Part 3
Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki. Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki, Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie, Odezwały się trąby, otworzono psiarnie; Zgraja chartów wypadłszy wesoło skowycze; Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze, Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze, Potém biegą i kładą szyje na obroże: Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży; Nareszcie Podkomorzy dał roskaz podróży.
Ruszyli szczwacze zwolna, jeden tuż za drugim, Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim; W środku jechali obok Assessor z Rejentem, A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem, Rozmawiali przyjaźnie jak ludzie honoru Idąc na rostrzygnienie śmiertelnego sporu; Nikt ze słów zawziętości ich poznać niezdoła. Pan Rejent wiodł Kusego, Assessor Sokoła. S tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami Czwałując tuż przy kołach gadali z damami.
Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem Na Pana Tadeusza, marszczył się, uśmiéchał, Wreście kiwnął nań palcem, Tadeusz podjechał; Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby: Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby Ażeby mu wyraźnie co chce wytłumaczył, Bernardyn odpowiedziéć, ni spójrzéć nieraczył, Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył; Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.
Właśnie w ten czas myśliwi smycze zatrzymali I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali; Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia, A wszyscy obrócili oczy do kamienia Nad którym stał Pan Sędziu, on zwierza obaczył I rąk skinieniem swoje roskazy tłumaczył. Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli Assessor i Pan Rejent kłusują powoli; Tadeusz będąc bliższy obudwu wyprzedził, Stanął obok Sędziego i oczyma śledził. Dawno już nie był w polu; na szaréj przestrzeni Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni. Pokazał mu Pan Sędzia; siedział biedny zając Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając, Okiem czerwoném spotkał myśliwców wejrzenie, I jakby urzeczony, czując przeznaczenie Ze strachu od ich oczu niemógł zwrócić oka, I pod opoką siedział martwy jak opoka. Tym czasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj. Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokół chyży, Tuż Assessor z Rejentem, razem wrzaśli s tyłu: «Wyczha, wyczha» i s psami znikli w kłębach pyłu.
Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem Ukazał się Pan Hrabia pod zamkowym lasem. Wiedziano w okolicy, że ten Pan niemoże Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonéj porze, I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził, Widząc myśliwców w polu czwałem do nich pędził Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi, Połami na wiatr puścił; s tyłu konno sługi W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśnących, małych, W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych: Sługi które Pan Hrabia tym kształtem odzieje, Nazywają się w jego pałacu, dżokeje.
Czwałująca czereda zleciała na błonia, Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia. Pierwszy raz widział zamek z rana, i niewierzył Że to były też same mury, tak odświeżył I upięknił poranek zarysy budowy; Zadziwił się Pan Hrabia na widok tak nowy. Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca, Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych, Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych; Niższe piętra oblała tumanu powłoka, Rospadliny i szczerby zakryła od oka. Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany; Przysiągłbyś że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną Mury odbudowano i znów zaludniono
Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe, Zwał je romansowemi; mawiał że ma głowę Romansową, w istocie był wielkim dziwakiem. Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem, Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie, Jak kot gdy ujrzy wróble na wysokiéj sośnie; Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju, Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem, Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzec okiem. Takie były Hrabiego dziwne obyczaje, Wszyscy mówili że mu czegoś nic dostaje. Szanowano go przecież, bo pan s prapradziadów, Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów; Nawet dla żydów.
Hrabski koń zwrócony z drogi, Prosto kłusował polem aż pod zamku progi. Hrabia samotny wzdychał, poglądal na mury, Wyjął papier, ołówek i kreślił figury. Wtém spójrzawszy w bok ujrzał o dwadzieścia kroków Człowieka, który równie miłośnik widoków, Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie, Zdawało się że liczył oczyma kamienic. Poznał go zaraz, ale musiał kilkn razy Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy. Szlachcic to był służący dawnych zamku panów, Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów; Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwa, zdrową, Marszczkami pooraną, posępną, surową. Dawniéj pomiędzy szlachtą z wesołości słynął; Ale od bitwy w któréj dziedzic zamku zginął, Gerwazy się odmienił, i już od lat wielu Ani był na kiermaszu, ani na weselu; Odtąd jego dowcipnych żartów niesłyszano, I uśmiechu na jego twarzy niewidziano. Zawsze nosił Horeszków liberją dawną. Kurtę s połami żółtą, galonem oprawną, Który dziś żółty dawniéj zapewne był złoty. W koło szyte jedwabiem herbowne klejnoty Półkozice, i stąd też cała okolica Półkozicem przezwała starego szlachcica. Czasem też od przysłowia, które bez ustanku Powtarzał, nazywano go także Mopanku, Czasem Szczerbcem, że całą łysinę miał w szczerbach; Lecz on zwał się Rębajło a o jego herbach Niewiadomo. Klucznikiem siebie tytułował, Iż ten urząd na zamku przed laty piastował. I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem, Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem. Choć nie miał co otwierać; bo zamku podwoje Stały otworem; przecież wynalazł drzwi dwoje. Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił, I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił W jednéj z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie; Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie, Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym, Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.
Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił, I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił Chyląc łysinę wielką, świecącą zdaleka, I naciętą od licznych kordów jak nasieka. Gładził ją ręką, podszedł, i jeszcze raz nisko Skłoniwszy się, rzekł smutnie: Mopanku, panisko Daruj mnie że tak mówię Jaśnie Grafie Panie, To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie: «Mopanku» powiadali wszyscy Horeszkowie, Ostatni Stolnik pan mój miał takie przysłowie; Czyż to prawda Mopanku że pan grosza skąpisz Na proces, i ten zamek Soplicom ustąpisz; Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać. Tu poglądając w zamek nie przestawał wzdychać.
Cóż dziwnego, rzekł Hrabia, koszt wielki a nuda Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda Upiera się; przewidział że mię znudzić może: Dłużéj też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę, Przyjmę warunki zgody jakie mi sąd poda. Zgody? krzyknął Gerwazy, s Soplicami zgoda, S Soplicami Mopanku? tu mówiąc wykrzywił Usta, jakby nad własną mową się zadziwił. Zgoda i Soplicowic! Mopanku Panisko Pan żartuje, co? Zamek Horeszków siedlisko Ma pójść w ręce Sopliców? niech pan tylko raczy Ssiąść s konia, pódżmy w tamek, niech no pan obaczy. Pan sam nie wie co robi, niech się pan nie wzbrania, Ssiadaj Pan -- i przytrzymał strzemię do ssiadania.
Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni: Tu, rzekł, dawni panowie dworem otoczeni, Często siadali w krzesłach w poobiedniéj porze. Pan godził spory włościan; lub w dobrym homurze Gościom różne ciekawe historye prawił, Albo ich powieściami i żarty się bawił. A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty, Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty.
Weszli w sień. -- Rzekł Gerwazy, w téj ogromnéj sieni Brukowanéj, nie znajdziesz Pan tyle kamieni, Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach; Szlachta ciągnęła kufy s piwnicy na pasach, Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy, Albo na imieniny Pańskie, lub na łowy. Podczas uczty na chorze tym kapela stała I w organ i w rozliczne instrumenty grała; A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym Grzmiały s choru; wiwaty szły ciągiem porządnym -- Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości, Potém Prymasa, potém królowej Jéjmości, Potém Szlachty i całéj Rzeczypospolitéj; A nakoniec po piątéj szklanicy wypitéj, Wnoszono Kochajmy się, wiwat bez przestanku, Który dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku; A już gotowe stały cugi i podwody, Aby każdego odwieść do jego gospody.
Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu, Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą; Czasem jakby chciał mówić «wszystko się skończyło» Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką. Widać że mu wspomnienie samo było męką, I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali Na górze, w wielkiéj, niegdyś zwierciadlanéj sali; Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy, Okna bet szyb, s krużgankiem wprost naprzeciw bramy. Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił, Miała wyraz żałości wielkiéj i rospaczy. Hrabia chociaż niewiedział co to wszystko znaczy, Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie, Rękę mu scisnął; chwilę trwało to milczenie. Przerwał je starzec trzęsąc wzniesioną prawicą: «Niemasz zgody Mopanku pomiędzy Soplicą I krwią Horeszków; w Panu krew Horeszków płynie, Jesteś krewnym Stolnika, po matce Łowczynie, Która się rodzi z drugiéj córki Kasztelana, Który był jak wiadomo, wujem mego Pana, Słuchaj Pan historyi swéj własnéj rodzinnéj, Która się stała właśnie w téj izbie, nie innéj.
«Nieboszczyk Pan mój Stolnik, pierwszy Pan w powiecie, Bogacz i familiant, miał jedyne dziecie, Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało Stolnikównie i szlachty i paniąt niemało. Między szlachtą był jeden wielki paliwoda, Kłótnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie, I trzystu ich kreskami rządził wedle woli, Chód sam nic nieposiadał prócz kawałka roli, Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha. Owoż Pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików, Popularny dla jego krewnych i stronników. Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawém przyjęciem, Że mu się uroiło zostać Pańskim zięciem. Do zamku nieproszony coraz częściéj jeździł, W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano, I czarną mu poléwkę do stołu podano. Podobno Stolnikownie wpadł Soplica w oko, Ale przed rodzicami taiła głęboko.
«Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał Prawo trzeciego maja, i już szlachtę zbierał. Aby Konfederatom ciągnąć ku pomocy, Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy: Ledwie był czas z moździerza na trwogę wypalić, Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić. W zamku całym był tylko Pan Stolnik, ja, Pani, Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali; Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali Krzycząc ura, od bramy wali po tarasie; My im ze strzelb dziesięciu palnęli «a zasie» Nic tam niebyło widać; słudzy bez ustanku Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku. Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiéj trwodze Dwadzieścia strzelb leżało tu na téj podłodze, Wystrzeliliśmy jedną, podawano druga, Ksiądz Proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą. J Pani i Panienka i nadworne Panny; Trzech było strzelców a szedł ogień nieustanny; Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury, My zrzadka, ale celniéj dogrzewali z góry. Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło, Ale za każdym razem trzech nogi zadarło, Wiec uciekli pod lamus; a już był poranek. Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek, I skoro s pod lamusa moskal łeb wychylił, On dawał zaraz ognia a nigdy nie mylił, Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał, I już się rzadko który z za ściany wykradał. Stolnik widząc strwożone swe nieprzyjaciele, Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę I z ganku krzycząc sługom wydawał roskazy; Obróciwszy się do mnie rzekł; za mną Gerwazy! Wtém strzelono s pod bramy, Stolnik się zająknął, zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął; Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same, Pan słaniając się palcem ukazał na bramę. Poznałem tego łotra Soplicę! poznałem! Po wzroście i po wąsach! jego to postrzałem Zginął Stolnik, widziałem! łotr jeszcze do góry Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury! Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały! Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały Chybiły; czym ze złości czy z żalu źle mierzył. Usłyszałem wrzask kobiet, spojrzałem, -- pan nieżył.»
Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał, Potém rzekł kończąc: «Moskal już wrota wywalał; Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie, I nie wiedziałem co się działo w około mnie; Szczęściem na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz Przywiódłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz, Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka, A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.
Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy, Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy, Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie Syna, któryby zemstę poprzysiągł na grobie! Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany Obmoczyłem mój rapier scyzorykiem zwany, (Zapewne Pan o moim słyszał scyzoryku, Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku) Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach, Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach; Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku; Jednego podpaliłem w drewnianym budynku. Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze, Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został, Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał! Rodzoniutki braciszek owego wąsala, Żyje dotąd, i s swoich bogactw się przechwala, Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią, Szanowany w powiecie, ma urząd, jest Sędzią! I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi Mają krew Pana mego zetrzeć s téj podłogi? O nie! póki Gerwazy ma choć za grosz duszy, I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie! Póty Soplica tego zamku nie dostanie!.»
«O! Krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry! Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury! Choć nie wiedziałem że w nich taki skarb się mieści, Tyle scen dramatycznych, i tyle powieści! Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię, Ciebie osadzę w murach jak mego Burgrabię: Twoja powieść Gerwazy zajęła mię mocno. Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną; Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach, A tybyś mi o krwawych rospowiadał czynach. Szkoda że nasz nie wielki dar opowiadania! Nie raz takie słyszałem, i czytam podania; W Anglii i w Szkocyi każdy zamek Lordów, W Niemczech każdy dwór Grafów, był teatrem mordów! W każdej dawnéj, szlachetnéj, potężnéj rodzinie Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czym. Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku: W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku. Czuję że we mnie mężnych krew Horeszków płynie! Wiem co winienem sławie i mojéj rodzinie, Tak! muszę zerwać wszelkie s Soplicą układy, Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady! Honor każe» Rzekł, ruszył uroczystym krokiem, A Gerwazy szedł s tyłu w milczeniu głębokiém. Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał, Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał, Tak samotną rozmowę kończąc rostargnionv: «Szkoda że ten Soplica stary nie ma żony! Lub córki pięknéj, któréj ubóstwiałbym wdzięki! Kochając i niemogąc otrzymać jéj ręki; Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość: Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!»
Tak szepcąc spiął ostrogi, koń leciał do dworu, Gdy zdrugiéj strony strzelcy wyjeżdżali z boru; Hrabia lubił myśliwstwo, ledwie strzelców zoczył, Zapomniawszy o wszystkiém prosto ku nim skoczył, Mijając bramę, ogród, płoty; gdy w zawrocie Obejrzał się, i konia zatrzymał przy płocie; Był sad --
Drzewa owocne zasadzone, w rzędy Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy. Tu kapusta sędziwe schylając łysiny, Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny; Tam plącząc strąki w marchwi zielonéj warkoczu Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu; Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza; Gdzie niegdzie otyłego widać brzuch harbuza. Który od swéj łodygi aż w daleką stronę Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.
Grzędy roscięte miedzą; na każdym przykopie Stoją jakby na straży, w szeregach konopie, Cyprysy jarzyn; ciche, proste i zielone, Jch liście i woń służą grzędom za obronę, Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija, A ich woń gąsienice i owad zabija. Daléj maków białawe górują badyle, Na nich, myślisz iż rojem usiadły motyle Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni; Tylą farb żywych, różnych, mak zrzenicę mami. W środku kwiatów jak pełnia pomiędzy gniazdami Krągły słonecznik, licem wielkiém, gorejącém, Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.
Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki, Bez drzew, krzewów i kwiatów; ogród na ogórki. Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym, Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym. Pośrodku, szła dziewczyna, w bieliznę ubrana, W majowéj zieloności tonąc po kolana; Z grząd zniżając się w brózdy, zdała się nie stąpać, Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać. Słomianym kapeluszem osłoniła głowę, Od skroni powiewały dwie wstążki różowe I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy; Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy, Prawą rękę podniosła, niby do chwytania; Jako dziewcze gdy rybki w kąpieli ugania Bawiące się z jéj nóżką, tak ona co chwila Z rekami i koszykiem po owoc się schyla Który stopą nadtrąci, lub dostrzeże okiem.
Pan Hrabia zachwycony tak cudnym widokiem, Stał cicho. Słysząc tentent towarzyszów w dali, Ręką dał znak ażeby wstrzymać konie; stali. On patrzył z wyciągniętą szyją; jak dziobaty Żuraw, zdala od stada gdy odprawia czaty Stojąc na jednéj nodze, s czujnemi oczyma, I by niezasnąć kamień w drugiéj nodze trzyma.
Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni; Był to bernardyn kwestarz Robak, a miał w dłoni Podniesione do góry węzłowate sznurki: Ogórków chcesz Waść, krzyknął, oto masz ogórki. Wara Panie od szkody, na tutejszéj grzędzie Nie dla Waszeci owoc, nic s tego nie będzie -- Potém palcem pogroził, kaptura poprawił, I odszedł; Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił, Śmiejąc się i klnąc razem téj nagłéj przeszkodzie; Okiem powrócił w ogród; ale już w ogrodzie Niebyło jéj; mignęła tylko śród okienka Jéj różowa wstążeczka i biała sukienka. Widać na grzędach jaką przeleciała drogą, Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą, Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił, Jak woda którą ptaszek skrzydłami roskroił. A na miejscu gdzie stała, tylko porzucony Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony. Pogubiwszy owoce na liściach zawisał, I wśród fali zielonéj jeszcze się kołysał.
Po chwili wszędzie było samotnie i głucho; Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho, Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie Za nim stali. -- Aż w cichym i samotnym domie Wszczął się naprzód szmer, potém gwar i krzyk wesoły, Jak w ulu pustym kiedy weń wiatają pszczoły: Był to znak że wracali goście s polowania, I krzątała się służba około śniadania.
Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki, Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki; Męszczyzni tak jak weszli, w swych zielonych strojach, S talerzami, s szklankami, chodząc po pokojach, Jedli, pili, lub wsparci na okien uszakach, Rosprawiali o flintach, chartach i szarakach; Podkomorstwo i Sędzia przy stole; a w kątku Panny szeptały s sobą; niebyło porządku, Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa, Była to w staropolskim domie moda nowa; Przy śniadaniach, Pan Sędzia choć nuierad pozwalał Na taki nieporządek, lecz go niepochwalał.
Różne też były dla dam i męszczyzn potrawy: Tu roznoszono tace s całą służbą kawy, Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane, Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane, I s porcelany saskiej złote filiżanki, Przy każdéj garnuszeczek mały do śmietanki. Takiéj kawy jak w Polszcze niema w żadnym kraju: W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju, Jest do robienia kawy osobna niewiasta, Nazywa się Kawiarka; ta sprowadza z miasta, Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku, I zna tajne sposoby gotowania trunku, Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu, Zapach moki i gęstość miodowego płynu. Wiadomo, czém dla kawy jest dobra śmietana, Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie, I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie Do każdéj filiżanki w osobny garnuszek, Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.
Panie starsze już wcześniéj wstawszy piły kawę, Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę Z gorącego, śmietaną bielonego piwa, W którym twarog gruzłami posiekany pływa.
Zaś dla męsczyzn więdliny leżą do wyboru. Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru, Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym Uwędzone w kominie dymem jałowcowym; W końcu, wniesiono zrazy na ostatnie danie: Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.
We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona: Starszyzna przy stoliku małym zgromadzona Mówiła o sposobach nowych gospodarskich, O nowych coraz sroższych ukazach cesarskich. Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski Oceniał, i wyciągał polityczne wnioski. Panna Wojska włożywszy okólary sine, Zabawiała kabałą s kart Podkomorzynę. W drugiéj izbie toczyła młodzież rzecz o łowach. W spokojniejszych i cichszych niż zwykle rozmowach; Bo Assessor i Rejent, oba mówcy wielcy, Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy, Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni; Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny Znalazł się zagon chłopskiej, niezżętéj jarzyny; Tam wpadł zając: już Kosy, już go Sokół imał, Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał; Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie; Psy powróciły same: i nikt pewnie niewié, Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć niezdoła, Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła, Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony, I spór na dalsze czasy trwał nierostrzygniony.
Wojski stary od izby do izby przechodził. Po obu stronach oczy rostargnione wodził, Niemieszał się w myśliwych, ni w starców rozmówę, I widać że czém innem zajętą miał głowę; Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie. Duma długo, i -- muchę zabije na ścianie.
Tadeusz s Telimeną pomiędzy izbami Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami; Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział, Wiec szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział: Ze ciocia Telimena jest bogata Pani, Ze niesą kanonicznie s sobą powiązani Zbyt bliskiém pokrewieństwem; i nawet niepewno Czy ciocia Telimena jest synowca krewną, Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę; Że potém ona żyjąc w stolicy czas długi Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi; Stąd ją Sędzia szanował bardzo, i przed światem Lubił może s próżności, nazywać się bratem, Czego mu Telimena przez przyjaźń niewzbrania. Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania. Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli; A wszystko to się stało w jednéj krótkiéj chwili.
Ale w izbie na prawo, kusząc Assessora Rzekł Rejent mimojazdem: ja mówiłem wczora, Że polowanie nasze udać się niemoże: Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże, I mnóstwo sznurów chłopskiej niezżętéj jarzyny; Stąd i Hrabia nięprzybył mimo zaprosiny, Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się, Nieraz gadał o łowów i miejscu i czasie; Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa, I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa Polować tak jak u nas, bez żadnego względu Na artykuły ustaw, przepisy urzędu; Nieszanując niczyich kopców ani miedzy Jeździć po cudzym gruncie, bez dziedzica wiedzy; Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje, Zabijać nieraz lisa właśnie gdy linieje, Albo cierpieć iż kolną samicę zajęczą Charty w runi uszczują, a raczéj zamęczą, Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali, Że cywilizacja większa u Moskali; Bo tam o polowaniu są ukazy Cara I dozor policyi i na winnych kara.