Pan Tadeusz Czyli Ostatni Zajazd na Litwie. Historja Szlachecka z r. 1811 i 1812 we Dwunastu Księgach Wierszem

Part 2

Chapter 23,719 wordsPublic domain

Tak mówiąc, spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków, Stary żołnierz, stał w bliskiéj wiosce na kwaterze, Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę. Ryków jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę, Lecz na wzmiankę Warszawy, rzekł podniosłszy głowę: «Pan Podkomorzy! Oj Wy! Pan zawsze ciekawy O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy! He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a popolsku umiem, -- Ojczyzna! ja to czuję wszystko, ja rozumiem! Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem, Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem, Często na awanpostach nasz s francuzem gada. Pije wódkę; jak krzykną ura! -- kanonada. Ruskie przysłowie: s kim się biję, tego lubię. Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie, Ja mówię, będzie wojna u nas. Do Majora Płuta Adjutant Sztabu przyjechał zawczora: Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka, Czy na Francuza; oj ten Bonapart figurka! Bez Suwarowa to on może nas wytuza. U nas w pułku gadano, jak szli na francuza. Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów Czarował; tak i były czary przeciw czarów. Baz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta, -- A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta, Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca, Daléj drzeć pazurami, a Suwarów w kuca. Obaczcież co się stało w końcu z Bonapartą» -- Tu Ryków przerwał i jadł; wtém s potrawą czwartą Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.

Weszła nowa osoba przystojna i młoda; Jéj zjawienie się nagłe, jéj wzrost i uroda, Jéj ubiór, zwrócił oczy, wszyscy ją witali, Prócz Tadeusza widać że ją wszyscy znali. Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną, Suknię materjalną różową jedwabną, Gors wycięły, kołnierzyk s korónek; rękawki Krótkie, w ręku kleciła wachlarz dla zabawki (Bo nie było gorąca), wachlarz pozłocisty Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty. Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi, W pukle, i przeplatane różowemi wstęgi, Pośród nich brylant, niby zakryły od oczu, Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu, Słowem ubior galowy; szeptali nie jedni, Ze zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni. Nóżek, chuć suknia krótka, oko nic zobaczy, Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéy Jako osobki, które na trzykrólskie święta Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta. Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem, Chciała usieść na miejscu sobie zostawioném. Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało, Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało, Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć; Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć, A potém między rzędem siedzących i stołem, Jak bilardowa kula toczyła się kołem, W biegu dotknęła blisko naszego młodziana; Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana Pośliznęła się nieco, i w tém roztargnieniu Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu. Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swém siadła Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła; Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek Poprawiała, to lekkiém dotknieniem się ręki Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.

Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery. Tymczasem, w końcu stoła naprzód ciche szmery, A potém się zaczęły wpółgłośne rozmowy; Męszczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy. Assesora z Rejentem wzmogła się uparta, Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta, Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił I utrzymywał, że on zająca pochwycił; Assesor zaś dowodził na złość Rejentowi, Że ta chwała należy chartu Sokołowi. Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła Brali stronę Kusego albo też Sokoła, Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki. Sędzia na drugim końcu do nowéj sąsiadki Rzekł półgłosem: przepraszam, musieliśmy siadać, Niepodobna wieczerzy na późniéj odkładać, Goście głodni, chodzili daleko na pole, Myśliłem że dziś z nami nie będziesz przy stole. To rzekłszy, s Podkomorzym przy pełnym kielichu O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.

Gdy tak były zajęte stołu strony obie, Tadeusz przyglądał się nieznanéj osobie; Przypomniał że za pierwszem na miejsce wejrzeniem Odgadnął zaraz, czyjém miało być siedzeniem. Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie; Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie! Więc było przeznaczono, by przy jego buku Usiadła owa piękność widziana w pomroku; Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza, Bo ubrana, a ubior powiększa i zmniejsza. I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty, A u téj krucze długie zwijały się sploty? Kolor musiał pochodzie od słońca promieni Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni. Twarzy w ów czas niedostrzegł, nazbyt rychło znikła, Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła; Myślił że pewnie miała czarniutkie oczęta, Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta; U téj znalazł podobne oczy, usta, lica; W wieku możeby była największa różnica; Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą, A Pani ta niewiastą już w latach dojrzałą; Lecz młodzież o piękności metrykę niepyta, Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta, Chłopcowi każda piękność zda się rowiennicą, A niewinnemu każda kochanka dziewicą.

Tadeusz chociaż liczył lat blisko dwadzieście, I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkiém mieście; Miał za dozorcę księdza który go pilnował I w dawnéj surowości prawidłach wychował. Tadeusz zatém przywiózł w strony swe rodzinne Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne; Ale razem nie małą chętkę do swywoli, Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli Używać na wsi, długo wzbronionej swobody; Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody; A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie. Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie Są jak wiadomo krzepcy, otyli i silni, Do żołnierki jedyni, w naukach mniéj pilni.

Tadeusz się od przodków swoich nieodrodził, Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził, Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił, Choć stryj na wychowanie niczego nieskąpił. On wolał z flinty strzelać, albo szablą robić. Wiedział że go myślano do wojska sposobić, Że Ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę; Ustawicznie do bębna tęsknił siedząc w szkole. Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił, Kazał aby przyjechał i aby się żenił, I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek Dać małą wieś, a potém, cały swój majątek.

Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnéj kobiety. Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką, Jego ramiona silne, jego pierś szeroką, I w twarz spójrzała, s której wytryskał rumieniec. Ilekroć z jéj oczyma spotkał się młodzieniec: Bo s pierwszéj lękliwości całkiem już ochłonął, I patrzył wzrokiem śmiałym w którym ogień płonął, Również patrzyła ona, i cztery źrenice Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.

Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę; Wracał z miasta, ze szkoły; więc o książki nowe, O autorów pytała Tadeusza zdania, I ze zdań wyciągała na nowo pytania; Cóż gdy potém zaczęła mówić o malarstwie, O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie! Dowiodła że zna równic pędzel, noty, druki; Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki, Lękał się, by niezostał pośmiewiska celem, I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem. Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi: Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi, Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach, O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach, I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić, By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić. Tadeusz odpowiadał śmieléj, szła rzecz daléj, W półgodziny już byli s sobą poufali; Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki. W końcu,stawiła przed nim trzy s chleba gałeczki, Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie; Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie, Sąsiadka zaśmiała się, lecz niepowiedziała Kogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała.

Inaczéj bawiono się w drugim końcu stoła, Bo tam wzmogłszy się nagle stronnicy Sokoła, Na partyę Kusego bez litości wsiedli: Spór był wielki, już potraw ostatnich niejedli. Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony, A najstraszniéj Pan Rejent był zacietrzewiony, Jak raz zaczął, bez przerwy ncci swoję tokował I gestami ją bardzo dobitnie malował. (Był dawniéj adwokatem Pan Rejent Bolesta, Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta.) Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie, S pod ramion wytknął palce i dłonie paznokcie. Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem, Właśnie rzecz kończył. «Wyczha, puściliśmy razem Ja i Assessor, razem, jakoby dwa kórki Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki; Wyezha, poszli, a tając jak strona, smyk w pole. Psy tuż, (to mówiąc ręce ciągnął wzdłuż po stole I palcami ruch chartów przedziwnie udawał) Psy tuż, i hec od lasu odsadzili kawał; Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec. Wysadził się przed kusym, o tyle, o palec. Wiedziałem że spudłuje, szarak gracz nielada, Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada; Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie, A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy, Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy Cap!!» Tak krzycząc Pan Rejent na stół pochylony, S palcami swemi zabiegł aż do drugiéj strony, I «Cap!» Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem; Tadeusz i sąsiadka tym głosu wybuchem Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy, Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy: Jako wierzchołki drzewa powiązane społem Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły, I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.

Tadeusz by niezdradzić swego rostargnienia, Prawda rzekł mój Rejencie, prawda, bez wątpienia Kusy piękny chart s kształtu, jeśli równie chwytny... Chwytny? krzyknął Pan Rejent, mój pies faworytny Żeby niemiał być chwytny? Więc Tadeusz znowu Cieszył się, że tak piękny pies niéma narowu. Żałował że go tylko widział idąc z lasu, I że przymiotów jego poznać niemiał czasu.

Na to zadrżał Assessor, puścił z rąk kieliszek, Utopił w Tadeusza wzrok juk bazyliszek. Assessor mniéj krzykliwy i mniéj był ruchowy Od Rejenta, szczuplejszy i mały s postawy, Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku, Bo powiadano o nim, ma żądło w języku. Tak dowcipne żarciki umiał komponować, Iżby je w kalendarzu można wydrukować: Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniéj człek dostatni, Schedę ojca swojego i majątek bratni, Wszystko strwonił na wielkim figurując świecie; Teraz wszedł w służbę rządu by znaczyć w powiecie. Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy, Już to że odgłos trąbki i widok obławy, Przypominał mu jego lata młodociane, Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane; Teraz mu s całej psiarni dwa charty zostały, I jeszcze s tych jednemu chciano przeczyć chwały. Wiec zbliżył się i zwolna gładząc faworyty, Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity: «Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu, Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu, A Pan kusość uważasz za dowód dobroci? Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiéj cioci. Choć Pani Telimena mieszkała w stolicy I bawi się niedawno w naszéj okolicy, Lepiéj zna się na łowach niż myśliwi młodzi: Tak to nauka sama z latami przychodzi.»

Tadeusz na którego niespodzianie spadał Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic niegadał, Lecz patrzył na rywala coraz straszniéj, srożéj... W tém wielkiem szczęściem dwakroć kichnął Podkomorzy, «Wiwat» krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił, I zwolna w tabakierę palcami zadzwonił: Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa, A wśrodku jéj był portret króla Stanisława. Ojcu Podkomorzego sam król ją darował, Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował, Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać; Umilkli wszyscy i ust nieśmieli otwierać. On rzekł: «Wielmożni Szlachta Bracia Dobrodzieje, Forum myśliwskiém tylko są łąki i knieje, Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję, I posiedzenie nasze na jutro solwuję. I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę; Woźny! odwołaj sprawę, na jutro na pole, Jutro i Hrabia s całém myśliwstwem tu zjedzie, I Waszeć z nami ruszysz Sędzio mój sąsiedzie, I Pani Telimena i Panny i Panie, Słowem zrobim na urząd wielkie polowanie; I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi.» To mówiąc tabakierę podawał starcowi.

Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział. Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział, Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania, Bo nikt lepiéj nad niego nie znał polowania. On milczał, szczypię wziętą s tabakiery ważył W palcach, i długo dumał nim ją w końcu zażył, Kichnął aż cała izba rozległa się echem, I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem: «O jak mnie to starego i smuci i dziwi! Cóżbyto o tém starzy mówili myśliwi? Widząc że w tylu szlachty, w tylu panów gronie, Mają sądzić się spory o charcim ogonie; Cóżby rzekł na to stary Rejtan gdyby ożył? Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył! Coby rzekł wojewoda Niesiołowski stary, Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary, I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim, I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim, A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze, Nikt go na polowanie uprosić nie może, Białopiotrowiczowi samemu odmówił! Bo cóżby on na waszych polowaniach łowił? Piękna byłaby sława! ażeby pan taki Wedle dzisiejszéj mody jeździł na szaraki. Za moich panie czasów, w języku strzeleckim, Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk, zwany był zwierzem szlacheckim, A zwierze nic mające kłów, rogów, pazurów, Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów; Żaden pan przyjąć nie chciałby do ręki Strzelby, którą zhańbiono sypiąc w nią śrót cienki! Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając, Trafia się że spod konia mknie się biedak zając, Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze, I na konikach małe goniły panicze Przed oczyma rodziców, którzy te pogonie Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie! Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy Odwołać swe roskazy, i niech mi wybaczy Że nie mogę na takie jechać polowanie, I nigdy na niém noga moja nie postanie! Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha, Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha.»

Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył, Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył, Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży; Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie, Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie, Tadeusz Telimenie, Assessor Krajczance, A pan Rejent na końcu Wojskiéj Hreczeszance.

Tadeusz s kilku gośćmi poszedł do stodoły, A czuł się pomięszany, zły i niewesoły, Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki, Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki, A szczególniéj mu słowo «Ciocia», koło ucha Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha, Pragnąłby u Woźnego lepiéj się wypytać O Pani Telimenie, lecz go niemógł schwytać; Wojskiego też niewidział, bo zaraz z wieczerzy Wszyscy poszli za gośćmi jak sługom należy, Urządzając we dworze izby do spoczynku. Starsi i damy spały we dworskim budynku, Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.

W półgodziny tak było głucho w całym dworze Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze; Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża. Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu niezmruża, Jako wódz gospodarstwa, obmyśla wyprawę W pole, i w domu przyszłą urządza zabawę. Dał roskaz ekonomom, wójtom i gumiennym, Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym, I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać, Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać. Woźny pas mu odwiązał, pas Słucki, pas lity, Przy którym świecą gęste kutasy jak kity, Z jednéj strony złotogłów w purpurowe kwiaty, Na wywrót jedwab' czarny posrebrzany w kraty; Pas taki można równie kłaść na strony obie, Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie. Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać; Właśnie tém się zatrudniał i kończył tak gadać:

«Cóż złego że przeniosłem stoły do zamczyska, Nikt na tém nic niestracił, a Pan może zyska, Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa. My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa, I mimo całą strony przeciwnéj zajadłość, Dowiodę że zamczysko wzięliśmy w posiadłość. Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę, Dowodzi że posiadłość tam ma albo bierze, Nawet strony przeciwne weźmiemy na świadki: Pamiętam za mych czasów podobne wypadki.»

Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni, Siadł prze świecy i dobył książeczkę s kieszeni, Która mu jak Ołtarzyk Złoty zawsze służy, Któréj nigdy nie rzuca w domu i w podróży. Była to trybunalska wokanda: tam rzędem Stały spisane sprawy, które przed urzędem Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał, Albo o których później dowiedzieć się zdołał. Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem, Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem. Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem, Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem, Radziwił z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim, Obuchowicz s kahałem, Juraha s Piotrowskim, Maleski z Mickiewiczem, a nakoniec Hrabia S Soplicą: i czytając, s tych imion wywabia Pamięć spraw wielkich, wszystkie processu wypadki, I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki; I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym W granatowym kontuszu stał przed trybunałem, Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła Przywoławszy dwie strony, «Uciszcie się!» woła. Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.

Takie były zabawy, spory w one lata Śród cichéj wsi litewskiéj; kiedy reszta świata We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny, Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebnych. Od puszcz Libijskich latał do Alpów podniebnych, Ciskając grom po gromie, w Piramidy, w Tabor, W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu, Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów, Które broniły Litwę murami żelaza Przed wieścią dla Rossyj straszną jak zaraza.

Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba, Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę, Stanął i oczy w koło obracał ostróżne. Gdy niewidział we dworze rossyjskich żołnierzy, Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy, Wtenczas kim był, wyznawał; był legionistą, Przynosił kości stare na ziemię, ojczystą, Któréj już bronie niemógł -- jak go wtenczas cała Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała Zanosząc się od płaczu! on za stołem siadał, I dziwniejsze od baśni historye gadał. On opowiadał jako Jenerał Dąbrowski Z ziemi Włoskiéj stara się przyciągnąć do Polski, Jak on rodaków zbiera na Lombardskiém polu; Jak Kniaziewiez roskazy daje s Kapitolu, I zwycięsca, wydartych potomkom Cezarów Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów; Jak Jabłonowski zabiegł aż kędy pieprz rośnie, Gdzie się cukier wytapia, i gdzie w wiecznéj wiośnie Pachnące kwitną lasy; z legią Dunaju Tam wódz murzyny gromi, a wzdycha do kraju.

Mowy starca krążyły we wsi pokryjomu; Chłopiec co je posłyszał, znikał nagle z domu, Lasami i bagnami skradał się tajemnie, Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie I nurkiem płynął na brzeg księstwa Warszawskiego, Gdzie usłyszał głos miły «Witaj nam kollego!» Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek s kamienia I Moskalom przez Niemen rzekł: «do zobaczenia». Tak przekradł się Górecki, Pac i Obuchowicz, Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz, Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze, Kupść, Gedymin i inni których nie policzę; Opuszczali rodziców i ziemię kochaną, I dobra, które na skarb Carski zabierano.

Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru Przyszedł, i kiedy bliżéj poznał Panów dworu, Gazetę im pokazał wyprutą s szkaplerza; Tam stała wypisana i liczba żołnierza, I nazwisko każdego wodza legionu, I każdego z nich opis zwycięstwa, lub zgonu. Po wielu latach, pierwszy raz miała rodzina Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna; Brał dom żałobę, ale powiedziéć nie śmiano Po kim była żałoba, tylko zgadywano W okolicy; i tylko cichy smutek Panów, Lub cicha radość, była gazetą ziemianów.

Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno: Często on s Panem Sędzią rozmawiał osobno, Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać bernardyna Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze Chodził, i nie w klasztornym zestarzał się murze. Miał on nad prawém uchem, nieco wyżej skroni, Bliznę, wyciętéj skóry na szerokość dłoni, I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału; Ran tych niedostał pewnie przy czytaniu mszału. Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny, Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołniersczyzny.

Przy mszy, gdy z wzniesionemi zwracał się rękami Od ołtarza do ludu, by mówić: «Pan z wami», To nie raz tak się zręcznie skręcił jednym razem, Jakby prawo w tył robił za wodza roskazem, I słowa liturgji takim wyrzekł tonem Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem; Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy. Spraw także politycznych był Robak świadomszy, Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście, Często zastanawiał się w powiatowém mieście; Miał pełno interessów: to listy odbierał Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał, To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą Do dworów Pańskich, s szlachtą ustawicznie szeptał, I okoliczne wioski do koła wydeptał, I w karczmach z wieśniakami rosprawiał nie mało, A zawsze o tém, co się w cudzych krajach działo. Teraz Sędziego który już spał od godziny Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.

KSIĘGA DRUGA.

ZAMEK.

TREŚĆ.

Polowanie s chartami na upatrzonego -- Gość w Zamku -- Ostatni z dworzan opowiada historją ostatniego z Horeszków -- Rzut oka w sad -- Dziewczyna w ogórkach -- Śniadanie -- Pani Telimeny Anegdota petersburska -- Nowy wybuch sporów o Kusego i Sokoła -- Interwencja Robaka -- Rzecz Wojskiego -- Zakład -- Daléj w grzyby.

Kto z nas tych lat niepomni, gdy młode pacholę, Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole; Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nieutrudza, Gdzie przestępując miedzę, niepoznasz że cudza! Bo na Litwie myśliwiec jak okręt na morzu, Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku, Czy jak czarownik gada z ziemią, która głucha Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.

Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie, Bo on szybuje w trawie, jako szczupak w Niemnie; Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek, Również głęboko w niebie schowany skowronek; Ówdzie orzeł szerokiém skrzydłem przez obszary Zaszumiał, strasząc wróble, jak kometa cary; Zaś jastrząb pod jasnemi wiszący błękity, Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity, Aż ujrzawszy wśród łąki ptaka lub zającu, Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.

Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli, I znowu dom zamieszkać na ojczystéj roli, I służyć w jeździe która wojuje szaraki, Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki; Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków I innych gazet oprócz domowych rachunków!

Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło Na strzechy i przez szpary w stodołę się wkradło; I po ciemnozieloném świeżém wonném sianie, S którego młodzież sobie zrobiła posłanie, Rospływały się złote, migające pręgi Z otworu czarnéj strzechy, jak z warkocza wstęgi; I słońce usta sennych promykiem poranka Draźni, jak dziewcze kłosem budzące kochanka. Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą, Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo, Odezwały się chorem kaczki i indyki, I słychać bydła w pole idącego ryki.

Wstała młodzież, Tadeusz jeszcze senny leży, Bo też najpoźniej zasnął; s wczorajszéj wieczerzy Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu Jeszcze oczu niezmrużył, a na swém posłaniu Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął, I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął, Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto s trzaskiem, I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem «Surge puer» wołając i ponad barkami Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.