Pan Tadeusz Czyli Ostatni Zajazd na Litwie. Historja Szlachecka z r. 1811 i 1812 we Dwunastu Księgach Wierszem

Part 8

Chapter 8 3,662 words Public domain Markdown

Hrabia Pan! zmienni w gustach są ludzie majętni! Hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni. A Tadeusz? prostaczek! poczciwy chłopczyna! Prawie dziecko! raz pierwszy kochać się zaczyna! Pilnowany niełacno zerwie pierwsze zwiąski, Przytém dla Telimeny ma już obowiąski Męszczyzni póki młodzi, chociaż w myślach zmienni, W uczuciach są od dziadów stalsi, ho sumienni. Długo serce młodzieńca proste i dziewicze Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze! Ono roskosz i wita i żegna z weselem, Jak skromną ucztę ktorą dzielim s przyjacielem, Tylko siary pianica, gdy już spali trzewa, Brzydzi się trunkiem, którym nazbyt się zalewa. Wszystko to Telimena dokładnie wiedziała, Bo i rozum i wielkie doświadczenie miała.

Lecz co powiedzą ludzie? można im zejść % oczu, W inne strony wyjechać, mieszkać na uboczu, Lub co lepsza, wynieść się całkiem z okolicy, Naprzykład zrobić małą podróż do stolicy, Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić, Kroki jego kierować, pomagać mu, radzić, Serce mu kształcić, mieć w nim przyjaciela, brata! Nareszcie -- użyć świata, póki służą lata!

Tak myśląc, po alkowie śmiało i wesoło Przeszła się kilka razy -- znów spuściła czoło.

Wartoby też pomyślić o Hrabiego losie -- Czyby się nie udało ppdsunąć mu Zosię? Niebogata, lecz za to urodzeniem równa, Z domu senatorskiego, jest dygnitarzówna. Jeżeliby do skutku przyszło ożenienie, Telimena w ich domu miałaby schronienie Na przyszłość, krewna Zosi i Hrabiego swatka, Dla młodego małżeństwa byłaby jak matka.

Po tj s sobą odbytéj, stanowczéj naradzie, Woła przez okno Zosię, bawiącą się w sadzie.

Zosia w porannym stroju i z głową odkrytą Stała, trzymając w ręku podniesione sito, Do nóg jéj biegło ptastwo; stąd kury szurpate Toczą się kłębkiem, stamtąd kogutki czubate, Wstrząsając koralowe na głowach szyszaki I wiosłując skrzydłami przez bruzdy i krzaki, Szeroko wyciągają ostrożaste pięty; Za niemi zwolna indyk sunie się odęty Sarkając na trzpiotalstwo swéj krzykliwéj żony, Owdzie pawie jak tratwy długiemi ogony Stérują się po łące, a gdzie niegdzie z gory Upada jak kiść śniegu gołąb' srebrnopióry. W pośrodku zielonego okręgu murawy, Ściska się okrąg ptastwa krzykliwy, ruchawy, Opasany gołębi sznurem, nakształt wstęgi Białéj, środkiem pstrokaty w gwiazdy, w cętki, w pręgi. Tu dzioby bursztynowe, tam czubki s korali Wznoszą się z gęstwi pierza jak ryby spod fali. Wysuwają się szyje i w ruchach łagodnych Chwieją się ciągle nakształt tulipanów wodnych; Tysiące oczu jak gwiazd błyskają ku Zosi.

Ona w środku wysoko nad ptastwem się wznosi, Sama biała i w długa bieliznę ubrana Kręci się, jak bijąca śród kwiatów fontanna; Czerpie s sita i sypie na skrzydła i głowy, Ręką jak perły białą, gęsty grad perłowy Krup jęczmiennych: to ziarno godne pańskich stołów, Robi się dla zaprawy litewskich rosołów, Zosia je wykradając s szafy ochmistrzyni Dla swego drobiu, szkodę w gospodarstwie czyni.

Usłyszała wołanie: Zosiu! to głos cioci! Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci, A sama kręcąc sito, jako tanecznica Bębenek i w takt bijąc, swawolna dziewica Jęła skakać przez pawie, gołębie i kury: Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło do góry. Zosia stopami ledwie dotykając ziemi, Zdawała się najwyżéj bujać miedzy niemi; Przodem gołębie białe, które w biegu płoszy, Leciały, jak przed wozem bogini roskoszy.

Zosia przez okno s krzykiem do alkowy wpadła, I na kolanach ciotki zadyszana siadła; Telimena całując i głaszcząc pod brodę, Z radością zważa dziecka żywość i urodę (Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę.) Ale znowu poważnie nastroiła lice, Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy. Dzierżąc palec przy ustach, temi rzekła słowy:

Kochana Zosiu, już też całkiem zapominasz I na stan i na wiek twój; wszak to dziś zaczynasz Rok czternasty, czas rzucić indyki i kurki, Fi! to godna zabawka dygnitarskiéj córki. I z umurzaną dziatwą chłopską już do woli Napieściłaś się! Zosiu! patrząc serce boli; Opaliłaś okropnie płeć, czysta cyganka, A chodzisz i ruszasz się, juk parafianka. Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę, Od dziś zacznę, dziś ciebie na świat wyprowadzę, Do salonu, do gości, gości mamy siła, Patrzajżeż ażebyś mnie wstydu nie zrobiła.

Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie, I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie, Płakała i śmiała się na przemian z radości. Ach ciociu! już tak dawno nie widziałam gości; Od czasu jak tu żyję s kury i indyki, Jeden gość co widziałam to był gołąb' dziki; Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie, Pau Sędzia nawet mówi, że to źle na zdrowie.

Sędzia! przerwała ciotka, ciągle mi dokuczał Żeby cię na świat wywieść, ciągle pod nos mruczał Że już jesteś dorosłą; sam nie wié co plecie, Dziadziuś nigdy na wielkim niebywały świecie. Ja wiem lepiéj jak długo trzeba się sposobić Panience, by wyszedłszy na świat effekt zrobić. Wiedz Zosiu, że kto rośnie na widoku ludzi, Choć piękny, choć rozumny effektów nie wzbudzi. Gdy go wszyscy przywykną widzieć od maleńka. Lecz niechaj ukształcona, dorosła panienka, Nagle ni stąd ni zowąd przed światem zabłyśnie, Wtenczas każdy się do niéj przez ciekawość ciśnie, Wszystkie jéj ruchy, rzuty oczu jéj uważa, Słowa jéj podsłuchiwa i drugim powtarza. A kiedy wejdzie w modę raz młoda osoba, Każdy ją chwalić musi, choć i niepodoba. Znaleść się, spodziewam się że umiesz; w stolicy Urosłaś. Choć dwa lata mieszkasz w okolicy, Niezapomniałaś jeszcze całkiem Petersburka. No, Zosiu, toaletę rób, dostań tam z biórka, Nagotowane znajdziesz wszystko do ubrania. Spiesz się, bo lada chwila wrócą s polowania.

Wezwano pokojowę i służącą dziewkę; W naczynie srebrne wody wylano konewkę, Zosia jak wróbel w piasku, trzepioce się; myje S pomocą sługi ręce, oblicze i szyję. Telimena otwiera Petersburskie składy, Dobywa flaszki perfum, słoiki pomady, Pokrapia Zosię wkoło wyborną perfumą, (Woń napełniła izbę) włos namaszcza gumą, Zosia kładnie pończoszki białe, ażurowe, I trzewiki Warszawskie białe atłasowe; Tymczasem pokojowa sznurowała stanik, Potém rzuciła na gors Pannie pudermanik, Zaczęto przypieczone zbierać papiloty, Pukle, że nazbyt krótkie uwito w dwa sploty, Zostawując na czole i skroniach włos gładki; Pokojowa zaś świeżo zebrane bławatki Uwiązawszy w plecionkę daje Telimenie; Ta ją do głowy Zosi przyszpila uczenie, S prawej strony na lewo: kwiat od bladych włosów Odbijał bardzo pięknie, jak od zboża kłosow! Zdjęto puderman, całe ubranie gotowe. Zosia białą sukienkę wrzuciła przez głowę, Chusteczkę batystową białą w ręku zwija, I tak cała wygląda biała jak lilija.

Poprawiwszy raz jeszcze i włosów i stroju, Kazano jéj wzdłuż i wszerz przejść się po pokoju; Telimena uważa znawczyni oczyma, Musztruje siestrzenicę, gniewa się i zżyma; Aż na dygnienie Zosi krzyknęła z rospaczy, Ja nieszczęśliwa! Zosiu widzisz, co to znaczy Żyć z gęśmi, s pastuchami! tak nogi rosszerzasz Jak chłopiec, okiem w prawo i w lewo uderzasz, Czysto rozwódka! -- dygnij, patrz, jaka niezwinnia! -- Ach ciociu, rzekła smutnie Zosia, coż ja winna, Ciotka mnie zamykała; nic było s kim tańczyć, Lubiłam z nudy ptastwo paść i dzieci niańczyć; Ale poczekaj ciociu, niechno się pobawię Trochę z ludźmi, obaczysz jak się ja poprawię.

Już, rzekła ciotka, z dwojga złego, lepiej s ptastwem Niż s tém co u nas dotąd gościło plugastwem; Przypomnij tylko sobie, kto tu u nas bywał: Pleban co pacierz mruczał, lub w warcaby grywał, I palestra s fajkami! to mi kawalery! Nabrałabyś się od nich pięknéj maniery, Teraz to pokazać się jest przynajmniéj komu, Mamy przecież uczciwe towarzystwo w domu. Uważaj dobrze Zosiu, jest tu Hrabia młody, Pan, dobrze wychowany, krewny wojewody. Pamiętaj być mu grzeczną --

Słychać rżenie koni I gwar myśliwców; już są pod bramą; to oni! Wziąwszy Zosię pod rękę pobiegła do sali. Myśliwi na pokoje jeszcze niewchadzali, Musieli po komnatach odmieniać swą odzież, Niechcąc wniść do dam w kurtkach. Pierwsza wpadła młodzież, Pan Tadeusz i Hrabia, co żywo przybrani.

Telimena sprawuje obowiązki Pani, Wita wchodzących, sadza, rozmową zabawia, I siostrzenicę wszystkim s kolei przedstawia: Naprzód Tadeuszowi, jako krewną bliską; Zosia grzecznie dygnęła, on skłonił się nisko, Chciał coś do niéj przemówić, już usta otworzył, Ale spojrzawszy w oczy Zosi tak się strwożył, Ze stojąc niemy przed nią, to płonął, to bladnął; Co było w jego sercu, on sam nie odgadnął. Uczuł się nieszczęśliwym bardzo -- poznał Zosię! Po wzroście i po włosach światłych i po głosie; Tę kibić i tę główkę widział na parkanie, Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie.

Aż Wojski Tadeusza wyrwał z zamięszania, Widząc że bladnie i że na nogach się słania, Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku; Tadeusz stanął w kącie, wsparł się na kominku, Nic nie mówiąc -- szerokie, obłędne źrenice Obracał to na ciotkę, to na siostrzenicę. Dostrzegła Telimena, iż piérwsze spojrzenie Zosi, tak wielkie na nim zrobiło wrażenie; Nie odgadła wszystkiego, przecież pomieszana Bawi gości, a z oczu nie spuszcza młodziana. Wreszcie czas upatrzywszy ku niemu podbiega: Czy zdrów? dla czego smutny? pyta się, nalega Napomyka o Zosi, zaczyna z nim żarty; Tadeusz nieruchomy, na łokciu oparty, Nic nie gadając marszczył brwi i usta krzywił: Tém bardziéj Telimenę pomieszał i ździwił. Zmieniła wiec natychmiast twarz i ton rozmowy, Powstała zagniewana, i ostremi słowy Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty; Porwał się i Tadeusz jak żądłem ukłuty, Spojrzał krzywo, nie mówiąc ani słowa spluął, Krzesło nogą odepchnął i s pokoju runął, Trzasnąwszy drzwi za sobą. Szczęściem że téj sceny Nikt z gości nie uważał oprócz Telimeny.

Wyleciawszy przez bramę, biegł prosto na pole; Jak szczupak, gdy mu oścień skróś piersi przekole, Pluska się i nurtuje myśląc że uciecze, Ale wszędzie żelazo i sznur s sobą wlecze: Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty, Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty, Bez celu i bez drogi; aż nie mało czasu Nabłąkawszy się, w końcu wszedł w głębinę lasu I trafił czy umyślnie, czyli też przypadkiem, Na wzgórek co był wczora szczęścia jego świadkiem, Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania, Miejsce jak wiemy, zwane _Swiątynią dumania_.

Gdy okiem w koło rzuca, postrzega, to ona! Telimena, samotna, w myślach pogrążona, Od wczorajszéj postacią i strojem odmienna, W bieliźnie, na kamieniu, sama jak kamienna; Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie, Choć nie słyszysz szlochania, znać że we łzach tonie.

Daremnie broniło się serce Tadeusza: Ulitował się, uczuł że go żal porusza, Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem, Nakoniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem: Głupi! cóż ona winna, że się ja pomylił; Więc zwolna głowę ku niéj z za drzewa wychylił. Gdy nagle Telimena zrywa się s siedzenia, Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skroś strumienia, Roskrzyżowana, z włosem rospuszczonym, blada, Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada, I nie mogąc już powstać, kręci się po darni, Widać z jéj ruchów w jakiéj strasznéj jest męczarni; Chywta się za pierś, szyję, za stopy, kolana; Skoczył Tadeusz myśląc że jest pomieszana, Lub ma wielka chorobę. Lecz z innéj przyczyny Pochodziły te ruchy.

U bliskiéj brzeziny Było wielkie mrowisko, owad gospodarny Snuł się wkoło po trawie, ruchawy i czarny; Nie wiedziéć czy s potrzeby, czy z upodobania, Lubił szczególnie zwiedzać świątynię dumania; Od stołecznego wzgórku aż po źródła brzegi Wydeptał drogę, którą wiodł swoje szeregi. Nieszczęściem Telimena siedziała śród drożki; Mrówki znęcone blaskiem bieluchnéj pończoszki, Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać, Telimena musiała uciekać, otrząsać, Nakoniec na murawie siąść i owad łowić.

Niemógł jéj swéj pomocy Tadeusz odmówić; Oczyszczając sukienkę aż do nóg się zniżył, Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył -- W tak przyjaźnéj postawie, choć nic nie mówili O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili; I nie wiedzieć jak długo trwałaby rozmowa, Gdyby ich nie przebudził dzwonek s Soplicowa --

Hasło wieczerzy: pora powracać do domu, Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu. Może szukają? razem wracać nie wypada; Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada, A Tadeusz na lewo biegł do wielkiéj drogi; Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi: Telimenie zdało się, że raz s poza krzaka Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka; Tadeusz widział dobrze, jak mu raz i drugi Pokazał się na lewo cień biały i długi, Co to było nie wiedział, ale miał przeczucie, Że to był Hrabia w długim, angielskim surducie.

Wieczerzano w zamczysku. Uparty Protazy Niedbajac na wyraźne Sędziego zakazy, W niebytność Państwa znowu do zamku szturmował, I kredens doń (jak mówi) zaintromitował. Goście weszli w porządku i stanęli kołem; Podkomorzy naywyższe brał miejsce za stołem, Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, Idąc kłaniał się damom starcom i młodzieży. Kwestarz nie był u stołu; miejsce Bernardyna Po prawéj stronie męża, ma Podkomorzymi. Sędzia, kiedy już gości jak trzeba ustawił, Żegnając po łacinie, stół pobłogosławił; Męszczyznom dano wódkę; żaczém wszyscy siedli, I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli.

Po chłodniku szły raki, kurczęta, szparagi, W towarzystwie kielichów Węgrzyna, Malagi; Jedzą, piją a milczą wszyscy. Nigdy pono Od czasu jako mury zamku podźwigniono, Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów, Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów, Niepamiętano takiéj posępnéj wieczerzy; Tylko pukanie korków i brzęki talerzy, Odbijała zamkowa sień wielka i pusta: Rzekłbyś iż zły duch gościom zasznurował usta.

Mnogie były powody milczenia: myśliwi Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi; Lecz gdy zapał ochłonął, myśląc nad obławą, Postrzegają że wyszli z niéj nie z wielką sława: Trzebaż było ażeby jeden kaptur popi, Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip s konopi, Przepisał wszystkich strzelców powiatu? O wstydzie! Cóż o tém będą gadać w Oszmianie i Lidzie, Które od wieków walczą s tutejszym powiatem O piérwszeństwo w strzelectwie; myślili więc nad tém.

Zaś Assessor i Rejent prócz wspólnych niechęci, Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci. W oczach im stoi niecny kot, skoki wyciąga, I omykiem spod gaju kiwając urąga, I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem: Siedzieli s pochyloném ku misie obliczem. Assessor nowe jeszcze miał powody żalów, Patrząc na Telimenę i na swych rywalów.

Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem, Pomięszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem; Chciała zasępionego Hrabiego zabawić, Wyzwać w dłuższa rozmowę, w lepszy humor wprawić: Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił s przechadzki, A raczéj jako myślił Tadeusz z zasadzki; Słuchając Telimeny, czoło podniósł hardo, Brwi zmarszczył, spojrzał na nią ledwie nie s pogardą, Potém przysiadł się jak mógł najbliżéj do Zosi, Nalewa jéj do szklanki, talerze przynosi, Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiécha, Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha. Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie, Ze umizgał się, tylko na złość Telimenie; Bo głowę odwracając niby nie umyślnie, Co raz ku Telimenie groźnem okiem błyśnie.

Telimena nie mogła pojąć co to znaczy, Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy. Wreszcie nowym zalotom Hrabiego dość rada, Zwróciła się do swego drugiego sąsiada.

Tadeusz téż posępny nic nie jadł, nic nie pił, Zdawał się słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił; Telimena mu leje wino, on się gniewa Na natrętność; pytany o zdrowie -- poziewa. Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora) Że Telimena zbytnie do zalotów skora; Gorszy się że jéj suknia tak wcięta głęboko, Nie skromnie -- a dopiéro, kiedy podniósł oko! Aż przeląkł się, bystrzejsze teraz miał źrenice, Ledwie spójrzał w rumiane Telimeny lice, Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę! Przebóg, naróżowana!

Czy róż w złym gatunku, Czy jakoś na obliczu przetarł się s trefunku: Gdzieniegdzie zrzedniał, na wskróś grubszą płeć odsłania. Może to sam Tadeusz w _Świątyni dumania_, Rozmawiając za blisko, omusknął z bielidła Karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła. Telimena wracała nazbyt śpieszno z lasu, I poprawić kolory swe nie miała czasu; Około ust szczególniéj widne były piegi. Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi, Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać Resztę wdzięków, i wszędzie, jakiś fałsz wyśledzać: Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni!

Niestety! czuł Tadeusz, jak jest niepotrzebnie, Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać; jak haniebnie Być szpiegiem swej kochanki; nawet jak szkaradnie, Odmieniać smak i serce -- lecz ktoż sercem władnie? Darmo chce brak miłości zastąpić sumnieniem, Chłod duszy ogrzać znowu jéj wzroku promieniem: Już ten wzrok, jako księżyc światły a bez ciepła, Błyskał po wierzchu duszy, która do dna krzepła.. Takie robiąc sam w sobie wyrzuty i skargi, Pochylił w talerz głowę, milczał i gryzł wargi.

Tym czasem zły duch nową pokusą go wabi, Podsłuchiwać co Zosia mówiła do Hrabi: Dziewczyna uprzejmością Hrabiego ujęta, Z razu rumieniła się spuściwszy oczęta, Potém śmiać się zaczęli, w końcu rozmawiali, O jakiémś niespodzianém w ogrodzie spotkaniu, O jakiémś po łopuchach i grzędach stąpaniu. Tadeusz wyciągnąwszy co najdłużéj uszy, Połykał gorzkie słowa i przetrawiał w duszy. Okropną miał biesiadę. Jak w ogrodzie źmija, Dwoistém żądłem zioło zatrute wypija, Potém skręci się w kłębek i na drodze legnie, Grożąc stopie co na nią nieostróżnie biegnie; Tak Tadeusz opity trucizną zazdrości, Zdawał się obojętny, a pękał ze złości.

W najweselszém zebraniu niech się kilku gniewa, Zaraz się ich ponurość na resztę rozlewa. Strzelcy dawniéj milczeli, druga stołu strona Umilkła, Tadeusza żółcią zarażona.

Nawet Pan Podkomorzy nadzwyczaj ponury, Nie miał ochoty gadać; widząc swoje córy Posażne i nadobne Panny, w wieku kwiecie, Zdaniem wszystkich najpierwsze partye w powiecie, Milczące, zaniedbane od milczącéj młodzi. Gościnnego Sędziego również to obchodzi; Wojski zaś uważając że tak wszyscy milczą, Nazywał tę wieczerzą nie polską, lecz wilczą.

Hreczecha na milczenie miał słuch bardzo czuły, Sam gawęda, i lubił niezmiernie gaduły. Nie dziw! ze szlachtą strawił życie na biesiadach, Na polowaniach, zjazdach, sejmikowych radach; Przywykł żeby mu zawsze coś bębniło w ucho, Nawet wtenczas, gdy milczał, lub s placką za mucha Skradał się, lub zamknąwszy oczy siadał marzyć; W dzień szukał rozmów, w nocy musiano mu gwarzyć Pacierze różańcowe, albo gadać bajki: Stąd też nieprzyjacielem zabitym był fajki, Wymyślonéj od niemców by nas scudzoziemczyć, Mawiał: Polskę oniemić, jest to Polskę zniemczyć. -- Starzec wiek przegwarzywszy chciał spoczywać w gwarze, Milczenie go budziło ze snu: tak młynarze Uśpieni kół tarkotem, ledwie staną osie, Budzą się krzycząc s trwogą: a słowo stało się.

Wojski ukłonem dawał znak Podkomorzemu, A ręką od ust lekko skinął ku Sędziemu, Prosząc o głos; Panowie na ten ukłon niemy Odkłonili się oba, co znaczy: prosiemy. Wojski zagaił.

«Śmiałbym upraszać młodzieży, Ażeby postaremu bawić u wieczerzy, Nie milczeć i żuć: czy my Ojce Kapucyni? Kto milczy między szlachtą, to właśnie tak czyni, Jako myśliwiec który nabój rdzawi w strzelbie: Dla tego ja rozmowność naszych przodków wielbię. Po łowach szli do stołu, nie tylko by jadać, Ale aby nawzajem mogli się wygadać, Co każdy miał na sercu; nagany, pochwały Strzelców i obławników, ogary, wystrzały, Wywoływano na plac; powstawała wrzawa, Miła uchu myśliwców, jak druga obława. Wiem, wiem o co wam idzie: ta czarnych trosk chmura Pono z Robakowego wzniosła się kaptura! Wstydzicie się swych pudeł! niech was wstyd nie pali, Znałem myśliwych lepszych od was, a chybiali; Trafiać, chybiać, poprawiać, to kolej strzelecka. Ja sam, chociaż ze strzelbą włóczę się od dziecka, Chybiałem; chybiał sławny ów strzelec Tułoszczyk, Nawet nie zawsze trafiał pan Rejtan nieboszczyk. O Rejtanie opowiem później. Co się tycze Wypuszczenia z obławy, że oba panicze Zwierzowi jak należy kroku niedostali Choć mieli oszczep w ręku, tego nikt nie chwali. Ani gani: bo zmykać mając nabój w rurze Znaczyło po staremu być tchórzem nad tchórze, Toż wystrzelić na oślep (jak to robi wielu) Nie przypuściwszy zwierza, nie wziąwszy do celu, Jest rzecz haniebna; ale kto dobrze wymierzy, Kto przypuści do siebie zwierza jak należy, Jeśli chybił, cofnąć się może bez sromoty, Albo walczyć oszczepem, lecz z własnéj ochoty A nie z musu: gdyż oszczep strzelcom poruczony, Nie dla natarcia, ale tylko dla obrony. Tak było po staremu: a więc mnie zawierzcie, I waszéj rejterady do serca niebierzcie, Kochany Tadeuszku i Wielmożny Grafie; Ilekroć zaś wspomnicie o dzisiejszym trafie, Wspomnijcie też starego Wojskiego przestrogę, Nigdy jeden drugiemu nie zachodzić w drogę, Nigdy we dwóch nie strzelać do jednéj źwierzyny.

Właśnie Wojski wymawiał to słowo źwierzyny, Gdy Assessor półgębkiem podszepnął: dziewczyny; Brawo krzyknęła młodzież, powstał szmer i śmiechy, Powtarzano s kolei przestrogę Hreczechy, Mianowicie ostatnie słowo: ci źwierzyny, A drudzy w głos śmiejąc się krzyczeli dziewczyny; Rejent szepnął: kobiety, -- Assessor: kokiety, Utkwiwszy w Telimenie oczy jak sztylety.

Nie myślił wcale Wojski przymawiać nikomu, Ani uważał, co tam szepcą pokryjomu; Rad bardzo że mógł damy i młodzież rosśmieszyć, Zwrócił się ku myśliwcom, chcąc i tych pocieszyć. I zaczął, nalewając sobie kielich wina:

«Nadaremnie oczyma szukam Bernardyna; Chciałbym mu opowiedziéć wypadek ciekawy, Podobny do zdarzenia dzisiejszéj obławy. Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka, Co tak celnie jak Robak mógł strzelić zdaleka; Ja zaś znałem drugiego: równie trafnym strzałem Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem, Kiedy do Nalibockich zaciągnęli lasów, Tadeusz Rejtan poseł i książę Denassow. Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie, Owszem u stołu, pierwsi wnieśli jego zdrowie, Nadawali mu wielkich prezentów bez liku, I skórę zabitego dzika: u tym dziku J o strzale, powiem wam jak naoczny świadek, Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek, A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów Posłowi Rejtanowi i Księciu Denassow.

A w tém ozwał się Sędzia nalewając czaszę: Piję zdrowie Robaka, Wojski, w ręce wasze. Jeśli datkiem nie możem kwestarza zbogacić, Postaramy się przecież za proch mu zapłacić, Uręczamy, że niedźwiedź zabity dziś w boru, Przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru. Lecz skóry Księdzu niedam; lub gwałtem zabiorę, Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę, Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli. Skórą tą rozrządzimy wedle naszéj woli; Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży, Skórę Jaśnie Wielmożny pan nasz Podkomorzy Temu da, kto na drugą nagrodę zasłużył.

Podkomorzy pogładził czoło i brwi zmrużył; Strzelcy zaczęli szemrać, każdy coś powiadał, Tamten jak zwierza znalazł, ten jak ranę zadał, Tamten psiarnię nawołał, ów zwierza nawrócił Znowu w ostęp. Assessor z Rejentem się kłócił, Jeden wielbiąc przymioty swojéj Sanguszkówki, Drugi bałabanowskiéj swéj Sagalasówki.

Sędzio sąsiedzie, wreszcie wyrzekł Podkomorzy, Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży; Lecz nie łacno rozsądzić kto jest po nim drugi, Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi, Wszyscy równi zręcznością, biegłością i męstwem. Przecież dwóch dziś odznaczył los niebespieczeństwem, Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura, Tadeusz i pan Hrabia; im należy skóra. Pan Tadeusz ustąpi (jestem tego pewny) Jako młodszy i jako Gospodarza krewny; Więc spolia opima weźmiesz Mości Hrabia. Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia, Niechaj pamiątką będzie dzisiejszéj zabawy, Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłéj sławy.

Umilknął wesoł, myśląc Że Hrabię ucieszył, Nie wiedział jak boleśnie serce jego przeszył. Bo Hrabia na strzeleckiéj komnaty wspomnienie, Mimowolnie wzrok podniósł; a te łby jelenie, Te gałęziste rogi jakby las wawrzynów Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów, Te rzędami portretów zdobione filary, Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary. Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości; Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości. Dziedzic Horeszków, gościem śród swych własnych progów, Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów! A przytém zawiść którą czuł dla Tadeusza, Tém mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza.