i bez ciągłoœści, jako pewnego rodzaju złośœliwoœść obiektu, przeniesiona w

dziedzinę psychiczną. Radzimy czytelnikowi zignorować go z równą

lekkomyśœlnośœcią, jak my to czynimy. Oto jego przebieg: W chwili gdy mój

ojciec wymawiał słowo „manekin”, Adela spojrzała na zegarek na

bransoletce, po czym porozumiała się spojrzeniem z Poldą. Teraz wysunęła

się wraz z krzesłem o piędźŸ naprzód, podniosła brzeg sukni, wystawiła

powoli stopę, opiętą w czarny jedwab, i wyprężyła ją jak pyszczek węża.

Tak siedziała przez cały czas tej sceny, całkiem sztywno, z wielkimi,

trzepoczącymi oczyma, pogłębionymi lazurem atropiny, z Poldą i Pauliną

po obu bokach. Wszystkie trzy patrzyły rozszerzonymi oczami na ojca. Mój

ojciec chrząknął, zamilkł, pochylił się i stał się nagle bardzo

czerwony. W jednej chwili lineatura jego twarzy, dopiero co tak

rozwichrzona i pełna wibracji, zamknęła się na spokorniałych rysach. On

- herezjarcha natchniony, ledwo wypuszczony z wichru uniesienia - złożył

się nagle w sobie, zapadł i zwinął. A może wymieniono go na innego. Ten

inny siedział sztywny, bardzo czerwony, ze spuszczonymi oczyma. Panna

Polda podeszła i pochyliła się nad nim. Klepiąc go lekko po plecach,

mówiła tonem łagodnej zachęty: - Jakub będzie rozsądny, Jakub posłucha,

Jakub nie będzie uparty. No, proszę... Jakub, Jakub... Wypięty

pantofelek Adeli drżał lekko i błyszczał jak języczek węża. Mój ojciec

podniósł się powoli ze spuszczonymi oczyma, postąpił krok naprzód, jak

automat, i osunął się na kolana. Lampa syczała w ciszy, w gęstwinie

tapet biegły tam i z powrotem wymowne spojrzenia, leciały szepty

jadowitych języków, gzygzaki myśœli...

TRAKTAT O MANEKINACH

Ciąg dalszy

Następnego wieczora ojciec podjął z odnowioną swadą ciemny i zawiły

swój temat. Lineatura jego zmarszczek rozwijała się i zawijała

z wyrafinowaną chytrośœcią. W każdej spirali ukryty był pocisk ironii.

Ale czasami inspiracja rozszerzała kręgi jego

zmarszczek, które rosły jakąœ ogromną wirującą grozą, uchodząc w

milczących wolutach w głąb nocy zimowej. - Figury panopticum, moje panie

- zaczął on - kalwaryjskie parodie manekinów, ale nawet w tej postaci

strzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest ona

zawsze pełna tragicznej powagi. Kto oœśmiela się myśœleć, że można igrać z

materią, że kształtować ją można dla żartu, że żart nie wrasta w nią,

nie wżera się natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie

ból, cierpienie głuche, nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tej

pałuby, która nie wie, czemu nią jest, czemu musi trwać w tej gwałtem

narzuconej formie, będącej parodią? Czy pojmujecie potęgę wyrazu, formy,

pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on na bezbronną kłodę i

opanowuje, jak własna, tyrańska, panosząca się dusza? Nadajecie jakiejœ

głowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie ją z tym gniewem,

z tą konwulsją, z tym napięciem raz na zawsze, zamkniętą ze śœlepą

złoœścią, dla której nie ma odpływu. Tłum śœmieje się z tej parodii.

Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widząc nędzę materii więzionej,

gnębionej materii, która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadzi

ten gest, który jej raz na zawsze nadano. Tłum œśmieje się. Czy

rozumiecie straszny sadyzm, upajające, demiurgiczne okrucieństwo tego

œśmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym na

widok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono się

strasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutek

wszystkich błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznie

nad śœmiesznym swym grymasem. Oto jest anarchista Luccheni, morderca

cesarzowej Elżbiety, oto Draga, demoniczna i nieszcz궜liwa królowa

Serbii, oto genialny młodzieniec, nadzieja i duma rodu, którego zgubił

nieszczęsny nałóg onanii. O, ironio tych nazw, tych pozorów! Czy jest w

tej pałubie naprawdę coœ z królowej Dragi, jej sobowtór, najdalszy bodaj

cień jej istoty? To podobieństwo, ten pozór, ta nazwa uspokaja nas i nie

pozwala nam pytać, kim jest dla siebie samego ten twór nieszcz궜liwy. A

jednak to musi być ktoœ, moje panie, ktoœ anonimowy, ktoœ groźny, ktoœ

nieszcz궜liwy, ktoœ, co nie słyszał nigdy w swym głuchym życiu o

królowej Dradze... Czy słyszeliœście po nocach straszne wycie tych pałub

woskowych, zamkniętych w budach jarmarcznych, żałosny chór tych kadłubów

z drzewa i porcelany, walących piꜶciami w œściany swych więzień? W

twarzy mego ojca, rozwichrzonej grozą spraw, które wywołał z ciemnośœci,

utworzył się wir zmarszczek, lej rosnący w głąb, na którego dnie gorzało

groźŸne oko prorocze. Broda jego zjeżyła się dziwnie, wiechcie i pędzle

włosów, strzelające z brodawek, z pieprzów, z dziurek od nosa,

nastroszyły się na swych korzonkach. Tak stał drętwy, z gorejącymi

oczyma, drżąc od wewnętrznego wzburzenia, jak automat, który zaciął się

i zatrzymał na martwym punkcie. Adela wstała z krzesła i poprosiła nas o

przymknięcie oczu na to, co się za chwilę stanie. Potem podeszła do ojca

i z rękoma na biodrach, przybierając pozór podkreśœlonej stanowczoœci,

zażądała bardzo dobitnie... Panienki siedziały sztywno, ze spuszczonymi

oczyma, w dziwnej drętwośœci.

TRAKTAT O MANEKINACH

Dokończenie

Któregośœ z następnych wieczorów ojciec

mój w te słowa ciągnął dalej swą prelekcję: Nie o tych

nieporozumieniach ucieleśœnionych, nie o tych smutnych parodiach, moje

panie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowśœciągliwoœci - chciałem

mówić zapowiadając mą rzecz o manekinach. Miałem na myœśli coœ innego. Tu

ojciec mój zaczął budować przed naszymi oczyma obraz tej wymarzonej

przez niego „generatio aequivoca”, jakiegośœ pokolenia istot na wpół

tylko organicznych, jakiejœś pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatów

fantastycznej fermentacji materii. Były to twory podobne z pozoru do

istot żywych, do kręgowców, skorupiaków, członkonogów, lecz pozór ten

mylił. Były to w istocie istoty amorfne, bez wewnętrznej struktury,

płody imitatywnej tendencji materii, która obdarzona pamięcią, powtarza

z przyzwyczajenia raz przyjęte kształty. Skala morfologii, której

podlega materia, jest w ogóle ograniczona i pewien zasób form powtarza

się wciąż na różnych kondygnacjach bytu. Istoty te - ruchliwe, wrażliwe

na bodźŸce, a jednak dalekie od prawdziwego życia - można było otrzymać

zawieszając pewne skomplikowane koloidy w roztworach soli kuchennej.

Koloidy te po kilku dniach formowały się, organizowały w pewne

zagęszczenia substancji przypominającej niższe formy fauny. U istot tak

powstałych można było stwierdzić proces oddychania, przemianę materii,

ale analiza chemiczna nie wykazywała w nich nawet œśladu połączeń

białkowych ani w ogóle związków węgla. Wszelako prymitywne te formy były

niczym w porównaniu z bogactwem kształtów i wspaniałoœści pseudofauny i

flory, która pojawia się niekiedy w pewnych œściśœle okreśœlonych

œśrodowiskach. ڌrodowiskami tymi są stare mieszkania, przesycone

emanacjami wielu żywotów i zdarzeń - zużyte atmosfery, bogate w

specyficzne ingrediencje marzeń ludzkich - rumowiska, obfitujące w humus

wspomnień, tęsknot, jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja

kiełkowała szybko i powierzchownie, pasożytowała obficie i efemerycznie,

pędziła krótkotrwałe generacje, które rozkwitały raptownie i œświetnie,

ażeby wnet zgasnąć i zwiędnąć. Tapety muszą być w takich mieszkaniach

już bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkich

kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich,

ryzykownych rojeń. Rdzeń mebli, ich substancja musi już być rozluźniona,

zdegenerowana i podległa występnym pokusom: wtedy na tej chorej,

zmęczonej i zdziczałej glebie wykwita, jak piękna wysypka, nalot

fantastyczny, kolorowa, bujająca pleœśń. - Wiedzą panie - mówił ojciec

mój - że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina.

Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami i

zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze

stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi,

prowadzące do nich z jakiegoœ podestu tylnych schodów, mogą być tak

długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która

zaciera ich śœlad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys. - Wszedłem raz -

mówił ojciec mój - wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach

nieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem

wyglądem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich

gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze

migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejśœ

cieplarni, pełnej szeptów, lśœnień, kołysań, jakiejśœ fałszywej i błogiej

wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały się

kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w

fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu

rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowały

w tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach,

bujały od œśrodka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiąc

płatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu. - Byłem szcz궜liwy -

mówił mój ojciec - z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił

powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jak

kolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek. Widziałem, jak z drgania

powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje

to pospieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych

oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śœnieżycą wielkich,

różowych kiœci kwietnych. - Nim zapadł wieczór - kończył ojciec - nie

było już śœladu tego œświetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była

tylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa

się pod pozór życia. Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony,

spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werwą i humorem.

Potem, nagle poważniejąc, znów rozpatrywał nieskończoną skalę form i

odcieni, jakie przybierała wielokształtna materia. Fascynowały go formy

graniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików,

pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach

rozrastała się z ust uœśpionego na cały stół, napełniała cały pokój, jako

bujająca, rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha.

- Kto wie - mówił - ile jest cierpiących, okaleczonych, fragmentarycznych

postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoźŸdziami na gwałt zbite życie

szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej

pomysłowośœci ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzących

się ras drzewa, skucie ich w jedną nieszczęœliwą osobowośœć. Ile starej,

mądrej męki jest w bejcowanych słojach, żyłach i fladrach naszych

starych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane,

wypolerowane do niepoznaki rysy, uœmiechy, spojrzenia! Twarz mego ojca,

gdy to mówił, rozeszła się zamyśœloną lineaturą zmarszczek, stała się

podobna do sęków i słojów starej deski, z której zheblowano wszystkie

wspomnienia. Przez chwilę myśœleliœmy, że ojciec popadnie w stan

drętwoty, który nawiedzał go czasem, ale ocknął się nagle, opamiętał i

tak ciągnął dalej: - Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swych

umarłych. W œściany ich mieszkań były wprawione, wmurowane ciała, twarze:

w salonie stał ojciec - wypchany, wygarbowana żona-nieboszczka była

dywanem pod stołem. Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucie

lampę-meluzynę, zrobioną przez malajskich balsamistów z jego

zamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie. W ciszy

kajuty głowa ta, rozpięta między gałęziami rogów u stropu, powoli

otwierała rzęsy oczu; na rozchylonych ustach lœniła błonka śœliny,

pękająca od cichego szeptu. Głowonogi, żółwie i ogromne kraby,

zawieszone na belkach sufitu jako kandelabry i pająki, przebierały w tej

ciszy bez końca nogami, szły i szły na miejscu... Twarz mojego ojca

przybrała naraz wyraz troski i smutku, gdy myśœli jego na drogach nie

wiedzieć jakich asocjacji przeszły do nowych przykładów: - Czy mam

przemilczeć - mówił przyciszonym głosem - że brat mój na skutek długiej

i nieuleczalnej choroby zamienił się stopniowo w zwój kiszek gumowych,

że biedna moja kuzynka dniem i nocą nosiła go w poduszkach, nucąc

nieszczęśliwemu stworzeniu nieskończone kołysanki nocy zimowych? Czy

może być cośœ smutniejszego niż człowiek zamieniony w kiszkę hegarową? Co

za rozczarowanie dla rodziców, co za dezorientacja dla ich uczuć, co za

rozwianie wszystkich nadziei, wiązanych z obiecującym młodzieńcem! A

jednak wierna miłoœść biednej kuzynki towarzyszyła mu i w tej przemianie.

- Ach! nie mogę już dłużej, nie mogę tego słuchać! - jęknęła Polda

przechylając się na krześœle. - Ucisz go, Adelo... Dziewczęta wstały,

Adela podeszła do ojca i wyciągniętym palcem uczyniła ruch zaznaczający

łaskotanie. Ojciec stropił się, zamilkł i zaczął, pełen przerażenia,

cofać się tyłem przed kiwającym się palcem Adeli. Ta szła za nim ciągle,

grożąc mu jadowicie palcem, i wypierała go krok za krokiem z pokoju.

Paulina ziewnęła przeciągając się. Obie z Poldą, wsparte o siebie

ramionami, spojrzały sobie w oczy z uœśmiechem.

NEMROD

Cały sierpień owego roku przebawiłem się z małym, kapitalnym

pieskiem, który pewnego dnia znalazł się na podłodze naszej kuchni,

niedołężny i piszczący, pachnący jeszcze mlekiem i niemowlęctwem, z nie

uformowanym, okrągławym, drżącym łebkiem, z łapkami jak u kreta

rozkraczonymi na boki i z najdelikatniejszą, mięciutką sierścią. Od

pierwszego wejrzenia zdobyła sobie ta kruszynka życia cały zachwyt, cały

entuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie ten

ulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Że też

stare, zgoła nieinteresujące pomywaczki wpadają niekiedy na tak œświetne