Pan Tadeusz Czyli Ostatni Zajazd na Litwie. Historja Szlachecka z r. 1811 i 1812 we Dwunastu Księgach Wierszem

Part 7

Chapter 73,701 wordsPublic domain

Za temi jeziorkami już nie tylko krokiem, Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem; Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem, Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi. A w tą mgłą nakoniec (jak wieść gminna głosi) Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica, Główna królestwa zwierząt i roślin stolica. W niéj są złożone wszystkich drzew i ziół nasiona, S których się rozrastają na świat ich plemiona; W niéj jak w arce Noego, s wszelkich zwierząt rodu Jedna przynajmniéj para chowa się dla płodu. W samym środku (jak słychać) mają swoje dwory, Dawny Tur, Żubr i Niedźwiedź, puszcz imperatory. Około nich na drzewach gnieździ się Ryś bystry, I żarłoczny Rosomak, jak czujne ministry; Daléj zaś jak podwładni szlachetni wassale, Mięszkają Dziki, Wilki i Łosie rogale. Nad głowami Sokoły i Orłowie dzicy, Żyjący s pańskich stołów, dworscy zausznicy. Te pary zwierząt główne i patryarchalne, Ukryte w jądrze puszczy, światu niewidzialne, Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu, A sami we stolicy używają wczasu; Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną, Lecz starzy umierają śmiercią naturalną. Mają też i swój smętarz, kędy bliscy śmierci, Ptaki składają pióra, czworonogi sierci. Niedźwiedź gdy zjadłszy zęby strawy nieprzeżuwa, Jeleń zgrzybiały gdy już ledwie nogi suwa, Zając sędziwy gdy mu już krew w żyłach krzepnie, Kruk gdy już posiwieje, sokoł gdy oślepnie, Orzeł gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi, Idą na smętarz. Nawet mniejszy zwierz raniony Lub chory, bieży umrzéć w swe ojczyste strony. Stąd to w miejscach dostępnych kędy człowiek gości, Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości. Słychać że tam w stolicy, między zwierzętami Dobre są obyczaje, bo rządzą się sami; Jeszcze cywilizacją ludzką niepopsuci, Nieznają praw własności która świat nasz kłóci, Nie znają pojedynków, ni wojennéj sztuki. Jak ojce żyły w raju, tak dziś żyją wnuki, Dzikie i swojskie razem w miłości i zgodzie, Nigdy jeden drugiego nie kąsa, ni bodzie. Nawet gdyby tam człowiek wpadł chociaż niezbrojny, Toby środkiem bestyi przechodził spokojny; Oneby nań patrzyły tym wzrokiem zdziwienia, Jakim w owym ostatnim szóstym dniu stworzenia Ojce ich pierwsze co się w ogrójcu gnieździły, Patrzyły na Adama nim się z nim skłóciły. Szczęściem człowiek nie zbłądzi do tego ostępu, Bo Trud i Trwoga i Śmierć bronią mu przystępu.

Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary, Wpadłszy niebacznie między bagna, mchy i jary, Wnętrznéj ich okropności rażone widokiem, Uciekają skowycząc z obłąkanym wzrokiem; I długo potém ręką pana już głaskane, Drżą jeszcze u nóg jego strachem opętane. Te puszcz stołeczne, ludziom nieznane tajniki, W języku swoim strzelcy zowią -- _Mateczniki_.

Głupi niedźwiedziu! gdybyś w Mateczniku siedział, Nigdyby się o tobie Wojski niedowiedział; Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność, Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność; Wyszedłeś na brzeg puszczy gdzie się las przerzedził I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził, I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi, By poznać gdzie popasasz i gdzie masz noclegi; Teraz Wojski z obławą, już od matecznika Postawiwszy szeregi odwrót ci zamyka.

Tadeusz się dowiedział, że niemało czasu Już przeszło, jak ogary wpadły w otchłań lasu.

Cicho; -- próżno myśliwi natężają ucha; Próżno, jak najciekawszéj mowy, każdy słucha Milczenia, długo w miejscu nieruchomy czeka; Tylko muzyka puszczy gra do nich zdaleka. Psy nurtują po puszczy jak pod morzem nurki, A strzelcy obróciwszy do lasu dwórurki, Patrzą Wojskiego: ukląkł, ziemię uchem pyta: Jako w twarzy lekarza wzrok przyjacioł czyta Wyrok życia lub zgonu miłéj im osoby, Tak strzelcy ufni w sztuki Wojskiego sposoby Topili w nim spójrzenia nadziei i trwogi. «Jest! jest! wyrzekł półgłosem, zerwał się na nogi. On słyszał! oni jeszcze słuchali -- nareszcie, Słyszą, jeden pies wrzasnął, potém dwa, dwadzieście, Wszystkie razem ogary rospierzchnioną zgrają Doławiają się, wrzeszczą, wpadli na trop, grają, Ujadają: już nie jest to powolne granie Psów goniących zająca, lisa albo łanie; Lecz wciąż, wrzask krótki, częsty, ucinany, zjadły; To nie na ślad daleki ogary napadły, Na oko gonią -- nagle ustał krzyk pogoni, Doszli zwierza -- wrzask znowu, skowyt, -- zwierz się broni I zapewne kaleczy, śród ogarów grania Słychać co raz to częściéj jęk psiego konania.

Strzelcy stali, i każdy ze strzelbą gotową Wygiął się jak łuk na przód s wciśnioną w las głową, Niemogą dłużéj czekać! już ze stanowiska Jeden za drugim zmyka i w pusczę się wciska, Chcą pierwsi spotkać zwierza: choć Wojski ostrzegał, Choć Wojski stanowiska na koniu obiegał, Krzycząc, że czy kto prostym chłopem czy paniczem, Jeżeli z miejsca zejdzie dostanie w grzbiet smyczem. Nie było rady! wszyscy pomimo zakazu W las pobiegli, trzy strzelby huknęły od razu, Potém wciąż kanonada, aż głośniéj nad strzały Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały. Ryk okropny! boleści, wściekłości, rospaczy, Za nim wrzask psów, krzyk strzelców, trąby dojeżdżaczy Grzmiały ze środka puszczy; strzelcy ci w las śpieszą, Tamci korki odwodzą a wszyscy się cieszą; Jeden Wojski w żałości, krzyczy że chybiono. Strzelcy i obławnicy poszli jedną stroną Na przełaj zwierza między ostępem i puszczą; A niedźwiedź odstraszony psów i ludzi tłuszczą, Zwrócił się nazad w miejsca mniéj pilnie strzeżone Ku polom, skąd już zeszły strzelcy rozstawione, Gdzie tylko pozostali z mnogich łowczych szyków Wojski, Tadeusz, Hrabia s kilką obławników.

Tu las był rzadszy; słychać z głębi ryk, trzask łomu Aż z gęstwy jak s chmur wypadł niedźwiedź nakształt gromu; W koło psy gonią, straszą, rwą; on wstał na nogi Tylne i spojrzał w koło, rykiem strasząc wrogi, I przedniemi łapami to drzewu korzenie, To pniaki osmalone, to wrosłe kamienie Rwał, waląc w psów i w ludzi; aż wyłamał drzewo Kręcąc nim jak maczugą, na prawo, na lewo; Runął wprost na ostatnich strażników obławy, Hrabię i Tadeusza: oni bez obawy Stoją w kroku, na zwierza wytknęli flint rury, Jako dwa konduktury w łono ciemnéj chmury; Aż oba jednym razem pociągnęli kórki, [Niedoświadczeni!) razem zagrzmiały dwórurki; Chybili; Niedźwiedź skoczył, oni tuż utkwiony Oszczep jeden chwycili czterema ramiony, Wydzierali go sobie; spojrzą, aż tu s pyska Wielkiego czerwonego dwa rzędy kłów błyska, I łapa s pazurami już się na łby spuszcza; Pobledli, w tył skoczyli, i gdzie rzadnie puszcza Zmykali; zwierz za nimi wspiął się, już pazury Zahaczał, chybił, podbiegł, wspiął się znów do góry, I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy. Zdarłby mu czaszkę z mózgów jak kapelusz z głowy, Gdy Assessor z Rejentem wyskoczyli z boków, A Gerwazy biegł s przodu o jakie sto kroków, Z nim Robak, choć bez strzelby -- i trzej w jednéj chwili Jak gdyby na komendę razem wystrzelili. Niedźwiedź wyskoczył w górę juk kot przed chartami, I głową na dół runął, i czterma łapami Przewróciwszy się młyńcem, cielska krwawe brzemie Waląc tuż pod Hrabiego, zbił go z nóg na ziemię. Jeszcze ryczał, chciał jeszcze powstać, gdy nań wsiadły Rozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły.

Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty Swój róg bawoli, długi, centkowany, kręty Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął, Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął, Zasunął w pół powieki, w ciągnął w głąb pół brzucha I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha, I zagrał: róg jak wicher, nie wstrzymanym dechem, Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem. Umilkli strzelce, stali szczwacze zadziwieni Mocą, czystością, dziwną harmonią pieni. Starzec cały kunszt którym niegdyś w lasach słynął Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął; Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy, Jakby psiarnię w nię wpuścił i rospoczął łowy. Bo w graniu była łowów historja krótka: Z razu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka; Potém jęki po jękach skomlą: to psów granie; A gdzie niegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało Ze Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.

Zadał znowu; myśliłbyś że róg kształty zmieniał, I że w ustach Wojskiego to grubiał to cieniał, Udając głosy zwierząt; to raz w wilczą szyję Przeciągając się, długo, przeraźliwie wyje. Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się garło. Ryknął; potém beczenie żubra wiatr rozdarło.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało. Wysłuchawszy rogowéj arcydzieło sztuki, Powtarzały je dęby dębom, bukom buki.

Dmie znowu: jakby w rogu były setne rogi, Słychać zmieszane wrzaski szczwania, gniewu, trwogi, Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski do góry Podniósł róg, i tryumfu hymn uderzył w chmury.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało. Ile drzew tyle rogów znalazło się w boru, Jedne drugim pieśń niosą jak s choru do choru. I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza, Coraz ciższa i coraz czystsza, doskonalsza, Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!

Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu Roskrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałem, promienném, Z oczyma wzniesioniemi, stał jakby natchniony, Łowiąc uchem ostatnie znikające tony. A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków, Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków.

Uciszono się zwolna, i oczy gawiedzi Zwróciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi: Leżał krwią opryskany, kulami przeszyty, Piersiami w gęszczę trawy wplątany i wbity, Rosprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy, Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi przez chrapy, Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy; Pijawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy, Z lewéj strony Strapczyna, a s prawéj zawisał Sprawnik i dusząc gardziel krew czarną wysysał.

Zaczem Wojski roskazał kij żelazny włożyć Psom między zęby, i tak paszczęki rostworzyć. Kolbami przewrócono na wznak zwierza zwłoki, I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki.

-- A co? krzyknął Asssessor, kręcąc strzelby rurą, A co? fuzyjka moja? górą nosi górą! A co? fuzyjka moja? nie wielka ptaszyna, A jak się popisała? to jéj nie nowina, Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku, Od Książecia Sanguszki mam ją w podarunku. Tu pokazywał strzelbę przedziwnéj roboty Choć maleńką, i zaczął wyliczać jéj cnoty. -- Ja biegłem, przerwał Rejent otarłszy pot s czoła Biegłem tuż za niedźwiedziem; a Pan Wojski woła Stój na miejscu; jak tam stać, niedźwiedź w pole wali, Rwąc s kopyta jak zając coraz daléj, daléj, Aż mi ducha niestało, dobiedz ni nadziei, Aż spojrzę w prawo, sadzi, a tu rzadko w kniei, Jak téż wziąłem na oko, postójże marucha, Pomyśliłem, i basta, ot leży bez ducha; Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka, Napis Sagalas London à Bałabanówka. (Sławny tam mieszkał slósarz polak, który robił Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił.)

-- Jak to, parsknął Assessor, do kroćset niedźwiedzi Tu to niby Pan zabił? co też tu Pan bredzi! -- Słuchajno, odparł Rejent, tu Panie nie śledztwo, Tu obława, tu wszystkich weźmiem na świadectwo.

Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta, Ci stronę Assessora, ci brali Rejenta; O Gerwazym niewspomniał nikt, bo wszyscy biegli Z boków, i co się s przodu działo nie postrzegli. Wojski głos zabrał: teraz jest przynajmniéj za co, Bo to Panowie nie jest ow szarak ladaco, To niedźwiedź, tu już nie żal poszukać odwetu, Czy szarpentyną, czyli nawet s pistoletu; Spór wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem, Na pojedynek nasze pozwolenie dajem. Pamiętam za mych czasów żyło dwóch sąsiadów, Oba ludzie uczciwi, szlachta s prapradziadów, Mieszkali po dwóch stronach nad rzekę Wilejką, Jeden zwał się Domeyko a drugi Doweyko. Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili, Kto zabił trudno dociec, strasznie się kłócili, I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę: To mi to po szlachecku, prawie rura w rurę. Pojedynek ten wiele narobił hałasu; Pieśni o nim śpiewano za owego czasu. Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo, Opowiem od początku historję całą.

Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził; On niedźwiedzia z uwagą do koła obchodził, Nareszcie dobył tasak, rościął pysk na dwoje, I w tylcu głowy, mózgu roskroiwszy słoje, Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył. Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył; A potém dłoń podnosząc i kulę na dłoni, Panowie, rzekł, ta kula nie jest z waszéj broni, Ona s téj Horeszkowskiéj wyszła jednorurki, (Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki) Lecz nie ja wystrzeliłem -- o trzeba tam było Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło! Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie, A niedźwiedź s tyłu już, już, na Hrabiego głowie, Ostatniego z Horeszków! chociaż po kądzieli. Jezus Marya, krzyknąłem; i Pańscy anieli Zesłali mi na pomoc Księdza Bernardyna. On nas wszystkich zawstydził; oj dzielny księżyna! Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił, On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystrzelił: Między dwie głowy strzelić! sto kroków! nie chybić! I w sam środek paszczęki! tak mu zęby wybić! Panowie! długo żyję, jednego widziałem Człowieka, co mógł takim popisać się strzałem. Ów głośny niegdyś u nas s tylu pojedynków, Ów co korki kobiétom wystrzelał s patynków, Ów łotr nad łotry, sławny wczasy wiekopomne, Ów Jacek, vulgo Wąsal; nazwiska nie wspomnę: Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi; Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi. Chwała Księdzu! dwom ludziom on życie ocalił, Może i trzem; Gerwazy nie będzie się chwalił, Ale gdyby ostatnie s krwi Horeszków dziecie Wpadło w bestyi paszczę, niebyłbym na świecie, I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości; Pójdź księże, wypijemy zdrowie Jegomości.

Próżno szukano księdza; wiedzą tylko tyle. Że po zabiciu zwierza, zjawił się na chwilę, Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi, A widząc że obadwa cali są i zdrowi, Podniósł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił, I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.

Tymczasem na Wojskiego roska, pęki wrzosu, Suche chrosty i pniaki rzucono do stosu; Bucha ogień, wyrasta szara sosna dymu, I rosszerza się w górze nakształt baldakimu. Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki, Na grotach zawieszono brzuchate kociołki; Z wozów niosą jarzyny, mąki i pieczyste, I chléb.

Sędzia otworzył puzderko zamczyste, W którém rzędami flaszek białe sterczą głowy; Wybiera z nich największy kufel kryształowy, (Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka) Wódka to Gdańska napój miły dla Polaka; Niech żyje! krzyknął Sędzia w górę wznosząc flaszę, Miasto Gdańsk niegdyś nasze, będzie znowu nasze! I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu.

W kociołkach bigos grzano -- w słowach wydać trudno Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną; Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek, Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek. Aby cenić litewskie pieśni i potrawy, Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw, potrawą nielada Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa. Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta, Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta; Zamknięta w kotle, łonem wilgotném okrywa Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa; I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie, I powietrze do koła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy s trzykrotnym wiwatem Zbrojni łyżkami biegą i bodą naczynie, Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie, Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów, Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów.

Kiedy się już do woli napili, najedli, Zwierza na wóz złożyli, sami na koń siedli, Radzi wszyscy, rozmowni, oprócz Assessora I Rejenta, ci byli gniewliwsi niż wczora, Kłócąc się o zalety, ten swéj Sanguszkówki, A ten bałabanowskiéj swéj Sagalasówki. Hrabia też i Tadeusz jadą nie weseli, Wstydząc się że chybili i że się cofnęli: Bo na Litwie kto zwierza wypuści z obławy, Długo musi pracować nim poprawi sławy.

Hrabia mówił że pierwszy do oszczepu godził, I że spotkaniu z zwierzem Tadeusz przeszkodził; Tadeusz utrzymywał, że będąc silniejszy I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy, Chciał wyręczyć Hrabiego: tak sobie niekiedy Przymawiali śród gwaru i wrzasku czeredy.

Wojsk i jechał po środku; staruszek szanowny, Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny; Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść, Kończył im o Doweyce i Domeyce powieść: -- Assessorze, jeżeli chciałem byś z Rejentem Pojedynkował, nie myśl że jestem zawziętym Na krew ludzką; broń Hoże, chciałem was zabawić, Chciałem wam komedyę niby to wyprawić, Wznowić koncept, który ja, lat temu czterdzieście, Wymyśliłem -- przedziwny! -- Wy młodzi jesteście, Nie pamiętacie o nim, lecz za moich czasów, Głośny był od téj puszczy, do poleskich lasów.

Domeyki i Doweyki wszystkie sprzeciwieństwa Pochodziły, rzecz dziwna, z nazwisk podobieństwa Bardzo niewygodnego. Bo gdy w czas seymików, Przyjaciele Doweyki skarbili stronników, Szepnął ktoś do szlachcica, day kreskę Doweyce; A ten niedosłyszawszy dał kreskę Domeyce. Gdy na uczcie wniósł zdrowie Marszałek Rupeyko Wiwat Doweyko, drudzy krzyknęli Domeyko; A kto siedział w pośrodku, nie trafił do ładu, Zwłaszcza przy niewyraźnéj mowie w czas objadu.

Gorzéj było; raz w Wilnie jakiś szlachcic pijany, Bił się w szable z Domeyką i dostał dwie rany; Potém ow szlachcic z Wilna wracając do domu. Dziwnym trafem z Doweyką zjechał się u promu; Gdy więc na jednym promie płynęli Wileyką, Pyta sąsiada kto on, odpowie: Doweyko; Nie czekając dobywa rapier spod kireyki, Czach, czach, i za Domeykę podciął wąs Doweyki.

Wreszcie jak na dobitkę, trzeba jeszcze było, Żeby na polowaniu tak się wydarzyło, Że stali blisko siebie oba imiennicy, I do jednéj strzelili razem Niedźwiedzicy. Prawda że po ich strzale upadła bez duchu, Ale już piérwéj niosła z dziesiątek kul w brzuchu; Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób, Kto zabił Niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób?

Tu już krzyknęli: dosyć! trzeba raz rzecz skończyć, Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć: Dwóch nas jak dwóch słońc pono za nadto na świecie, -- A więc do szerpentynek i stają na mecie. Oba szanowni ludzie; co ich szlachta godzą, To oni na się jeszcze zapalczywiéj godzą. Zmienili broń; od szabel szło na pistolety, Stają, krzyczym że nadto przybliżyli mety; Oni na złość, przysięgli przez niedźwiedzią skórę Strzelać się, śmierć niechybna! prawie rura w rurę; Oba tęgo strzelali -- Sekunduj Hreczecha; Zgoda rzekłem, niech zaraz dół wykopie klecha: Bo taki spór nie może skończyć się na niczém; Lecz bijcie się szlacheckim trybem, nie rzeźniczym, Dosyć już mety zbliżać, widzę żeście zuchy, Chcecie strzelać się rury oparłszy na brzuchy? Ja nie pozwolę; zgoda że na pistolety; Lecz strzelać się nie z dalszéj, ani z bliższéj mety, Jak przez skórę niedźwiedzią; ja rękami memi Jako sekundant skórę rościągnę na ziemi, I ja sam was ustawię. Waść po jednéj stronie Stanie na końcu pyska, a Waść na ogonie. Zgoda! wrzaśli: czas? -- jutro -- miejsce? Karczma Usza. Rozjechali się. Ja zaś do Wirgiliusza --

Tu Wojskiemu przerwał krzyk: Wyczha! tuż spod koni Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokół goni. Psy wzięto na obławę, wiedząc że s powrotem Na polu łatwo można napotkać się s kotem; Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota spostrzegły, Wprzód nim strzelcy poszczuli już za nim pobiegły. Rejent też i Assessor chcieli końmi natrzeć, Lecz Wojski wstrzymał krzycząc: wara! stać i patrzeć; Nikomu krokiem ruszyć z miejsca niedozwolę, Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole. W istocie, kot czuł s tyłu myśliwych i psiarnie, Rwał w pole, słuchy wytknął jak dwa różki sarnie, Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty, Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty, Rzekłbyś że ich nie rusza tylko ziemię trąca Po wierzchu, jak jaskółka wodę całująca. Pył za nim, psy za pyłem, zdaleka się zdało, Że zając, psy i charty jedne tworzą ciało: Jakby jakaś przez pole suwała się źmija, Kot jak głowa, pył s tyłu jakby modra szyja, A psami jak podwójnym ogonem wywija.

Rejent, Assessor patrzą, otworzyli usta, Dech wstrzymali; wtém Rejent pobladnął jak chusta, Zbladł i Assessor, widzą -- fatalnie się dzieje, Owa źmija im daléj, tém bardziéj dłużeje, Już rwie się w pół, już znikła owa szyja pyłu, Głowa już blisko lasu, ogony, gdzie s tyłu! Głowa niknie, raz jeszcze jakby kto kutasem Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.

Biedne psy, ogłupiałe biegały pod gajem, Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem; Wreście wracają, zwolna skacząc przez zagony, Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony, I przybiegłszy, ze wstydu nieśmieją wznieść oczu, I zamiast iść do Panów, stały na uboczu.

Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło, Assessor rzucał okiem ale niewesoło, Potém zaczęli oba słuchaczom wywodzić: Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić, Jak kot z nienacka wypadł, jak źle był poszczuty Na roli, gdzie psom chyba trzebaby wdziać buty, Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni.

Mądrze rzecz wyłuszczali, szczwacze doświadczeni; Myśliwi s tych mów wiele mogliby korzystać, Lecz nie słuchali pilnie, ci zaczęli świstać, Ci śmiać się w głos, ci mając niedźwiedzia w pamięci Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.

Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił, Widząc że uciekł, głowę obojętnie zwrócił I kończył rzecz przerwaną: na czém więc stanąłem? A ha! na tém, że obu za słowo ująłem Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę, Szlachta w krzyk, to śmierć pewna! prawie rura w rurę, A ja w śmiech, bo mnie uczył mój przyjaciel Maro, Że skóra źwierza nic jest ladajaką miarą. Wszak wiecie Waćpanowie jak królowa Dydo Przypłynęła do Libów i tam z wielką biédą Wytargowała sobie taki ziemi kawał, Któryby się wołową skórą nakryć dawał; Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago! Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą.

Ledwie dniało, już z jednéj strony taradejką Jedzie Dowejko, z drugiéj na koniu Domeyko. Patrzą, aż tu przez rzekę, leży most kosmaty, Pas ze skóry niedźwiedziéj porzniętéj na szmaty. Postawiłem Dowejkę na zwierza ogonie Z jednéj strony, Domeykę zaś po drugiéj stronie. Pukajcie teraz, rzekłem, choć przez całe życie, Lecz póty was niespuszczę aż się pogodzicie. Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemi Od śmiechu, a ja s Księdzem słowy poważnemi Nuż im z Ewanjelji, s statutów dowodzić, Niema rady: -- śmieli się i musieli zgodzić.

Spor ich potém w dozgonną przyjaźń się zamienił, I Doweyko się s siostrą Domeyki ożenił, Domeyko pojął siostrę szwagra, Doweykównę, Podzielili majątek na dwie części równe, A w miejscu gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek, Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek.

KSIĘGA PIĄTA.

KŁÓTNIA.

TREŚĆ.

Plany myśliwskie Telimeny -- Ogrodniczka wybiera się na wielki świat i słucha nauk opiekunki -- Strzelcy wracają -- Wielkie zadziwienie Tadeusza -- Spotkanie się powtórne w świątyni dumania i zgoda ułatwiona za pośrednictwem mrowek -- U stołu wytacza się rzecz o łowach -- Powieść Wojskiego o Rejtanie i Księciu Denassów, przerwana -- Zagajenie układów między stronami, także przerwane -- Zjawisko s kluczem -- Kłótnia -- Hrabia z Gerwazym odbywają radę wojenną.

Wojski chlubnie skończywszy łowy wraca z boru, A Telimena w głębi samotnego dworu Zaczyna polowanie. Wprawdzie nieruchoma Siedzi z założonemi na piersiach rękoma, Lecz myślą goni źwierzów dwóch; szuka sposobu Jakby razem obsobaczyć i ułowić obu: Hrabię i Tadeusza. Hrabia panicz młody. Wielkiego domu dziedzic, powabnéj urody; Już trochę zakochany! cóż? może się zmienić! Potém, czy szczérze kocha? czy się zechce żenić? S kobietą kilka laty starszą! nie bogatą! Czy mu krewni pozwolą? co świat powié na to?

Telimena tak myśląc s sofy się podniosła I stanęła na palcach, rzekłbyś że podrosła; Odkryła nieco piersi, wygięła się bokiem, I sama siebie pilném obejrzała okiem, I znowu zapytała o radę zwierciadła, Po chwili, wzrok spuściła, westchnęła i siadła.