# Romeo i Julia Tragedya w 5 Aktach

## Part 4

Book page: https://www.cyberlibrary.org/pl/books/romeo-i-julia-tragedya-w-5-aktach-27062/index.md

*Merkucio.* Benwolio, pomóż mi wejść gdzie do domu. Słabnę. Bierz licho oba wasze domy! One mię dały na strawę robakom: Będę nią i to wnet. Kaduk was zabierz!

_(Wychodzą Merkucio i Benwolio)._

*Romeo.* Ten dzielny człowiek, bliski krewny księcia, I mój najlepszy przyjaciel, śmiertelny Poniósł cios za mnie; moją dobrą sławę Tybalt znieważył; Tybalt, który niema Godziny jeszcze, jak został mym krewnym. O, Julio! wdzięki twe mię zniewieściły I z hartu zwykłej wyzuły mię siły.

_(Benwolio powraca)._

*Benwolio.* Romeo, Romeo, Merkucio skonał! Mężny duch jego uleciał wysoko, Gardząc przedwcześnie swą ziemską powłoką.

*Romeo.* Dzień ten fatalny, więcej takich wróży; Gdy się raz zacznie złe, zwykle trwa dłużej.

_(Tybalt powraca)._

*Benwolio.* Oto szalony Tybalt wraca znowu.

*Romeo.* On żyw! zwycięzca! a Merkucio trupem! Precz pobłażliwa teraz łagodności! Płomiennooka furyo, ty mną kieruj! Tybalcie, odbierz nazad swoje _podły_; Zwracam ci, co mi dałeś! Duch Merkucia Wznosi się ponad naszemi głowami, Dopominając się za swoją twojej. Ty lub ja, albo oba musim legnąć.

*Tybalt.* Nikczemny chłystku, tyś mu tu był druhem, Bądźże i owdzie.

*Romeo.* To się tym rozstrzygnie.

_(Walczą. Tybalt pada)._

*Benwolio.* Romeo, uchodź, oddal się, uciekaj! Rozruch się wszczyna i Tybalt nie żyje. Nie stój jak wryty; jeśli cię schwytają, Książę cię na śmierć skaże; chroń się zatem!

*Romeo.* Jestem igraszką losu!

*Benwolio.* Prędzej! prędzej!

_(Romeo wychodzi)._

_(Wchodzą obywatele i t. d.)._

*Pierwszy obywatel.* Gdzie on? Gdzie uszedł zabójca Merkucia? Zabójca Tybalt w którą uszedł stronę?

*Benwolio.* Tybalt tu leży.

*Pierwszy obywatel.* Za mną, mości panie; W imieniu księcia każę-ć być posłusznym.

_(Wchodzą: książę z orszakiem, Monteki i Kapulet z małżonkami swymi i inne osoby).

*Książę.* Gdzie są nikczemni sprawcy tej rozterki?

*Benwolio.* Dostojny książę, ja mogę objaśnić Cały bieg tego nieszczęsnego starcia: Oto tu leży, przez Romea zgładzon, Zabójca twego krewnego, Merkucia.

*Pani Kapulet.* Tybalt! mój krewny! syn mojego brata! Boże! tak marnie zgładzony ze świata! O mości książę, błagam twej opieki, Niech za krew naszą odda krew Monteki.

*Książę.* Benwolio, powiedz, kto ten spór zapalił?

*Benwolio.* Tybalt, którego Romeo powalił. Romeo darmo przekładał, jak próżną Była ta kłótnia, przypominał zakaz Waszej Książęcej Mości, ale wszystkie Te przedstawienia, uczynione grzecznie, Spokojnym głosem, nawet w korny sposób, Nie mogły wpłynąć na zawzięty umysł Tybalta. Zamiast skłonić się do zgody, Zwraca morderczą stal w Merkucia piersi, Który, podobnież uniesiony, ostrze Odpiera ostrzem i, uszedłszy śmierci, Śle ją nawzajem Tybaltowi: ale Bez skutku, dzięki zręczności tamtego. Romeo woła: _»Hola! przyjaciele! Stójcie! odstąpcie!«_ i ramieniem szybszem Od słów rozdziela skrzyżowane klingi, Wpadając między nich; lecz w tejże chwili Cios wymierzony z boku przez Tybalta Przeciął Merkucia życie. Tybalt zniknął; Wkrótce atoli ukazał się znowu, Kiedy Romeo już był zemstą zawrzał. Starli się w okamgnieniu, i nim szpadę Wyjąć zdołałem, by wstrzymać tę zwadę, Już mężny Tybalt poległ, wskroś przeszyty Z ręki Romea, a Romeo uszedł. Tak się rzecz miała: jeżelim się minął Z prawdą bodajem ciężką śmiercią zginął.

*Pani Kapulet.* On jest Montekich krewnym, przywiązanie Czyni go kłamcą, nie wierz mu, o panie! Ich tu przynajmniej ze dwudziestu było; Dwudziestu przeciw jednemu walczyło. Sprawiedliwości, panie! Kto śmierć zadał, Słuszna, by śmiercią za to odpowiadał.

*Książę.* Tybalt ją zadał wprzód Merkuciuszowi, Romeo jemu; któż słusznie odpowie?

*Monteki.* Nie mój syn, panie; o, nie wyrzecz tego! On był Merkucia najlepszym kolegą I przyjacielem; w tem jedynie zgrzeszył, Że Tybaltowi nieprawnie przyśpieszył Rygoru prawa.

*Książę.* I za ten-to błąd Banitujemy go na zawsze stąd. Z bliska mię wasze dotknęły niesnaski, Skoro mój własny dom cierpi z ich łaski Ale ja takie znajdę środki na nie, Że wam spór każdy obmierzłym się stanie, Wszelkie wykręty na nic się nie zdadzą: Ni łzy, ni prośby winnym nie poradzą, [Page 51] Uprzedzam! Niechaj Romeo ucieka, Bo gdy schwytany będzie, śmierć go czeka. Każcie stąd zabrać te zwłoki. Łaskawość Zbrodnią jest, kiedy oszczędza nieprawość.

_(Wychodzą)._

SCENA II.

Pokój w domu Kapuletów.

(Julia sama).

*Julia.* Pędźcie, ognistokopyte rumaki. Ku państwom Feba; oby nowy jaki Faeton dodał wam bodźca i rączéj Pognał was owdzie, gdzie się szlak dnia kończy! Wierna kochankom nocy, spuść zasłonę, By się wznieść mogły oczy w dzień spuszczone, I w te objęcia niedostrzeżonego Sprowadź, ach! sprowadź mi Romea mego! Miłości świeci pod twą czarną krepą Jej własna piękność, a jeśli jest ślepą, Tem stosowniejszy mrok dla niej. O nocy! Cicha matrono, w ciemnej twej karocy Przybądź i naucz mię niemym wyrazem, Jak się to traci i wygrywa razem Wśród gry niewinnej dwojga serc dziewiczych; Skryj w płaszcza twego zwojach tajemniczych Krew, co mi do lic bije z głębi łona; Aż nieświadoma miłość ośmielona Za skromność weźmie czyn swej świadomości. Przyjdź, ciemna nocy! Przyjdź, mój dniu w ciemności! To twój blask, o mój luby, jaśnieć będzie Na skrzydłach nocy, jak pióro łabędzie Na grzbiecie kruka. Wstąp, o, wstąp w te progi! Daj mi Romea, a po jego zgonie Rozsyp go w gwiazdki! A niebo zapłonie Tak, że się cały świat w tobie zakocha, I czci odmówi słońcu. Ach, jam sobie Kupiła piękny przybytek miłości, A w posiadanie jego wejść nie mogę; Nabytą jestem także, a nabywca Jeszcze mię nie ma! Dzień ten ml nieznośny, Jak noc, co święto jakowe poprzedza, Niecierpliwemu dziecku, które nowe Dostało szaty, a nie może zaraz W nie się przystroić. A! niania kochana

_(Wchodzi Marta z drabinką sznurową w ręku)._

Niesie mi wieści o nim, a kto tylko Wymawia imię Romea, ten boski Ma dar wymowy. Cóż tam, moja nianiu? Co to masz? Czy to ta drabinka, którą Romeo przynieść kazał?

*Marta.* Tak, drabinka!

_(Rzuca ją)._

*Julia.* Dlaboga! czego załamujesz ręce?

*Marta.* Ach! on nie żyje, nie żyje! nie żyje! Biada nam! biada nam! wszystko stracone! On zginął! on nie żyje! on zabity!

*Julia.* Możeż być niebo tak okrutnem?

*Marta.* Niebo Nie jest okrutnem, lecz Romeo; on to, On jest okrutnym. O Romeo! któżby Się był spodziewał! Romeo! Romeo!

*Julia.* Cóżeś za szatan, że tak mię udręczasz? Taki głos w piekle-by tylko brzmieć winien. Czyliż Romeo odjął sobie życie? Powiedz: _tak!_ a te trzy litery gorszy Jad będą miały, niż wzrok bazyliszka. Jeżeli takie _tak_ istnieje, Julia Istnieć nie będzie; zawrą się na zawsze Te usta, które to _tak_ wywołały. Zginąłli, powiedz: _tak_, jeżeli nie -- _nie_; W krótkich wyrazach zbaw albo mnie zabij.

*Marta.* Widziałam ranę na me własne oczy. Boże, zmiłuj się nad nim, tu, tu oto, Tu w samym środku mężnej jego piersi. Straszny trup! straszny trup! blady, jak popiół; Cały zbroczony, cały krwią zbryzgany, Zgęstłą krwią: ażem wzdrygnęła się, patrząc.

*Julia.* O pęknij, serce! pęknij w tym przeskoku Z bogactw do nędzy! Do więzienia, wzroku! Już ty nie zaznasz swobody uroku. Jak nas na ziemi złączył jeden ślub, Tak niech nas w ziemi złączy jeden grób!

*Marta.* Tybalcie! mój najlepszy przyjacielu! Luby Tybalcie! dziarski, walny chłopcze! Czemuż mi, czemuż przyszło przeżyć ciebie?

*Julia.* Cóż to za wicher dmie z dwóch stron przeciwnych? Romeo zginął? i Tybalt zabity? Ogłoś więc, straszna trąbo, koniec świata! Bo gdzież są żywi, gdy ci dwaj nie żyją?

*Marta.* Tybalt nie żyje, Romeo wygnany. Romeo zabił go, jest więc wygnany.

*Julia.* Boże! Romeo przelał krew Tybalta?

*Marta.* On to, niestety, on, on to uczynił.

*Julia.* O serce żmii pod kwiecistą maską! Kryłże się kiedy smok w tak pięknym lochu? Luby tyranie, anielski szatanie! Kruku w gołębich pierzach! wilku w runie! Nikczemny wątku w niebiańskiej postaci! We wszystkim sprzeczny z tem, czem się wydajesz: Szlachetny zbrodniu! potępieńcze święty! O, cóżeś miała do czynienia w piekle, Naturo, kiedyś taki duch szatański W raj tak pięknego ciała wprowadziła? Byłaż gdzie książka tak ohydnej treści W oprawie tak ozdobnej? Trzebaż, aby Fałsz zamieszkiwał tak przepyszny pałac!

*Marta.* Niema czci, niema wiary, niema prawdy, Niema sumienia w ludziach; sama zmienność, Sama przewrotność, chytrość i obłuda. Pietrze! dajno mi trochę akwawity. Te smutki, te zgryzoty, te cierpienia Robią mię starą. Przeklęty Romeo! Hańba mu!

*Julia.* Bodaj ci język oniemiał Za to przekleństwo! Romeo nie zrodzon Do hańby; hańba-by wstydem spłonęła Na jego czole, bo ono jest tronem, Na którym honor śmiałoby mógł zostać Koronowanym na monarchę świata. O, jakże mogłam mu złorzeczyć!

*Marta.* Chceszże Zbójcę krewnego twego uniewinniać?

*Julia.* Mamże potępiać mojego małżonka? O biedny! któżby popieścił twe imię, Gdybym ja, od trzech godzin twoja żona, Miała je szarpać? Ależ, niegodziwy, Za co ty mego zabiłeś krewnego! Za to, że krewny niegodziwy zabić Chciał mego męża. Precz, precz, łzy niewczesne! Spłyńcie do źródła, które was wydało; Dań waszych kropel przypada żalowi, A nie radości, której ją płacicie, Mój mąż, co Tybalt go chciał zabić, żyje, A Tybalt, co chciał zabić mego męża, Śmierć poniósł; w tem pociecha. Czegóż płaczę? Ha! doszło do mych uszu coś gorszego, Niż śmierć Tybalta; co mię wskroś przeszyło. Chętniebym o tem zapomniała, ale To coś wcisnęło się tak w moją pamięć, Jak karygodny czyn w umysł grzesznika. _Tybalt nie żyje -- Romeo wygnany!_ To jedno słowo: »wygnany«, zabiło Tysiąc Tybaltów. Śmierć Tybalta była Sama już przez się dostatecznym ciosem; Jeśli zaś ciosy lubią towarzystwo I gwałtem muszą mieć za sobą świtę, Dlaczegóż w ślad tych słów: _Tybalt nie żyje!_ Nie nastąpiło: twój ojciec nie żyje, Lub matka, albo i ojciec i matka? Żal byłby wtenczas nie tyle ogólny; Lecz gdy Tybalta śmierć ma za następstwo To przeraźliwe: _Romeo wygnany!_ O, jednocześnie z tym wykrzykiem Tybalt, Matka i ojciec, Romeo i Julia, Wszyscy nie żyją. Romeo wygnany! Z zbójczego tego wyrazu płynąca Śmierć nie ma granic, ni miary, ni końca, I żaden język nie odda boleści, Jaką to straszne słowo w sobie mieści. Gdzie moja matka i ojciec?

*Marta.* Przy zwłokach Tybalta jęczą i łzy wylewają. Chcesz tam panienka iść, to zaprowadzę.

*Julia.* Nie mnie oblewać łzami jego rany: Moich przedmiotem Romeo wygnany. Weź tę drabinkę. Biedna ty plecionko! Ty zawód dzielisz z Romea małżonką; Obie nas chybił los oczekiwany, Bo on wygnany, Romeo wygnany! Ty pozostajesz puścizną jałową, A ja w panieńskim stanie jestem wdową. Pójdź, nianiu, prowadź mię w małżeńskie łoże, Nie mąż, już tylko śmierć w nie wstąpić może.

*Marta.* Czekajno, pójdę sprowadzić Romea, By cię pocieszył. Wiem, gdzie on jest teraz. Nie płacz: użyjem jeszcze tych plecionek, I twój Romeo wnet przed tobą stanie.

*Julia.* O, znajdź go! daj mu w zakład ten pierścionek I na ostatnie proś go pożegnanie.

_(Wychodzą)._

SCENA III.

Cela Ojca Laurentego.

_(Wchodzi O. Laurenty i Romeo)._

*O. Laurenty* _(wchodząc)_. Romeo! Pójdź tu, pognębiony człeku! Smutek zakochał się w umyśle twoim, I poślubiony jesteś niefortunnie.

*Romeo.* Cóż tam, cny ojcze? Jakiż wyrok księcia? I jakaż dola nieznana ma zostać Mą towarzyszką?

*O. Laurenty.* Zbyt już oswojony Jest mój syn drogi z takim towarzystwem. Przynoszę-ć wieści o wyroku księcia.

*Romeo.* Jakiżby mógł być łaskawszy, prócz śmierci?

*O. Laurenty.* Z ust jego padło łagodniejsze słowo: Wygnanie ciała, nie śmierć ciała, wyrzekł.

*Romeo.* Wygnanie? Zmiłuj się, jeszcze śmierć dodaj! Wygnanie bowiem wygląda okropniej, Niż śmierć. Zaklinam cię, nie mów: wygnanie.

*O. Laurenty.* Wygnany jesteś z obrębu Werony, Zbierz męstwo, świat jest długi i szeroki.

*Romeo.* Zewnątrz Werony niema, niema świata, Tylko tortury, czyściec, piekło samo! Stąd być wygnanym, jest to być wygnanym Ze świata; być zaś wygnanym ze świata, Jest to śmierć ponieść; wygnanie jest zatem Śmiercią barwioną. Mieniąc śmierć wygnaniem, Złotym toporem ucinasz mi głowę, Z uśmiechem patrząc na ten cios śmiertelny.

*O. Laurenty.* O ciężki grzechu! O, niewdzięczne serce! Błąd twój pociąga z prawa śmierć za sobą: Książę, ujmując się jednak za tobą, Prawo życzliwie usuwa na stronę, I groźny wyraz: śmierć, w wygnanie zmienia. Łaska to, i ty tego nie uznajesz?

*Romeo.* Katusza to, nie łaska. Niebo tu jest, Gdzie Julia żyje; lada pies, kot, lada Mysz marna, lada nikczemne stworzenie Żyje tu w niebie, może na nią patrzeć, Tylko Romeo nie może. Mdła mucha Więcej ma mocy, więcej czci i szczęścia, Niźli Romeo; jej wolno dotykać Białego cudu, drogiej ręki Julii, I nieśmiertelne z ust jej kraść zbawienie; Z tych ust, co pełne westalczej skromności Bez przerwy płoną i pocałowanie Grzechem być sądzą; mucha ma tę wolność, Ale Romeo nie ma: on wygnany. I mówisz, że wygnanie nie jest śmiercią? Nie maszli żadnej trucizny, żadnego Ostrza, żadnego środka nagłej śmierci, Aby mię zabić, tylko ten fatalny Wyraz -- wygnanie? O księże, złe duchy Wyją, gdy w piekle usłyszą ten wyraz: I tyż masz serce, ty, święty spowiednik, Rozgrześca grzechów i szczery przyjaciel, Pasy drzeć ze mnie tem słowem: wygnanie?

*O. Laurenty.* Sentymentalny szaleńcze, posłuchaj!

*Romeo.* Znowu mi będziesz prawił o wygnaniu.

*O. Laurenty.* Dam ci broń przeciw temu wyrazowi; Balsamem w przeciwnościach -- filozofia; W tej więc otuchę czerp, będąc wygnanym.

*Romeo.* Wygnanym jednak! -- o, precz z filozofią! Czyż filozofia zdoła stworzyć Julię? Przestawić miasto? Zmienić wyrok księcia? Nic z niej: bezsilna ona, nie mów o niej.

*O. Laurenty.* Szaleni są więc głuchymi, jak widzę.

*Romeo.* Jak mają nie być, gdy mądrzy nie widzą.

*O. Laurenty.* Dajże mi mówić; przyjm słowa rozsądku.

*Romeo.* Nie możesz mówić tam, gdzie nic nie czujesz. [Page 57] Bądź jak ja młodym, posiądź miłość Julii, Zaślub ją tylko co, zabij Tybalta, Bądź zakochanym jak ja i wygnanym A wtedy będziesz mógł mówić; o, wtedy Będziesz mógł sobie z rozpaczy rwać włosy I rzucać się na ziemię, jak ja teraz, Na grób zawczasu biorąc sobie miarę.

_(Rzuca się na ziemię. Słychać kołatanie)._

*O. Laurenty.* Cicho, ktoś puka; ukryj się, Romeo.

*Romeo.* Nie; chyba para powstała z mych jęków, Jak mgła, ukryje mię przed ludzkim wzrokiem.

_(Kołatanie)._

*O. Laurenty.* Słyszysz? pukają znowu. Kto tam? Powstań, Powstań, Romeo! Chcesz być wziętym? Powstań;

_(Kołatanie)._

Wnijdź do pracowni mojej. Zaraz, zaraz. Cóż to za upór!

_(Kołatanie)._

Idę, idę, któż to Tak na gwałt puka? Skąd wy? Czego chcecie?

*Marta* _(zewnątrz)._ Wpuśćcie mię, wnet się o wszystkim dowiecie. Julia przysyła mię.

*O. Laurenty.* Witajże, witaj.

_(Wchodzi Marta)._

*Marta.* O! świętobliwy ojcze, powiedz, proszę, Gdzie jest mąż mojej pani, gdzie Romeo?

*O. Laurenty.* Tu, na podłodze, łzami upojony.

*Marta.* Ach, on jest właśnie w stanie mojej pani, Właśnie w jej stanie.

*O. Laurenty.* Nieszczęsna sympatio! Smutne zbliżenie!

*Marta.* I ona tak leży Płacząc i łkając, szlochając i płacząc. Powstań pan, powstań, jeśli jesteś mężem! O, powstań, podnieś się, przez wzgląd na Julię! Dlaczego dać się przygnębiać tak srodze?

*Romeo.* Marto!

*Marta.* Ach, panie! Wszystko na tym świecie Kończy się śmiercią.

*Romeo.* Mówiłaś o Julii? Cóż się z nią dzieje? O, pewnie mię ona Ma za mordercę zakamieniałego, Kiedym mógł naszych rozkoszy dzieciństwo Splamić krwią, jeszcze tak bliską jej własnej, Gdzie ona? Jak się miewa i co mówi Na zawód w świeżo błysłym nam zawodzie?

*Marta.* Nic, tylko szlocha i szlocha i szlocha; To się na łóżko rzuca, to powstaje, To woła: Tybalt!, to krzyczy: Romeo! I znowu pada.

*Romeo.* Jak gdyby to imię, Z śmiertelnej paszczy działa wystrzelone, Miało ją zabić, tak jak jej krewnego Zabiła ręka tego, co je nosi. O! powiedz, powiedz mi, ojcze, przez litość, W którym zakątku tej nędznej budowy Mieszka me imię; powiedz, abym zburzył To nienawistne siedlisko.

_(Dobywa miecza)._

*O. Laurenty.* Stój! Wstrzymaj Dłoń rozpaczliwą! Czy jesteś ty mężem? Postać wskazuje twoja, że nim jesteś; Łzy twe niewieście, dzikie twoje czyny Cechują wściekłość bezrozumną zwierza. W pozornym mężu ukryta niewiasto! Zwierzu, przybrany w pozór tego dwojga! Ty mnie w zdumienie wprawiasz. Jakem kapłan! Myślałem, że masz więcej hartu w sobie. Tybaltaś zabił, chcesz zabić sam siebie. I przez haniebny ten na siebie zamach Zabić chcesz także tę, co żyje tobą? Przecz tak uwłaczasz swemu urodzeniu, Niebu i ziemi, skoro urodzenie, Niebo i ziemia ci się śmieją? Wstydź się! Krzywdzisz swą postać, swą miłość, swój rozum, Boś ty jak lichwiarz bogaty w to wszystko, Ale niczego tego nie używasz W sposób mogący te dary ozdobić. Kształtna twa postać jest figurą z wosku, Skoro nie z męską cnotą idzie w parze; Miłość twa w gruncie czczem krzywoprzysięstwem, Skoro chcesz zabić tę, którejś ją ślubił. Twój rozum, chluba kształtów i miłości, Niezręczny w korzystaniu z tego dwojga, Jest jak proch w flaszce płochego żołnierza, Co się zapala z własnej jego winy I razi tego, którego miał bronić. Otrząś się, człeku! Julia twoja żyje; Julia, dla której umrzeć byłeś gotów; W temeś szczęśliwy. Tybalt chciał cię zabić, Tyś jego zabił; w tem szczęśliwyś także. Prawo, grożące ci śmiercią, zamienia Śmierć na wygnanie, i w temeś szczęśliwy. Stosy na głowie błogosławieństw dźwigasz, Szczęście najwabniej wdzięczy się do ciebie, A ty, jak dziewka zepsuta, kapryśna, Fochasz się na tę szczodrotę fortuny. Strzeż się, bo tacy marnie umierają. Terazże idź do żony, jak to było Wprzód umówione, i pociesz niebogę. Pomnij wyjść jednak przed wart rozstawieniem; Bo później przejść-byś nie mógł do Mantui, Gdzie masz przebywać tak długo, aż znajdziem Czas do odkrycia waszego małżeństwa, Do pojednania waszych nieprzyjaciół, Do przebłagania księcia, naostatek Do sprowadzenia cię nazad, z radością Dziesięćkroć sto tysięcy razy większą, Niż teraźniejszy twój smutek. Waćpani Idź naprzód; pozdrów ode mnie swą panią; I każ jej naglić wszystkich do spoczynku, Ku czemu żal ich ułatwi namowę, Romeo przyjdzie niebawem.

*Marta.* O panie! Mogłabym całą noc stać tu i słuchać, Co też to może nauczoność! Biegnę Uprzedzić moją panią, że pan przyjdziesz.

*Romeo.* Idź, proś ją, niech się gotuje mię zgromić.

*Marta.* Oto pierścionek, który mi kazała Doręczyć panu. Spiesz się pan, już późno.

_(Wychodzi Marta)._

*Romeo.* O, jakże mi ten dar dodał otuchy!

*O. Laurenty.* Idź już; dobranoc! a pamiętaj Wyjść jeszcze dzisiaj, nim zaciągną warty, Albo w przebraniu wyjść jutro o świcie. Osiądź w Mantui. Jeden z naszych braci Nosić ci będzie od czasu do czasu Zawiadomienie o każdym wypadku, Jaki na twoją korzyść tu się zdarzy. Daj rękę; późno już, bądź zdrów, dobranoc.

*Romeo.* Gdyby nie radość, co mię czeka, wczesny Ten rozdział z tobą byłby zbyt bolesny. Żegnam cię, ojcze.

_(Wychodzą)._

SCENA IV.

Pokój w domu Kapuletów.

_(Wchodzą: Kapulet, pani Kapulet i Parys)._

*Kapulet.* Tak smutny, panie, dotknął nas wypadek, Żeśmy nie mieli czasu mówić z Julią. Krewny nasz, Tybalt, był jej nader drogim, Nam także, ale rodzim się, by umrzeć. Dziś ona już nie zejdzie, bo już późno. Gdyby nie twoje, hrabio, odwiedziny, Ja sam-bym w łóżku był już od godziny.

*Parys.* Pora żałoby nie sprzyja zalotom; Dobranoc, pani, poleć mnie swej córce.

*Pani Kapulet.* Najchętniej, zaraz jutro ją wybadam; Na dziś zamknęła się, by żal swój spłakać.

*Kapulet.* Hrabio, za miłość naszego dziecięcia Mogę ci ręczyć; mniemam, że się skłoni Do mych przełożeń, co więcej, nie wątpię. Pójdź do niej, żono, nim się spać położysz; Oznajm jej cnego Parysa zamiary I powiedzże jej, uważasz, iż w środę... Zaczekaj, cóż to dzisiaj?

*Parys.* Poniedziałek.

*Kapulet.* A! poniedziałek! Zawcześnie we środę; Odłóżmy to na czwartek; w ten więc czwartek Zostanie żoną szlachetnego hrabi. Będzieszli gotów? Czy ci to dogadza? Cicho się sprawim; jeden, dwóch przyjaciół... Gdybyśmy bowiem po tak świeżej stracie Bardzo hulali, ludzie, widzisz, hrabio, Mogliby myśleć, że za lekko bierzem Zgon tak bliskiego krewnego; dlatego Wezwiem przyjaciół z jakie pół tuzina, I na tem koniec. Cóż mówisz na czwartek?

*Parys.* Radbym, o panie, żeby już był jutro.

*Kapulet.* To dobrze. Bądź nam zdrów. A więc we czwartek. Wstąpże do Julii, żono, nim spać pójdziesz; Przygotuj ją do ślubu. Bądź zdrów, hrabio. Światła! hej! światła do mego pokoju! Tak już jest późno, żebyśmy nieledwie Mogli powiedzieć: tak rano. Dobranoc.

_(Wychodzą)._

SCENA V.

Pokój Julii.

_(Wchodzi Romeo i Julia)._

*Julia.* Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski, Słowik to, a nie skowronek się zrywa I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje. Co noc on śpiewa owdzie na gałązce Granatu: wierzaj mi, że to był słowik.

*Romeo.* Skowronek to, ów czujny herold ranku, Nie słowik; widzisz te zazdrosne smugi, Co tam na wschodzie złocą chmur krawędzie? Pochodnie nocy już się wypaliły I dzień się wspina raźnie na gór szczyty. Chcąc żyć, iść muszę, lub zostając -- umrzeć.

*Julia.* Owo światełko nie jest świtem; jest to Jakiś meteor od słońca wysłany, Aby ci służył w noc za przewodnika I do Mantui rozjaśniał ci drogę; Zostań więc, nie masz potrzeby się spieszyć.

*Romeo.* Niech mię schwytają, na śmierć zaprowadzą, Rad temu będę, bo Julia chce tego. Nie, ten brzask nie jest zapowiedzią ranku, To tylko blady odblask lica Luny; To nie skowronek, co owdzie piosenką Bijąc w niebiosa, wznosi się nad nami. Więcej mię względów skłania tu pozostać, Niż nagle odejść. O, śmierci, przybywaj! Chętnie cię przyjmę, bo Julia chce tego. Cóż, luba? prawda, że jeszcze nie dnieje?

*Julia.* O, dnieje, dnieje! Idź, spiesz się, uciekaj! Głos to skowronka brzmi tak przeraźliwie I niestrojnymi, ostrymi dźwiękami Razi me ucho. Mówią, że skowronek Miło wywodzi; z tym się ma przeciwnie, Bo on wywodzi nas z objęć wzajemnych. Skowronek, mówią, z obrzydłą ropuchą Zamienił oczy, o, radabym teraz, Żeby był także i głos z nią zamienił, Bo ten głos, w smutnej rozstania potrzebie, Dzień przywołując, wywołuje ciebie. Idź już, idź: ciemność coraz to się zmniejsza.

*Romeo.* A dola nasza coraz to ciemniejsza!

_(Wchodzi Marta)._

*Marta.* Pst! pst!

*Julia.* Co?

*Marta.* Starsza pani tu nadchodzi. Dzień świta. Baczność, bo się narazicie!

_(Wychodzi)._

*Julia.* O, okno, wpuśćże dzień, a wypuść życie!

*Romeo* _(wychodząc przez okno)._ Bądź zdrowa! Jeszcze jeden uścisk krótki.

*Julia.* Już idziesz; o mój drogi! mój milutki! Muszę mieć co dzień wiadomość o tobie; A każda chwila równą będzie dobie. Zgrzybieję licząc podług tej rachuby, Nim cię zobaczę znowu, o mój luby.

*Romeo.* Ilekroć będę mógł, tylekroć twoję Drogą troskliwość pewnie zaspokoję.

_(Znika za oknem)._

*Julia.* Jak myślisz, czy się znów ujrzymy kiedy?

*Romeo.* Nie wątpię o tem, najmilsza, a wtedy Wszystkie cierpienia nasze kwiatem tkaną Kanwą do słodkich rozmów nam się staną.

*Julia.* Boże! przeczuwam jakąś ciężką dolę; Wydajesz mi się teraz tam na dole, Jak trup, z którego znikły życia ślady. Czy mię wzrok myli? Jakiżeś ty blady!

*Romeo.* I twoja także twarz jak pogrobowa. Smutek nas trawi. Bądź zdrowa! bądź zdrowa!

*Julia* _(odstępując od okna)._ O losie! ludzie mienią cię niestałym; Toż więc przez zawiść tylko prześladujesz Tych, co kochają stale? Bądź niestały, Bo wtedy będę mogła mieć nadzieję, Ze go niedługo będziesz zatrzymywał I wrócisz nazad.

*Pani Kapulet* _(za sceną)._ Julio! czyś już wstała?

*Julia.* Któż to mię woła? Głos-że to mej matki? Nie spałaż ona, czy wstała tak rano? Jakiż niezwykły powód ją sprowadza?

_(Wchodzi pani Kapulet)._

*Pani Kapulet.* Jak się masz, Julciu?

*Julia.* Niedobrze mi, matko!

*Pani Kapulet.* Wciąż jeszcze płaczesz nad stratą Tybalta? Chceszże go łzami dobyć z grobu? Choćbyś Dopięła tego, wskrzesić go nie zdołasz. Przestań więc: pewien żal może dowodzić Wielkiej miłości, ale wielkość żalu Dowodzi pewnej płytkości pojęcia.

*Julia.* Trudno na taką stratę nie być czułą.

*Pani Kapulet.* Tak, ale płacząc, czujesz tylko stratę, Nie tego, po kim płaczesz, moje dziecko.

*Julia.* Tak czując stratę, mogę tylko płakać.

