Part 5
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku Dla szkodliwości albo niedobrego smaku, Lecz niesą bez użytku, one zwierza pasą. I gniazdem są owadów i gajów okrasą. Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi Naczyń stołowych sterczą: tu s krągłemi brzegi _Surojadki_ srebrzyste, żółte i czerwone, Niby czareczki rożném winem napełnione; _Koźlak_ jak przewrócone kubka dno wypukłe, _Lejaki_ jako szampańskie kieliszki wysmukłe, _Bielaki_ krągłe, białe, szerokie i płaskie, Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie, I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona _Purchawka_, jak pieprzniczka -- zaś innych imiona Znane tylko w zajęczym, lub wilczym języku, Od ludzi nieochrzczone; a jest ich bez liku. Ni wilczych ni zajęczych nikt dotknąć nieraczy, A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy, Zagniewany, grzyb złamie, albo nogą kopnie; Tak szpecąc trawię, czyni bardzo nierostropnie.
Telimena ni wilczych, ni ludzkich niezbiera, Rostargniona, znudzona, do koła spoziera, Z głową w górę zadartą. Więc Pan Rejent w gniewie Mówił o niéj, że grzybów szukała na drzewie; Assessor ją złośliwiej, równał do samicy, Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy.
Jakoż zdała się szukać samotności, ciszy, Oddalała się zwolna od swych towarzyszy, I szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły, Ocieniony, bo drzewa gęściéj na nim rosły. Wśrodku szarzał się kamień; strumień s pod kamienia Szumiał, tryskał, i zaraz, jakby szukał cienia Chował się między gęste i wysokie zioła, Które wodą pojone bujały do koła; Tam ów bystry swawolnik spowijany w trawy I liściem podesłany, bez rucha, bez wrzawy, Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce, Jako dziecię krzykliwe złożone w kolebce, Gdy matka nad niém zwiąże firanki majowe I liścia makowego nasypie pod głowę: Miejsce piękne i ciche, tu się często schrania Telimena, zowiąc je _Świątynią dumania_.
Stanąwszy nad strumieniem, rzuciła na trawnik Z ramion, swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik, I podobna pływaczce, która do kąpieli Zimnéj schyla się, nim się zanurzyć ośmieli, Klęknęła i powoli chyliła się bokiem; Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem, Upadła nań i cała wzdłuż się rospostarła, Łokcie na trawie, skronie na dłoniach oparła, Z głową na dół skłoniona; na dole o głowy, Błysnął francuskiéj książki papier welinowy; Nad alabastrowemi stronicami księgi, Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi.
W szmaragdzie bujnych traw, na krwawnikowym szalu, W sukni długiéj, jak gdyby w powłoce koralu, Od któréj odbijał się włos z jednego końca, Z drugiego czarny trzewik; po bokach błyszcząca Śnieżną pończoszką, chustką, białością rąk, lica, Wydawała się zdała jak pstra gąsienica, Gdy wpełźnie na zielony liść klonu.
Niestety! Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety, Darmo czekały znawców, nikt niezważał na nie, Tak mocno zajmowało wszystkich grzybobranie Tadeusz przecież zważał i w bok strzelał okiem, I nieśmiejąc iść prosto, przysuwał się bokiem: Jak strzelec gdy w ruchoméj, gałęzistéj szopie, Usiadłszy na dwóch kołach, podjeżdża na dropie, Albo na siewki idąc, przy koniu się kryje, Strzelbę złoży na siodle lub pod końską szyję, Niby to bronę włóczy, niby idzie miedzą, A coraz się przybliża kędy ptaki siedzą; Tak skradał się Tadeusz.
Sędzia czaty zmieszał I przeciąwszy mu drogę, do źródła pośpieszał. Z wiatrem igrały białe poły szarafana, I wielka chustka w pasie końcem uwiązana; Słomiany, podwiązany kapelusz, od ruchu Nagłego chwiał się z wiatrem jako liść łopuchu, Spadając to na barki, to znowu na oczy; W ręku ogromna laska: tak Pan Sędzia kroczy. Schyliwszy się i ręce obmywszy w strumieniu, Usiadł przed Telimeną na wielkim kamieniu, I wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową Trzciny ogromnéj, s taką ozwał się przemową.
Widzi Aśćka od czasu jak tu u nas gości Tadeuszek, niemało mam niespokojności; Jestem bezdzietny, stary; ten dobry chłopczyna, Wszakto moja na świecie pocięcha jedyna, Przyszły dziedzic fortunki mojéj. Z łaski nieba Zostawię mu kęs niezły szlacheckiego chleba; Już mu też czas obmyśleć los, postanowienie: Ale zważajno Aśćka moje utrapienie! Wiesz że Pan Jacek brat mój, Tadeusza ociec Dziwny człowiek, zamiarów jego trudno dociec, Niechce wracać do kraju, Bóg wié gdzie się kryje, Nawet niechęć synowi oznajmić że żyje, A ciągle nim zarządza. Naprzód w legiony Chciał go posyłać; byłem okropnie zmartwiony. Potem zgodził się przecie by w domu pozostał I żeby się ożenił. Jużbyć żony dostał; Partyę upatrzyłem; nikt z obywateli Niewyrówna z imienia ani z parenteli Podkomorzemu; jego starsza córka Anna Jest na wydaniu, piękna i posażna Panna. Chciałem zagaić. -- Na to Telimena zbladła, Złożyła książkę, wstała nieco i usiadła.
Jak Mamę kocham, rzekła, czy to Panie bracie Jest w tém sens jaki, czy wy Boga w sercu macie? To myślisz Tadeusza zostać Dobrodziejem, Jeśli młodego chłopca zrobisz grykosiejem! Świat mu zawiążesz! wierz mi, kląć was kiedyś będzie! Zakopać taki talent w lasach i na grzędzie! Wierz mi, ile poznałam, pojętne to dziecie, Warto, żeby na wielkim przetarło się świecie; Dobrze brat zrobi gdy go do stolicy wyśle; Naprzykład do Warszawy? lub wié brat co myślę, Żeby do Peterburka? Ja pewnie téj zimy Pojadę tam dla sprawy; razem ułożymy Co zrobić s Tadeuszem; znam tam wiele osób, Mam wpływy: to najlepszy kreacyi sposób. Za mą pomocą znajdzie wstęp w najpierwsze domy, A kiedy będzie ważnym osobom znajomy, Dostanie urząd, order; wtenczas niech porzuci Służbę, jeżeli zechce, niech do domu wróci, Mając już i znaczenie i znajomość świata. I cóż brat myśli o tem? -- Jużci w młode lala, Rzekł Sędzia, nieźle chłopcu trochę się przewietrzyć, Obejrzeć się na świecie, między ludźmi przetrzéć; Ja za młodu niemało świata objechałem, Byłem w Piotrkowie, w Dobnie, to za trybunałem Jadąc jako palestrant, to własne swe sprawy Forytując, jeździłem nawet do Warszawy. Człek niemało skorzystał! chciałbym i synowca Wysłać pomiędzy ludzie, prosto jak wędrowca, Jak czeladnika który terminuje lata Ażeby nabył trochę znajomości świata. Nie dla rang, ni orderów! proszę uniżenie, Ranga moskiewska, order, cóż to za znaczenie? Któryż to z dawnych Panów, ba nawet dzisiejszych, Między szlachtą w powiecie nieco zamożniejszych, Dba o podobne fraszki; przecież są w estymie U ludzi, bo szanujem w nich ród, dobre imie, Albo urząd, lecz ziemski, przyznany wyborem Obywatelskim, nie zaś czyimś tam faworem. --
Telimena przerwała: «Jeśli brat tak myśli, Tém lepiej, więc go jako wojażom wyślij.»
Widzi siostra, rzekł Sędzia, skrobiąc smutnie głoę, Chciałbym bardzo, cóż kiedy mam trudności nowe! Pan Jacek niewypuszcza z opieki swéj syna, I przysłał mi tu właśnie na kark Bernardyna Robaka, który przybył s tamtéj strony Wisły, Przyjaciel brata, wszystkie wié jego zamysły; A wiec o Tadeusza już wyrzekli losie, I chcą by się ożenił, aby pojął Zosię, Wychowankę Wać Pani; oboje dostaną, Oprócz fortunki mojéj, z łaski Jacka wiano W kapitałach; wiesz Aśćka że ma kapitały I z łaski jego mam też fundusz prawie cały, Ma więc prawo rozrządzać -- Aśćka pomyśl o tém Żeby się to zrobiło najmniejszym kłopotem; Trzeba ich s sobą poznać. Prawda, bardzo młodzi, Szczególnie Zosia mała, leci to nic nieszkodzi; Czasby już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia, Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia.
Telimena zdziwiona i prawie wylękła, Podnosiła się coraz, na szalu uklękła, Zrazu słuchała pilnie, potém dłoni ruchem Przeczyła, ręką żwawo wstrząsając nad uchem, Odpędzając jak owad nieprzyjemne słowu Na powrót w usta mówcy --
«A! A! to rzecz nowa! Czy to Tadeuszowi szkodzi czy nieszkodzi, Rzekła z gniewem, sądź o tém sam W Pan Dobrodziéj, Mnie nic do Tadeusza, sami o nim radźcie, Zróbcie go ekonomem, lub w karczmie posadźcie, Niech szynkuje lub z lasu niech zwierzynę znosi: Z nim sobie co zechcecie zróbcie; lecz do Zosi? Co Wać Państwu do Zosi? ja jéj ręką rządzę, Ja sama. Że Pan Jacek dawał był pieniądze Na wychowanie Zosi i że jéj wyznaczył Małą pensyjkę roczną, więcéj przyrzec raczył; Toć jej jeszcze niekupił. Z resztą Państwo wiecie, I dotąd jeszcze o tém wiadomo na świecie, Że hojność Państwa dla nas nie jest bez powodu, Winni coś Soplicowie dla Horeszków rodu.» (Téj części mowy Sędzia słuchał z niepojętém Pomieszaniem, żałością i widocznym wstrętem; Jakby lękał się reszty mowy, głowę skłonił, I ręką potakując, mocno się zapłonił.)
Telimena kończyła: byłam jéj piastunką, Jestem krewną, jedyną Zosi opiekunką. Nikt oprócz mnie niebędzie myślił o jéj szczęściu -- A jeśli ona szczęście znajdzie w tém zamęściu? Rzekł Sędzia, wzrok podnosząc; jeśli Tadeuszka Podoba? -- Czy podoba? to na wierzbie gruszka; Podoba, niepodoba, a to mi rzecz ważna! Zosia niebędzie, prawda, partya posażna, Ale też niejest z lada wsi, lada szlachcianka, Idzie z Jaśnie Wielmożnych, jest Wojewodzianka, Rodzi się z Horeszkówny; małżonka dostanie! Staraliśmy się tyle o jéj wychowanie! Chybaby tu zdziczała -- Sędzia pilnie słuchał Patrząc w oczy; zdało się że się udobruchał, Bo rzekł dosyć wesoło: no to i cóż robić, Bóg widzi, szczérze chciałem interessu dobić; Tylko bez gniewu, jeśli Aśćka się niezgodzi, Aśćka ma prawo; smutno -- gniewać się nie godzi; Radziłem bo brat kazał, nikt tu nieprzymusza; Gdy Aśćka rekuzuje Pana Tadeusza, Odpisuję Jackowi że nie z mojéj winy, Niedojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny. Teraz sam będę radzić; pono s Podkomorzym Zagaimy swatostwo i resztę ułożym.
Przez ten czas Telimena ostygła z zapału: «Ja nie nierekuzuję, braciszku, pomału! Sam mówiłeś że jeszcze za wcześnie -- zbyt młodzi -- Rospatrzmy się, czekajmy, nic to niezaszkodzi, Poznajmy s sobą Państwa młodych; będziem zważać, Niemożna szczęścia drugich tak na traf narażać: Ostrzegam tylko wcześnie, niech brat Tadeusza Nienamawia, kochać się w Zosi nieprzymusza, Bo serce niejest sługa, niezna co to pany, I nieda się przemocą okuwać w kajdany. --
Zaczém Sędzia powstawszy odszedł zamyślony; Pan Tadeusz s przeciwnéj przybliżył się strony. Udając że szukanie grzybów tam go zwabia; W tymże kierunku zwolna posuwa się Hrabia.
Hrabia podczas Sędziego sporów s Telimeną Stał za drzewami, mocno zdziwiony tą sceną; Dobył s kieszeni papier i ołówek, sprzęty Które zawsze miał s sobą, i na pień wygięły Rospiąwszy kartkę, widać że obraz malował, Mówiąc sam s sobą: Jakbyś umyślnie grupował, Ten na głazie, ta w trawie, grupa malownicza! Głowy charakterowe! s kontrastem oblicza!
Podchodził, wstrzymywał się, lornetkę przecierał, Oczy chustką obwiewał i coraz spozierał -- Miałożby to cudowne, śliczne widowisko Zginąć albo zmienić się gdy podejdę blisko? Ten aksamit traw, będzież to mak i botwinie? W Nimfie téj czyż obaczę jaką ochmistrzynię?
Choć Hrabia Telimenę już dawniej widywał W domu Sędziego, w którym dosyć często bywał, Lecz mało ją uważał; zadziwił się z razu, Rozeznając w niéj model swojego obrazu. Miejsca piękność, postawy wdzięk i gust ubrania, Zmieniły ją, zaledwo była do poznania. W oczach świeciły jeszcze niezagasłe gniewy; Twarz ożywiona wiatru świeżemi powiewy, Sporem s Sędzią i nagłym przybyciem młodzieńców, Nabrała mocnych, żywszych niż zwykłe rumieńców.
Pani, rzekł Hrabia, racz méj śmiałości darować, Przychodzę i przepraszać i razem dziękować. Przepraszać, że jéj kroków śledziłem ukradkiem; I dziękować, że byłem jéj dumania świadkiem; Tyle ją obraziłem! winienem jéj tyle! Przerwałem chwilę dumań: winienem ci chwile Natchnienia! chwile błogie! potępiaj człowieka, Ale sztukmistrz twojego przebaczenia czeka! Na wielem się odważył, na więcéj odważę! Sądź! tu ukląkł i podał swoje peizaże.
Telimena sądziła malowania próby Tonem grzecznéj lecz sztukę znającéj osoby; Skąpa w pochwały lecz nieszczędziła zachętu, Brawo, rzekła, winszuję, niemało talentu. Tylko Pan niezaniedbuj; szczególniéj potrzeba Szukać pięknéj natury! O szczęśliwe nieba Krajów włoskich! różowe Cezarów ogrody! Wy klassyczne Tyburu spadające wody! I straszne Pauzylipu skaliste wydroże! To Hrabio kraj malarzów! u nas żal się Boże. Dziecko muz w Soplicowie oddane na mamki Umrze pewnie. Mój Hrabio, oprawię to w ramki, Albo w Album umieszczę do rysunków zbiorku, Które zewsząd skupiałam: mam ich dosyć w biorku.
Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach, Morskich szumach, i wiatrach wonnych, i skał sczytach, Mieszając tu i ówdzie, podróżnych zwyczajem, Śmiéch i urąganie się nad oyczystym krajem.
A przecież w około nich ciągnęły się lasy Litewskie! tak poważne, i tak pełne krasy! -- Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem, Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem, Leszczyna jak menada z zielonemi berły, Ubranemi jak w grona, w orzechowe perły; A niżéj dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin, Ożyna czarne usta tuląca do malin. Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce, Jak do tańca stojące panny i młodzieńce, W koło pary małżonków. Stoi pośród grona Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona Wysmukłością kibici i barwy powabem, Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem, A daléj jakby starce na dzieci i wnuki Patrzą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki, Tam matrony topole, i mechami brodaty Dąb włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty, Wspiera się jak na grobów połamanych słupach, Na dębów, przodków swoich skamieniałych trupach.
Pan Tadeusz kręcił się nudząc niepomału Długą rozmową, w któréj niemogł brać udziału; Aż gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje, I wyliczać s kolei wszystkich drzew rodzaje: Pomarańcze, cyprysy, oliwki, migdały, Kaktusy, aloesy, mahonie, sandały, Cytryny, bluszcz, orzechy włoskie, nawet figi, Wysławiające ich kształty, kwiaty i łodygi, Tadeusz nieprzestawał dąsać się i zżymać, Nakoniec niemógł dłużéj od gniewu wytrzymać.
Był on prostak, lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia, I patrząc w las ojczysty, rzekł pełen natchnienia: «Widziałem w botanicznym Wileńskim ogrodzie, Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie I na południu, w owéj pięknéj Włoskiej ziemi; Któreż równać się może z drzewami naszemi? Czy aloes z długiemi jak konduktor pałki? Czy cytryna karlica z złocistemi gałki? Z liściem lakierowanym krótka i pękata, Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata? Czy zachwalony cyprys długi, cienki, chudy! Co zdaje się być drzewem nie smutku lecz nudy; Mówią że bardzo smutnie wygląda na grobie, Jest to jak lokaj niemiec we dworskiéj żałobie, Nieśmiejący rąk podnieść, ani głowy skrzywić, Aby się etykiecie niczém niesprzeciwić.
Czyż nie piękniejsza nasza, poczciwa brzezina, Która, jako wieśniaczka kiedy płacze syna Lub wdowa męża, ręce załamie, rostoczy Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy! Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha! Czemuż Pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha, Niemaluje drzew naszych pośród których siedzi? Prawdziwie, będą s Pana żartować sąsiedzi, Ze mieszkając na żyznéj Litewskiéj równinie, Malujesz tylko jakieś skały i pustynie.
Przyjacielu, rzekł Hrabia! piękne przyrodzenie Jest formą, tłem, materyą, a duszą natchnienie Które na wyobraźni unosi się skrzydłach, Poleruje się gustem, wspiera na prawidłach. Niedość jest przyrodzenia, niedosyć zapału, Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału! Niewszystko co jest piękne wymalować da się! Dowiesz się o tém wszysykiem s książek w swoim czasie. Co się tycze malarstwa: do obrazu trzeba Punktów widzenia, grupy, ansemblu i nieba, Nieba włoskiego! stąd też w kunszcie peizażów, Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów. Stąd też oprócz Brejgela, lecz nie Van der Helle Ale pejzażysty (bo są dwaj Brejgele) J oprócz Ruisdalla, na całéj północy Gdzież był pejzażysta który pierwszéj mocy? Niebios, niebios potrzeba. -- Nasz malarz Orłowski, Przerwała Telimena, miał gust Soplicowski. (Trzeba wiedzieć że to jest Sopliców choroba, Ze im oprócz Ojczyzny nic się niepodoba) Orłowski który życie strawił w Peterburku, Sławny malarz, (mam jego kilka szkiców w biórku) Mieszkał tuż przy Cesarzu, na dworze, jak w raju, A nieuwierzy Hrabia jak tęsknił po kraju, Lubił ciągle wspominać swéj młodości czasy, Wystawiał wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy...
I miał rozum, zawołał Tadeusz z zapałem: Te państwa niebo Włoskie, jak o niém słyszałem, Błękitne, czyste, wszak to jak zamarzła woda; Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda? U nas dość głowę podnieść, ileż to widoków! Ileż scen i obrazów s saméj gry obłoków! Bo każda chmura inna: na przykład jesienna Pełźnie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna, I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi. Chmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci Krągła, ciemno-błękitna, w środku żółto świeci, Szum wielki słychać w koło: nawet te codzienne, Patrzcie Państwo, te białe chmurki, jak odmienne! Z razu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi, A s tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi: Ściskają się, grubieją, rosną, nowe dziwy! Dostają krzywych karków, rospuszczają grzywy, Wysuwają nóg rzędy, i po niebios sklepie Przelatują jak tabun rumaków po stepie: Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się -- nagle Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle, Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie Cicho, zwolna, po niebios błękitnéj równinie!
Hrabia i Telimena poglądali w górę; Tadeusz jedną ręką pokazał im chmurę, A drugą ścisnął zlekka rączkę Telimeny; Kilka już upłynęło minut cichéj sceny; Hrabia rozłożył papier na swym kapieluszu, I wydobył ołówek: wtem przykry dla uszu Odezwał się dzwon dworski, i zaraz śród lasu Głuchego, pełno było krzyku i hałasu.
Hrabia kiwnąwszy głową, rzekł poważnym tonem: Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem. Rachunki myśli wielkiéj, plany wyobraźni, Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni, Wylania się serc czułych! gdy śpiż zdala ryknie, Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie! Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie, «Cóż zostaje?» a ona mu rzekła: «wspomnienie» I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek, Podała mu urwany kwiatek niezabudek. Hrabia go ucałował i na pierś przyśpilał, Tadeusz z drugiej strony krzak ziela roschylał, Widząc że się ku niemu tém zielem przewija Coś białego, była to rączka jak lilija: Pochwycił ją, całował, i usty po cichu Utonął w niéj jak pszczoła w lilii kielichu; Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały Papier w trąbkę zwiniony, był to listek mały; Porwał, schował w kieszenie, niewié co klucz znaczy, Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.
Dzwon wciąż dzwonił, i echem i głębi cichych lasów Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów; Odgłos to był szukania i nawoływania, Hasło zakończonego na dziś grzybo-brania, Odgłos nie smutny wcale, ani pogrzebowy Jak się Hrabiemu zdało, owszem obiadowy. Dzwon ten w każde południe krzyczący s poddasza, Gości i czeladź domu na obiad zaprasza: Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju, I zostało się w domu Sędziego. Więc z gaju Wychodziła gromada niosąca krobeczki, Koszyki, uwiązane końcami chusteczki, Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły Jako wachlarz zwiniony, _borowik_ rozrosły, W drugim związane razem, jakby polne kwiatki _Opieńki_, i rozlicznéj barwy _Surojadki_. Wojski miał muchomora. S próżnemi przychodzi Rękami Telimena, z nią Panicze młodzi.
Goście weszli w porządku i stanęli kołem: Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem, Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży. Obok stał kwestarz; Sędzia tuż przy bernardynie. Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie, Podano w kolej wódkę, zaczem wszyscy siedli, I chołodziec litewski, milczkiem, żwawo jedli.
Obiadowano ciszéj niż się zwykle zdarza, Nikt niegadał pomimo wezwań gospodarza. Strony biorące udział w wielkiéj o psów zwadzie Myśliły o jutrzejszéj walce i zakładzie; Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza. Telimena mówiąca wciąż do Tadeusza, Musiała ku Hrabiemu nieraz się się odwrócić, Nawet na Assessora nieraz okiem rzucić: Tak ptasznik patrzy w sidło kędy szczygły zwabia I razem w pastkę wróblą. Tadeusz i Hrabia Obadwa radzi s siebie, obadwa szczęśliwi, Oba pełni nadziei, więc niegadatliwi. Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie Czy ów kluczyk nieuciekł, ręką nawet chwytał I kręcił kartkę której dotąd nieprzeczytał. Sędzia Podkomorzemu węgrzyna, szampana Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana, Ale do rozmawiania z nim niemiał ochoty I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.
Przemijały w milczeniu talerze i dania: Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania Gość niespodziany, szybko wpadając gajowy; Niezważał nawet że czas właśnie obiadowy, Podbiegł do Pana; widać s postawy i z miny Że ważnéj, i niezwykłéj jest posłem nowiny. Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie. On odetchnąwszy nieco, rzekł: Niedźwiedź Mospanie! Resztę wszyscy odgadli; że zwierz z _matecznika_ Wyszedł, że w Zaniemieńską puszczę się przemyka, Że go trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali, Choć ani się radzili, ani namyślali -- Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów, Z gestów żywych, z wydanych rozlicznych roskazów, Które wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu Dążyły przecież wszystkie do jednego celu.
Na wieś! zawołał Sędzia, hej konno, setnika, Jutro na brzask obława, lecz na ochotnika; Kto wystąpi z osczepem, temu z robocizny Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny.
Wskok, krzyknął Podkomorzy, okulbaczyć siwą, Dobiedz w cwał do mojego dwom; wziąć co żywo Dwie pijawki, które w całej okolicy słyną, Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną; Zakneblować im pyski, zawiązać je w miechu J przystawić ie tutaj konno dla pośpiechu. «Wańka! krzyknął na chłopca Assessor po rusku, Tasak mój Sanguszkówski pociągnąć na brusku: Wiesz, tasak co od Księcia miałem w podarunki; Pas opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku. «Strzelby, krzyknęli wszyscy, mieć na pogotowiu. Assessor wołał ciągle ołowiu, ołowiu! Formę do kul nam w torbie. -- Do Księdza Plebana Dać znać, dodał Pan Sędzia, żeby jutro zrana Mszę miał w kaplicy leśnéj; króciuchna offerta Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta.
Po wydanych roskazach nastało milczenie; Każdy dumał i rzucał do koła wejrzenie, Jak gdyby kogoś szukał; zwolna wszystkich oczy Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy: Znak to był że szukają na przyszłą wyprawę Wodza, i że Wojskiemu oddają buławę. Wojski powstał, zrozumiał towarzyszów wolę, I uderzywszy ręką poważnie po stole, Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka, Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka. Jutro rzekł, pół do piątéj, przy leśnéj kaplicy Stawią się bracia strzelcy, wiara obławnicy.
Rzekł i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy; Oni obmyślić mają i urządzić łowy.
Tak wodze gdy na jutro bitwę zapowiedzą, Żołnierze po obozie broń czyszczą i jedzą, Lub na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu; A wodze śród cichego dumają namiotu.
Przerwał się obiad, dzień sszedł na kowaniu koni, Karmieniu psów, zbieraniu i czyszczeniu broni, U wieczerzy zaledwo kto przysiadł do stoła; Nawet strona Kusego s partyą Sokoła, Przestała dawnym wielkim zatrudniać się sporem: Pobrawszy się pod ręce Rejent z Assessorem Wyszukują ołowiu. Reszta spracowana Szła spać wcześnie, żeby przebudzić się z rana.
KSIĘGA CZWARTA.
DYPLOMATYKA I ŁOWY
TREŚĆ.
Zjawisko w papilotach budzi Tadeusza -- Zapóźne postrzeżenie omyłki -- Karczma -- Emissaryuz -- Zręczne użycie tabakiery zwraca dyskusye na właściwą drogę -- Matecznik -- Niedźwiedź -- Niebezpieczeństwo Tadeusza i Hrabiego -- Trzy strzały -- Spor Sagalasówki s Sangunkówką rosstrzygniony na stronę jednorórki Horeszkowskiéj -- Bigos -- Wojskiego powieść o pojedynku Dowejki z Domejką, przerwana szczuciem kota -- Koniec powieści o Dowejce i Domejce.