Sklepy cynamonowe

Part 2

Chapter 2 3,458 words Public domain Markdown

przekleństwa. Nie patrząc widziałem go, groźŸnego Demiurga, jak leżąc na

ciemnoœściach jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na karniszu

firanek, przykładał ogromną twarz do górnych szyb okna, na których

płaszczył się potwornie mięsisty nos jego. Słyszałem jego głos w

przerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te potężne warknięcia

wzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszające się z wybuchami

zaklęć, lamentów, gróźŸb mego ojca. Czasami głosy przycichały i zżymały

się z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały

wielkim zgiełkliwym hałasem, burzą zmieszanych szlochów i przekleństw. Z

nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemnośœci wionęła

przez pokój. W śœwietle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej

bieliźŸnie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem w

okno zawartoœść nocnika w noc szumiącą jak muszla.

2

Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach. Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko

nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał z sobą półgłosem, pogrążony

cały w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowoœść

jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźŸni, gdyż kłócił

się ze sobą głośœno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i

prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu

interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwoœści i swady

pogodzić. Ale za każdym razem te hałaœśliwe zebrania, pełne gorących

temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu, wśœród klątw, złorzeczeń i

obelg. Potem przyszedł okres jakiegoœ uciszenia, ukojenia wewnętrznego,

błogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, na

stole, na podłodze i jakiœś benedyktyński spokój pracy zalegał w œświetle

lampy nad białą poœścielą łóżka, nad pochyloną siwą głową mego ojca. Ale

gdy matka późŸnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,

przywoływał ją do siebie i z dumą pokazywał jej œświetne, kolorowe

odbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.

Zauważyliœmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak

orzech, który zsycha się wewnątrz łupiny. Zanikowi temu nie towarzyszył

bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwośœć

zdawały się poprawiać. Często śœmiał się teraz głoœśno i szczebiotliwie,

zanosił się wprost od œśmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie

„proszę” w różnych tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaził

z łóżka, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował cośœ

w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawiał sobie dwa

krzesła naprzeciw siebie i wspierając się rękami o poręcze, bujał się

nogami wstecz i naprzód, szukając rozpromienionymi oczyma w naszych

twarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził się

zupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie

sypialni, oblana ciemną purpurą bengalskiego œświatła, i patrzyła przez

chwilę dobrotliwie na uśœpionego głęboko, którego œśpiewne chrapanie

zdawało się wędrować daleko po nieznanych obszarach œświatów sennych.

Podczas długich, półciemnych popołudni tej póŸźnej zimy ojciec mój

zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami

zakamarki, szukając czegośœ zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,

gdy zasiadaliśœmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiała

długo wołać „Jakubie!” i stukać łyżką w stół, zanim wylazł z jakiejś

szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i

pogrążonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które go

zaprzątały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę

symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna

zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z

wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uœmiechniętą trwał godzinami, ażeby

z nagła przy czyimœ wejœściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać

jak kogut. Przestaliœmy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z

dnia na dzień głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych

potrzeb, nie przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdym

głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliœśmy

zrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próœźb, odpowiadał

urywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrz

zmącić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z

wypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.

Przywykliœśmy do jego nieszkodliwej obecnośœci, do jego cichego

gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego œświegotu, którego

trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał

niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieśœ w zapadłych zakamarkach

mieszkania i nie można go było znaleźŸć. Stopniowo te zniknięcia

przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśœmy do nich i kiedy po

wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, nie

zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliœśmy po prostu brać go w

rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i co

rzeczywiste. Węzeł po w꼟le odluźŸniał się od nas, punkt po punkcie gubił

związki łączące go ze wspólnotą ludzką. To, co jeszcze z niego

pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garœść bezsensownych dziwactw

- mogły zniknąć pewnego dnia, tak samo nie zauważone jak szara kupka

œśmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła na

śœmietnik.

PTAKI

Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię pokrywał

dziurawy, przetarty, za krótki obrus œśniegu. Na wiele dachów nie

starczyło go i stały czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryjące

w sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zwęglone katedry,

najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów - ciemne płuca wichrów

zimowych. Każdy œświt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy,

wydęte przez wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.

Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywych

czarnych liśœci obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod koœściołem, odrywały

się znów, trzepocąc, by wreszcie przylgnąć, każda do właœściwego miejsca

na właœściwej gałęzi, a o œświcie ulatywały wielkimi stadami - tumany

sadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne, plamiąc migotliwym

krakaniem mętnożółte smugi œświtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jak

zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami, bez apetytu,

z leniwą sennośœcią. Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach,

studiował nigdy niezgłębioną istotę ognia, wyczuwał słony, metaliczny

posmak i wędzony zapach zimowych płomieni, chłodną pieszczotę

salamander, liżących błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniem

wykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach

pokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na

szczycie drabiny - majstrował cośœ przy suficie, przy kamiszach wysokich

okien, przy kulach i łańcuchach lamp wiszących. Zwyczajem malarzy

posługiwał się drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tej

ptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptaków

sufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej. Gdy

matka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu, starała się go

wciągnąć w rozmowę o interesach, o płatnoœściach najbliższego „ultimo”,

słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej

twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle zaklinającym gestem ręki, ażeby

pobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do szpary w podłodze i z

podniesionymi palcami wskazującymi obu rąk, wyrażającymi najwyższą

ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliœśmy wówczas jeszcze smutnego

tła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w głębi.

Matka nie miała nań żadnego wpływu, natomiast wielką czcią i uwagą

darzył Adelę. Sprzątanie pokoju było dlań wielką i ważną ceremonią,

której nie zaniedbywał nigdy być śœwiadkiem, śœledząc z mieszaniną strachu

i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jej

czynnośœciom przypisywał głębsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczyna

młodymi i œśmiałymi ruchami posuwała szczotkę na długim drążku po

podłodze, było to niemal ponad jego siły. Z oczu jego lały się wówczas

łzy, twarz zanosiła się od cichego œśmiechu, a ciałem wstrząsał rozkoszny

spazm orgazmu. Jego wrażliwośœć na łaskotki dochodziła do szaleństwa.

Wystarczyło, by Adela skierowała doń palec ruchem oznaczającym

łaskotanie, a już w dzikim popłochu uciekał przez wszystkie pokoje,

zatrzaskując za sobą drzwi, by wreszcie w ostatnim paśœć brzuchem na

łóżko i wić się w konwulsjach œśmiechu pod wpływem samego obrazu

wewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć. Dzięki temu miała Adela nad

ojcem władzę niemal nieograniczoną. W tym to czasie zauważyliśœmy u ojca

po raz pierwszy namiętne zainteresowanie dla zwierząt. Była to

początkowo namiętnoœść myśœliwego i artysty zarazem, była może także

głębsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennych

form życia, eksperymentowanie w nie wypróbowanych rejestrach bytu.

Dopiero w późŸniejszej fazie wzięła sprawa ten niesamowity, zaplątany,

głęboko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywlekać

na śœwiatło dzienne. Zaczęło się to od wylęgania jaj ptasich. Z wielkim

nakładem trudu i pieniędzy sprowadzał ojciec z Hamburga, z Holandii, z

afrykańskich stacji zoologicznych zapłodnione jaja ptasie, które dawał

do wylęgania ogromnym kurom belgijskim. Był to proceder nader zajmujący

i dla mnie - to wykluwanie się piskląt, prawdziwych dziwotworów w

kształcie i ubarwieniu. Nie podobna było dopatrzyć się w tych monstrach

o ogromnych, fantastycznych dziobach, które natychmiast po urodzeniu

rozdzierały się szeroko, sycząc żarłocznie czeluśœciami gardła, w tych

jaszczurach o wątłym, nagim ciele garbusów - przyszłych pawi, bażantów,

głuszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiot

podnosił na cienkich szyjach śœlepe, bielmem zarosle głowy, kwacząc

bezgłośœnie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodził wzdłuż półek w

zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdłuż inspektów z kaktusami, i wywabiał

z nicośœci te pęcherze śœlepe, pulsujące życiem, te niedołężne brzuchy,

przyjmujące œświat zewnętrzny tylko w formie jedzenia, te naroœśle życia,

pnące się omackiem ku œświatłu. W parę tygodni późŸniej, gdy te śœlepe

pączki życia pękły do œświatła, napełniły się pokoje kolorowym pogwarem,

migotliwym śœwiergotem swych nowych mieszkańców. Obsiadały one karnisze

firanek, gzymsy szaf, gnieŸździły się w gęstwinie cynowych gałęzi i

arabesek wieloramiennych lamp wiszących. Gdy ojciec studiował wielkie

ornitologiczne kompendia i wertował kolorowe tablice, zdawały się

ulatywać z nich te pierzaste fantazmaty i napełniać pokój kolorowym

trzepotem, płatami purpury, strzępami szafiru, grynszpanu i srebra.

Podczas karmienia tworzyły one na podłodze barwną, falującą grządkę,

dywan żywy, który za czyimśœ niebacznym wejśœciem rozpadał się, rozlatywał

w ruchome kwiaty, trzepocące w powietrzu, aby w końcu rozmieśœcić się w

górnych regionach pokoju. W pamięci pozostał mi szczególnie jeden

kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybujałej

naroślami. Był to chudy asceta, lama buddyjski, pełen niewzruszonej

godnośœci w całym zachowaniu, kierujący się żelaznym ceremoniałem swego

wielkiego rodu. Gdy siedział naprzeciw ojca, nieruchomy w swej

monumentalnej pozycji odwiecznych bóstw egipskich, z okiem zawleczonym

białawym bielmem, które zasuwał z boku na źrenice, ażeby zamknąć się

zupełnie w kontemplacji swej dostojnej samotnośœci - wydawał się ze swym

kamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia ciała,

œścięgien i pomarszczonej twardej skóry, ta sama twarz wyschła i

koœścista, te same zrogowaciałe, głębokie oczodoły. Nawet ręce, silne w

węzłach, długie, chude dłonie ojca, z wypukłymi paznokciami, miały swój

analogon w szponach kondora. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, widząc go

tak uśœpionego, że mam przed sobą mumię - wyschłą i dlatego pomniejszoną

mumię mego ojca. Sądzę, że i uwagi matki nie uszło to przedziwne

podobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliœśmy tego tematu.

Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim ojcem naczynia

nocnego. Nie poprzestając na wylęganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec

mój urządzał na strychu wesela ptasie, wysyłał swatów, uwiązywał w

lukach i dziurach strychu ponętne, stęsknione narzeczone i osiągnął w

samej rzeczy to, że dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy,

stał się prawdziwą gospodą ptasią, arką Noego, do której zlatywały się

wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet długo po

zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywała się w œświecie ptasim ta

tradycja naszego domu i w okresie wiosennych wędrówek spadały nieraz na

nasz dach całe chmary żurawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.

Impreza ta wzięła jednak niebawem - po krótkiej śœwietnoœści - smutny

obrót. Wkrótce okazała się bowiem konieczna translokacja ojca do dwóch

pokojów na poddaszu, które służyły za rupieciarnie. Stamtąd dochodził

już o wczesnym śœwicie zmieszany klangor głosów ptasich. Drewniane pudła

pokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,

dźŸwięczały całe od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak

straciliśœmy ojca z widoku na przeciąg kilku tygodni. Rzadko tylko

schodził do mieszkania i wtedy mogliœśmy zauważyć, że zmniejszył się

jakoby, schudł i skurczył. Niekiedy przez zapomnienie zrywał się z

krzesła przy stole i trzepiąc rękoma jak skrzydłami, wydawał pianie

przeciągłe, a oczy zachodziły mu mgłą bielma. Potem, zawstydzony, œśmiał

się razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart. Pewnego razu

w okresie generalnych porządków zjawiła się niespodzianie Adela w

państwie ptasim ojca. Stanąwszy we drzwiach, załamała ręce nad fetorem,

który się unosił w powietrzu, oraz nad kupami kału, zalegającego

podłogi, stoły i meble. Szybko zdecydowana otworzyła okno, po czym przy

pomocy długiej szczotki wprawiła całą masę ptasią w wirowanie. Wzbił się

piekielny tuman piór, skrzydeł i krzyku, w którym Adela, podobna do

szalejącej Menady, zakrytej młyńcem swego tyrsu, tańczyła taniec

zniszczenia. Razem z ptasią gromadą ojciec mój, trzepiąc rękoma, w

przerażeniu próbował wznieśœć się w powietrze. Zwolna przerzedzał się

tuman skrzydlaty, aż w końcu na pobojowisku została sama Adela,

wyczerpana, dysząca, oraz mój ojciec z miną zafrasowaną i zawstydzoną,

gotów do przyjęcia każdej kapitulacji. W chwilę późŸniej schodził mój

ojciec ze schodów swojego dominium - człowiek złamany, król-banita,

który stracił tron i królowanie.

MANEKINY

Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości,

ostatnim i œświetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawny

improwizator, ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopy

jałowej i pustej zimy. Dziœś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z

jakim sam jeden wydał on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy drętwiącej

miasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony

bronił ten mąż przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownym

młynem, w którego leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jego

trybach zakwitnąć wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale

przywykli do œświetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,

byliœśmy skłonni zapoznawać wartośœć jego suwerennej magii, która nas

ratowała od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzut

za jej bezmyśœlny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśœmy jakieœ niskie

zadowolenie, haniebną satysfakcję z ukrócenia tych wybujałoœści, których

kosztowaliœśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie od

odpowiedzialnośœci za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon w

stronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliœśmy niejasno jakąś misję i

posłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał się

ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpad

oddał w ręce wroga domenę swej byłej œświetnoœści. Dobrowolny banita

usunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam

samotnośœcią. Zapomnieliœśmy o nim. Obiegła nas znowu ze wszech stron

żałobna szarośœć miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem œświtów,

pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro

długich nocy zimowych. Tapety pokojów, rozluźŸnione błogo za tamtych dni

i otwarte dla kolorowych lotów owej skrzydlatej czeredy, zamknęły się

znów w sobie, zgęstniały plącząc się w monotonii gorzkich monologów.

Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały teraz

osowiałe i zgryźŸliwe, dzwoniąc cicho kryształkami szkiełek, gdy ktoœ

przeprawiał się omackiem przez zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła Adela

we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe œświece, nieudolny surogat, blade

wspomnienie śœwietnych iluminacji, którymi kwitły niedawno wiszące ich

ogrody. Ach! gdzie było to œświegotliwe pączkowanie, to owocowanie

pośœpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których jak z

pękających czarodziejskich tortów ulatywały skrzydlate fantazmaty,

rozbijające powietrze na talie kart magicznych, rozsypując je w kolorowe

oklaski, sypiące się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,

metalicznych połysków, rysując w powietrzu linie i arabeski, migotliwe

śœlady lotów i kołowań, rozwijając kolorowe wachlarze trzepotów,

utrzymujące się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze.

Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwośœci

barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doœświadczał

œświdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiem

dziwnej sennoœści. Łóżka cały dzień nie zaœścielone, zawalone pośœcielą

zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do

odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejśœ czarnej, bezgwiezdnej

Wenecji. O głuchym œświcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliœśmy się

leniwie w zimnych pokojach, przy œświetle œświecy odbitej wielokrotnie w

czarnych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krzątania się,

rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu

słychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,

brali z rąk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującą

ciemnośœć. Matka nie mogła dojœść do ładu z toaletą. ŒŚwiece dogasały w

lichtarzu. Adela przepadała gdzieœ w odległych pokojach lub na strychu,

gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młody

jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące narośœle

sadzy w gardzieli komina. ڌwieca gasła, pokój pogrążał się w ciemności.

Z głowami na obrusie stołu, wœród resztek œśniadania zasypialiœśmy na wpół

ubrani. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemnoœści, odpływaliœśmy na

jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicośœć. Budziło nas głoœśne

sprzątanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toaletą. Nim skończyła

czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolor

złotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnych

bursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Ale

szcz궜liwy moment mijał, amalgamat œświtu przekwitał, wezbrany ferment

dnia, już niemal dośœcigły, opadał z powrotem w bezsilną szarośœć.

Zasiadaliśœmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagle

proza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,

dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisek

z rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głową

do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliœśmy w nich herb owego dnia,

emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliœśmy go

pospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim swą

fizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagą

kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy

wytarli bułką ostatek galarety ze swych talerzy, rozważając w myśœli

heraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z

wygotowanymi oczyma - czuliśœmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami

pokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy z

resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich

ceregieli. Wœród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z

energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na

otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.

Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się w niej z

rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokoju

milcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarną drewnianą

gałką zamiast głowy. Ale ustawiona w kącie, między drzwiami a piecem, ta

cicha dama stawała się panią sytuacji. Ze swego kąta, stojąc nieruchomo,

nadzorowała w milczeniu pracę dziewcząt. Pełna krytycyzmu i niełaski

przyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed nią,

przymierzając fragmenty sukni, znaczone białą fastrygą. Obsługiwały z

uwagą i cierpliwośœcią milczący idol, którego nic zadowolić nie mogło.

Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafią, i

odsyłał je wciąż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,

podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i tak

ruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad tą kupą jedwabiu i

sukna, wcinały się szczękającymi nożycami w jej kolorową masę, furkotały

maszyną, depcąc pedał lakierkową, tanią nóżką, a dookoła nich rosła kupa

odpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewy

dookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożyc

otwierały się ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptaków.

Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodząc

nieœświadomie niby w œśmietniku możliwego jakiegoœ karnawału, w rupieciami

jakiejśœ wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepywały się ze

szmatek z nerwowym œśmiechem, łaskotały oczyma zwierciadła. Ich dusze,

szybkie czarodziejstwo ich rąk było nie w nudnych sukniach, które

zostawały na stole, ale w tych setkach odstrzygnięć, w tych wiórach

lekkomyśœlnych i płochych, którymi zasypać mogły cale miasto, jak

kolorową fantastyczną śœnieżycą. Nagle było im gorąco i otwierały okno,

ażeby w niecierpliwośœci swej samotni, w głodzie obcych twarzy,

przynajmniej bezimienną twarz zobaczyć, do okna przyciśœniętą. Wachlowały

rozpalone swe policzki przed wzbierającą firankami nocą zimową -

odsłaniały płonące dekolty, pełne nienawiści do siebie i rywalizacji,

gotowe stanąć do walki o tego pierrota, którego by ciemny powiew nocy

przywiał na okno. Ach! jak mało wymagały one od rzeczywistośœci. Miały

wszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byłby im

wystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa słowa, na które od

dawna czekały, by móc wpaśœć w swą rolę dawno przygotowaną, z dawna

tłoczącą się na usta, pełną słodkiej i strasznej goryczy, ponoszącą

dziko, jak stronice romansu połykane nocą wraz ze łzami ronionymi na

wypieki lic. Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,

przedsiębranych pod nieobecnoœść Adeli, natknął się mój ojciec na ten

cichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległego

pokoju, z lampą w ręku, oczarowany sceną pełną gorączki i wypieków, tą

idyllą z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełne

znaczenia podłożona była noc zimowa, oddychająca wśœród wzdętych firanek

okna. Nakładając okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoła

dziewczęta, ośœwiecając je podniesioną w ręku lampą. Przeciąg z otwartych

drzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się oglądać, kręcąc się w