Menazerya ludzka

Part 2

Chapter 2 3,436 words Public domain Markdown

-- A... co chcesz jutro na obiad? -- pyta śpiesznie, wciskając głowę pomiędzy ramiona.

-- A!... co chcesz, byle tanie -- odpowiada koteczek, otwierając drzwi do przedpokoju -- najlepiej barszczyk, bo może późno wrócę...

Ona już nic nie odpowiada, tylko stoi na środku pokoju, smutna, zgnębiona -- ujawniając w ostatnich blaskach zachodzącego słońca swą nędzę opuszczonej i oszukiwanej kobiety.

Nagle -- porywa się i biegnie do okna.

On -- będzie przechodził przez dziedziniec, zobaczy go jeszcze, może się uśmiechnie do niej, głowę odwróci...

-- Nie!

Przeszedł przez dziedziniec, pewnym i śmiałym krokiem, wywijając laseczką i pogwizdując lekko.

Dwie dziewczyny stojące koło pompy, obejrzały się za nim ze znaczącym uśmiechem. Zniknął w ciemnej bramie, nie myśląc wcale o tem, że na drugiem piętrze z po za białych, pocerowanych firanek śledzą go oczy pełne łez i miłości, biedne oczy schorowanej kobiety a zżółkłe i spieczone usta, szepczą z dumą i niewysłowionem uczuciem:

-- Koteczek! koteczek!

* * * * *

Siedziała tak w oknie z pół godziny. Była to jedyna chwila dnia, w której oddawała się próżnowaniu.

Wciągała zgniłe powietrze podwórka pełnemi piersiami i wpatrywała się w szmat nieba, który zarysowywał się ostro pomiędzy szczytami dachów.

W trakcie robiła myślą rachunek wydatków dnia całego i układała budżet na dzień następny.

A wszystkie jej myśli kręciły się tylko około jednego punktu.

Punktem tym był naturalnie... koteczek.

Od pierwszej chwili poznania, rosły ten blondyn zaimponował jej i oczarował jej dziewiczą istotę.

Gdy się oświadczył o nią a właściwie o jej skromny posażek, nie mogła szczęściu swemu dać wiary.

Gdy odchodziła od ołtarza, już patrzyła na niego tym pokornym, błagającym wzrokiem jak pies, którego po raz pierwszy na łańcuchu prowadzą.

Oddała mu się z pokorą i wdzięcznością, kryjąc rumieniec w dłoniach i szepcząc. „Kto się w opiekę”.

On -- wspaniale, jak dobry książę z bajki, przyjął klejnot jej dziewictwa i pięć tysięcy rubli, które jako sierota złożone miała w kasie oszczędności.

Od tej chwili Józia o pieniądzach tych nie wiedziała nic.

Należały do niego, rozporządzał niemi według upodobania.

Ona, welon oblubienicy zamieniła na fartuch ceratowy i rozpoczęła swą domową krzątaninę. Powoli on oddalał się coraz więcej z domu -- wracał późno w noc, często podpity, włócząc na drugi dzień po kątach mieszkania ten „Katzenjammer”, w zamiejskich knajpach nabyty. Ona -- kochała go ciągle, tem psiem przywiązaniem kobiety, dla której pierwszy mężczyzna chwytający ją w objęcia jest zarazem jedynym przedmiotem uwielbienia.

Koteczek nie miał błędów, koteczek był najlepszym, najmilszym, najpiękniejszym... Dzień, w którym koteczek kładł nowy garnitur, był dniem prawdziwego święta.

Wzruszona, zarumieniona, drżąca, okrążała go w kółko, patrząc na niego z podziwem. Jakże piękny! jak zgrabny był jej koteczek! Ona sama, mój Boże!... ona nie potrzebowała się stroić. Ot byle co na siebie włożyć. Zresztą, nigdzie przecież nie wychodziła z koteczkiem nigdy -- gdzież znowu!... Zawsze jej coś do stroju brakowało. To kapelusza, to bucika, to znów rękawiczki. I tak dzień za dniem schodził. Zresztą, nie miała czasu, ani zdrowia. Ciągle stękała, chorując już od lat czterech, zaraz po urodzeniu nieżywej dziewczynki. Doktór mówił, że to anemia, ale ona nawet w części nie powiedziała doktorowi, co i gdzie ją boli. Poco? -- lekarstwa drogie a ledwo koniec z końcem ściągnąć można...

Wprawdzie koteczek jest niewybredny, je, co mu podadzą -- nawet ją samą do oszczędności zachęca.

Ona nieraz dziwi się, jak mało jada w domu ten rosły, wielki mężczyzna i frasuje się, że widocznie jadło mu nie smakuje.

Mój Boże! robi co można przecież. Ona i sługa jadają „plecówkę”, dla koteczka bierze się na rosół pierwsza krzyżowa, masło także kupuje dla niego osobno...

Mimo to, on je tak mało!

Byleby nie zachorował z tego braku apetytu... jutro trzeba upiec parę kurczątek i zrobić trochę sałaty...

Ostatni rubel wprawdzie wyszedł, ale Józia ma jeszcze dwa pierścioneczki z pozostałych po rodzicach drobiazgów.

Zastawi je u znajomej fanciarki i dociągnie w ten sposób do końca miesiąca.

Mój Boże!... ile tam już rzeczy Józi spoczywa u tej fanciarki!... i srebrne łyżeczki, i bransoletki po matce, i medalion z perełką, ba, nawet medal od chrztu i srebrna maluchna portmonetka, złoty zegarek! łańcuszek! wszystko! Wszystko wyniosła tak wieczorami, gdyż mąż wyszedł z domu „przejść się trochę” -- jak mówił, a wracał późno w noc, gwiżdżąc i śpiewając jakieś nieznane Józi piosenki.

Z początku przykro jej było rozstawać się z temi drobiazgami, później oswoiła się z tą myślą.

-- Wszak to dla... koteczka.

Kochała go bardzo, bardzo, miłością schorowanej i zamkniętej w domu kobiety. Gdy słyszała jego kroki na schodach, serce jej biło bardzo silnie -- w nocy, nie kładła się nigdy, dopóki nie wrócił. Rozbierała się wprawdzie, ale bosa i w koszuli siedziała na oknie, patrząc w ciemną jamę bramy, czy nie dojrzy wysuwającej się z ciemności eleganckiej postaci męża. Gdy nie powracał długo, z najwyższym niepokojem śledziła godziny i przyciskając ręce do piersi, szeptała:

-- Boże mój! niech on już wróci!...

Zdawaćby się mogło, że to namiętna kochanka oczekuje swego wybranego na pierwszą schadzkę miłosną -- a jednak!... jakże dalekie od namiętności było uczucie kładące w spieczone od gorączki wargi tej kobiety modlitwę szczerą, prawie dziecięcą.

-- Niech... koteczek wróci!...

A przecież ten powrót koteczka nie dawał jej żadnej pieszczoty miłosnej, żadnej chwili tej rozpaczliwej rozkoszy, która jęk prawie z piersi kobiety wydziera.

Koteczek wchodził wolno, systematycznie, nakręcał zegarek, zapalał papierosa, zmieniał obuwie, wystawiając je za drzwi pokoiku, wyciągał z krawata elegancką szpilkę i chował ją w étui.

Wszystko to robił z właściwą sobie gracyą, nie spojrzawszy nawet na żonę, która z po za przymkniętych powiek śledziła jego czynności, cała w ciągłem wyczekiwaniu jakiegoś dobrego słowa, przyjaznego spojrzenia ze strony męża. Nic -- nic!

Koteczek zasypiał, uśmiechając się do wrażeń w ciągu wieczora otrzymanych, do jakichś wspomnień... na myśl których -- przeciągał się rozkosznie.

Ona śledziła go ciągle, śledziła uważnie.

Słabe światełko lampki płonącej przed Matką Boską oświecało w zupełności różową twarz mężczyzny, lubieżny wyraz ust, tęgą szyję wychylającą się z pod ukraińskich haftów nocnej koszuli.

Instynkt samicy ostrzegał ją, że nie o niej, nie o jej uległości i zżółkłej twarzy myśli w tej chwili ten człowiek.

Lecz tak wierzyła mu, tak bardzo ufała w jego „małżeńską uczciwość”, że myśl zdrady nie postała nigdy w jej głowie.

Myśli pewnie o gratyfikacyi a może... może o niej!

Wszak wczoraj jeszcze, wychodząc, powiedział:

-- Dla kogóż się zapracowuję, jeśli nie dla ciebie? -- Biedny! drogi koteczek!...

Ach! ona by życie swoje dla niego oddała!

I leżała tak cicho, nieśmiejąc się poruszyć, drętwiejąc w jednej pozycyi, aby nie zbudzić koteczka, który w tej chwili uśmiechał się tak, jak tylko nasyceni mężczyźni uśmiechać się umieją.

* * * * *

Kareta ruszyła wreszcie z miejsca.

Lecz pani Lena była dnia tego w złym humorze.

Napróżno siedzący obok niej mężczyzna uśmiechał się i usiłował umieścić dogodnie jej kapelusz, cały z pąsowego tiulu, istne pieścidełko wydmuchane z purpurowego obłoczka. Napróżno, zdjąwszy jej rękawiczki, zwijał je starannie i wsuwał pomiędzy poduszki powozu, napróżno chwalił jej nowy dolman, na który wyszło z pięćset łokci koronki, ona siedziała ciągle chmurna, z brwiami ściągniętemi, z twarzą gniewnie wykrzywioną.

-- Dlaczego tak późno przyjechałeś? -- zapytała wreszcie, zwracając się twarzą do swego towarzysza.

-- Nie mogłem! wierz mi! -- tłomaczył się mężczyzna.

-- Dlaczego?

-- Bo!... bo!... mieliśmy gości!... -- odparł, udając nonszalancyę i oglądając sobie paznogcie.

Znać było że blaguje, lecz ona nie poznała się na tem.

-- Kto był? -- nalegała już trochę udobruchana -- kobiety?

-- O, zaledwie kilka! kuzynka Eszerghazy z córką -- wiesz... ta hrabina!

Ona potwierdziła śpiesznie.

-- Tak! tak! mówiłeś mi już o niej, a z mężczyzn?

-- Zwykli goście czwartkowi.

-- Więc to jour fixe?

-- Tak!... five o clook thea.

Rzucił wyraz angielski, posłyszany kiedyś ze sceny, w teatrze -- który zapamiętał i używał w razie potrzeby, co nigdy nie chybiało efektu. I teraz dosięgnął celu.

Kobieta siedząca obok niego zdawała się na chwilę przybita posłyszanem słowem.

Lecz prędko odzyskała równowagę.

-- Nie wiem czy to wygodne -- wyrzekła -- wolę już urządzać „receptions matinales”...

Spojrzała na niego tryumfująco.

On wzruszył ramionami.

-- Zapewne, lecz już cały dzień jest zderanżowany...

Pochylił się teraz po nad podbitą już kobietą.

-- No, cóż?... darujesz mi to opóźnienie? -- szeptał miękim głosem -- wierz mi, tylko obowiązki światowe mogły powstrzymać twego koteczka, wierzysz mi? no... Leno!...

I objął ją ostrożnie, cofając się w tył, gdyż kareta skręcała w ciaśniejszą ulicę a na chodnikach kręciło się sporo przechodniów.

Lena potrząsnęła wspaniałomyślnie głową. Dobrze! -- przebacza mu, ale pod warunkiem, że to będzie raz ostatni... zapewne nie wie, że i ona ma obowiązki światowe, które trzymają ją poniekąd na uwięzi; jeśli on ma żonę prowadzącą dom otwarty, ona -- nawzajem ma męża, który od niej pewnych ustępstw światowych wymaga, a przecież...

On przyznaje jej racyę, cały rozpłomieniony tak blizką obecnością tej kobiety, której pełny gors i błyszczące oczy działają na niego, jak rozpalający trunek -- ostrożnie, delikatnie, szuka jej ręki w całych falach koronek i rękę tę znalazłszy całuje długo, wysysając paluszki o krogulczo zagiętych paznogciach...

Ona poddaje się tej pieszczocie, jak kobieta przyzwyczajona do podobnego rodzaju objawów powstrzymywanej namiętności -- drugą ręką zasłania tylko twarz, gdy kareta nadto się zbliży do chodników.

Czyni to z wprawą wielką, w ogóle czuje się zupełnie swobodnie w tej ciasnej atmosferze powozu, w której cudzołożne szepty, śmiechy, pocałunki zdają się drzemać wśród zagięć zniszczonego sukna okrywającego poduszki.

-- Gdzie dziś pojedziemy? -- pyta koteczek.

-- Gdzie chcesz... -- odpowiada Lena -- byle nie do Marcelina...

-- Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna...

-- O, tak! bordeaux niepodobne do picia...

I znów zaczyna grać ze sobą komedyę, tych dwoje ludzi, którzy się poznali pod cieniem drzew Saskiego ogrodu i nic prawie nie wiedzieli o sobie ani o swej pozycyi socyalnej.

Ona -- miała w sobie przewrotnie popsutą krew semitki, wiecznie niezadowolonej ze swego otoczenia, obnoszącej w czarnych oczach i pełnych kształtach trzydziestoletniej kobiety -- chęć nieprawych rozkoszy i zakazanych wycieczek. Pozowała jednak przed nim na „damę” -- wykwintną i wytworną -- pragnęła mu imponować koronkami wziętemi na kredyt i francuzczyzną zapożyczoną z „Rozmówek” pani Bocquel.

On -- dokładał wszelkich usiłowań, aby ujść w oczach tej wykwintnej damy za człowieka bogatego, prowadzącego dom na wielką skalę. Olśniewał ją szpilkami u krawatów, opoponaxem, jasnemi garniturami i znajomością gabinetów restauracyjnych, po których włóczyli się często, siedząc do późnej nocy i rozstając się pełni niesmaku i chęci ponownego zejścia się, aby nawzajem udawać przed sobą wytworne maniery i... namiętne porywy.

Kareta wjechała teraz w ulicę Mokotowską i powoli skręcała na lewo.

Wozy z beczkami zastąpiły jej drogę, woźnica wstrzymał konie na chwilę.

Koteczek wychylił głowę.

-- Cóż tam? dlaczego stajesz?

Nagle cofnął się w głąb powozu.

Towarzyszka mimowoli spojrzała w otwarte okienko.

Na chodniku pomiędzy gromadką bosych dzieci czekających na opróżnienie ulicy, stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w zniszczonym kapelusiku na pochylonej głowie.

W tej chwili kobieta ta z wyrazem zdumienia na pożółkłej twarzy wpatrywała się w okienko karety, a z nawpół otwartych ust zdawał się ulatywać jakiś głos stłumiony.

Pani Lena odwróciła się i spytała szybko:

-- Patrz!... ta kobieta dziwnie tu spogląda, czy może znasz ją?

Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet, przytulony do kąta karety, nikczemny, nędzny w tej trwodze, jaka zwykle ogarnia każdego z nich na widok zdradzanej kobiety.

-- Siedź spokojnie! -- wyrzekł -- to... szwaczka mojej żony!...

Kareta ruszyła wreszcie z miejsca, obryzgując błotem stojącą wciąż na chodniku kobietę.

Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona, przerażona -- powtarzając cichutko:

-- Koteczek? koteczek?

* * * * *

Lampka przed Matką Boską dopalała się prawie, a nikt nie myślał o dolaniu oliwy.

Cicho było bardzo w sypialnym pokoiku. Obadwa łóżka małżeńskie były próżne, choć już druga wybiła na kuchennym zegarze.

Józia, bosa i w koszuli, siedziała skulona na oknie, czekając na powrót męża.

Była bardzo wzburzona, niespokojna, smutna. Wszakże to wracając od fanciarki dostrzegła w karecie obok jakiejś ładnej kobiety mężczyznę -- tak bardzo podobnego do koteczka!

Lecz cóżby jej koteczek robił w karecie, o tej porze, i to jeszcze z jakąś damą?... A może to dyrektorowa biura spotkała go i wzięła na przechadzkę...

Szukała teraz w swej biednej głowie rozmaitych kombinacyj, potykając się co chwila o jakąś myśl zbyt trudną...

Nie -- stanowczo, zrozumieć tego nie mogła.

By mąż ją zdradzał -- nie przyszło jej nawet przez głowę, jej koteczek, zkądże znowu?

Zanadto czystą, niewinną była w swym zastoju moralnym; zdradzać? -- tak!... tak! to istnieje w książkach, na scenie -- ale w życiu!...

Gdy wróciła od fanciarki, policzyła bieliznę, pocerowała skarpetki, zrobiła rachunek ze służącą, zadysponowała obiad, a teraz, posławszy łóżka, usiadła w oknie, czekając na męża.

Noc zapadła, noc ciemna, wietrzna, chłodna. Z zacienionego dziedzińca, po zamknięciu bramy, wzbił się w górę silny zaduch wylewanych przez dzień cały nieczystości.

Ona -- otworzyła lufcik i przechyliła swą biedną, znękaną głowę. Smrodliwe powietrze owiało ją. Ona -- nie czuła tego zaduchu, przyzwyczajona do tej atmosfery, którą wciągała w siebie nocami całemi. Przechyliła głowę i patrzyła wciąż w czarną przepaść podwórka.

Czekała.

Lecz on nie powracał, rozkoszując się w tej chwili wonią rozkwitłego bzu w podmiejskim ogrodzie i ciepłemi wargami kochanki, z których zbierał krople wina i słodycz kompotowego syropu.

Siedzącej w lufciku kobiecie wiatr rozwiewał rzadkie włosy i ziębił plecy. Ona -- skurczyła się jeszcze bardziej, podsuwając pod siebie chude, zżółkłe nogi.

Jeść się jej chciało, obejrzała się na kredensową szafkę majaczącą w półcieniu. Była tam wprawdzie pieczeń pozostała z obiadu, ale koteczek dysponował barszczyk na jutrzejszy obiad, z pieczeni będą uszka... nie można więc poruszyć, nie można!...

Józia zwinęła się teraz prawie w kłębek i głowę smutnie zwiesiła.

Jakoś jej tak smutno! tak bardzo, bardzo smutno, jak nigdy nie było!

Dlaczego?

Wszak on wraca tak codziennie, wraca późno a ona czeka nań i zimą i latem skurczona przy szybie, pełna niewytłomaczonej chęci ujrzenia go powracającego.

Zegary miejskie biją w pół do trzeciej.

Na twarzy Józi płyną dwie wielkie, gorące łzy -- zamiast serca, czuje że jej się otwiera rana... rana ta piecze, boli, pali jakby zarzewie... A wynędzniałe usta szepczą:

-- Boże!... niech koteczek wróci!...

Jej koteczek.

III.

=Kozioł ofiarny.=

Pan Wentzel zmarszczył brwi i położył kanciastą linię obok siebie.

-- Proszę o spokój! -- wyrzekł ochrypłym głosem.

-- Oko brandeburskie! -- odpowiedział natychmiast Julusiek.

-- Z perską źrenicą! -- dorzucił Maryan, pakując ręce w kieszenie od spodni.

Pan Wentzel podniósł swą spiczastą głowę, pokrytą najeżonym włosem i spojrzał na porozkładane na krzesłach dzieci.

-- Proszę o spokój! -- powtórzył a wargi wybladłych ust drżały mu jak w febrze.

-- Patrzcie!... panu „Wentzlemu” spuchła z lewej strony twarz -- zawołał Julusiek, mrużąc powieki.

-- To od tych papierosów, które pokryjemu pali a nam nawet zaciągnąć się nie da -- odparł flegmatycznie Maryan, obserwując z ironią wychudłe policzki nauczyciela.

Panu Wentzlowi krew uderzyła do głowy.

-- Nie palę papierosów -- wyrzekł energicznie -- nie wmawiajcie we mnie złych czynów, które sami spełniacie.

Julusiek wzruszył ramionami. Maryan wpakował ręce jeszcze głębiej w kieszenie.

-- Nie palisz pan? -- zapytał, wydymając czerwone i pełne policzki -- phi!... to taka prawda, jak to, że pan atramentem dziur w butach sobie nie czernisz... Zaprzecz pan temu!

-- Zaprzecz pan temu! -- zaskrzeczał jak mały psiak Julusiek i w ekstazie tryumfu usiadł na stole, gdy tymczasem Maryan wciąż kołysał się na krześle, patrząc z pod oka na nauczyciela.

Pan Wentzel był przybity.

Rzeczywiście, nie dalej jak wczoraj, smarował rano bielące się wśród czarnej skóry butów skarpetki... smarował atramentem, aby nie przeświecały zanadto, gdy wejdzie do sali jadalnej lub salonu.

Milcząc, ujął w rękę jedną z ciemno oprawnych książek, których stosy leżały na stole.

-- Zacznijmy wykłady od „Historyi świętej” -- wyrzekł cichym głosem.

Lecz Julusiek pragnął nasycić się swym tryumfem i cały wlazł na stół, strącając zabłoconemi nogami książki i zeszyty na ziemię.

-- Wziąłeś pan patyk... o! taki... umaczałeś pan w atramencie i smarowałeś pan buty...

Pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej.

-- Proszę zleźć ze stołu i usiąść przyzwoicie, inaczej przerwę lekcyę...

-- Wielka będzie szkoda... -- mruknął Maryan.

Julusiek odsunął się trochę i podwinął nogi pod siebie.

-- Jedź pan -- wyrzekł -- mnie to nie przeszkadza, ja i tak mogę pańskiego bajdurzenia słuchać.

Pan Wentzel otworzył książkę i powoli zaczął przewracać kartki ozdobione rycinami.

-- Skończyliśmy na Samsonie i ucięciu włosów -- zaczął połykając ślinę -- wiecie, że uczyniła to Dalila i...

Na twarzach chłopców pojawił się dziwny wyraz.

-- Musiała to być szykowna kobieta -- mruknął Julusiek, uśmiechając się rozkosznie. -- Prawda, Maryan?

Lecz Maryan zwrócił się teraz ku panu Wentzlowi i patrząc wprost na twarz nauczyciela zapytał:

-- Jak pan sądzi? brunetka była? co?...

-- Nie wiem! -- odparł nauczyciel.

-- Daj pokój, Maryanie! -- wrzasnął Julusiek -- albo on się zna na tem.

-- Hm!... -- odrzekł Maryan -- jest przecież mężczyzną.

-- E! taki tam! -- Boże się zmiłuj!....

Pan Wentzel zerwał się z miejsca.

-- Cicho! -- krzyknął, uderzając książką o stół -- cicho!... bo....

Głos mu uwiązł w gardle.

Maryan i Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali mu się impertynencko.

Tyle ironii mieściło się w wyrazie twarzy tych przedwcześnie rozwiniętych dzieci że nauczyciel najczęściej czuł swą sztuczną energię jakby zmrożoną i w głębi serca doznawał dziwnego ściśnienia, które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł swą bezsilność i milknął, połykając łzy i upokorzenie.

Tych dwóch malców w kraciastych kurtkach, nie dorastających mu do pasa, tyranizowało go i kark mu do ziemi chyliło.

Cóż począć miał?

Podszedł do okna i machinalnie otworzył lufcik. Świeże, wiosenne powietrze wpłynęło nagle do pokoju...

Wentzel cofnął się od okna, jakby nagle upojony.

Przymknął oczy i stał tak blady, nędzny w smudze świetlanej, która kładła żółte i białe tony na twarz jego znędzniałą.

-- Moźebyś pan kończył lekcyę!... -- odezwał się nagle Maryan, znudzony milczeniem nauczyciela.

-- To się wie -- dorzucił Julusiek -- pan zbijasz bąki jak jaki radca. Nic pan w lufciku nie wystoisz! Jeszcze panu oko spuchnie!

Pan Wentzel powoli odwrócił się i zbliżył do stołu. Na twarzy jego malowała się smutna rezygnacya. Usiadł na krześle i unikając spojrzenia w twarze chłopców, rozpoczął wykład:

-- Wiecie, że Samson był bardzo silny, wiecie, że gdy oparł się o kolumny świątyni, ramionami wstrząsnął, kolumny w gruzy się rozsypały i dach cały runął....

-- Albo to prawda -- przerwał Julusiek, uśmiechając się sceptycznie.

Maryan poprzestał na ironicznem wzruszeniu ramionami.

Pan Wentzel ciągnął dalej:

-- Dach cały runął, przygniatając zgromadzone tłumy. W ten sposób więc nieprzyjaciele Samsona...

-- E! to taka prawda jak to, że Ewa jabłko zjadła... -- przerwał znów Julusiek.

-- Pokonani zostali... -- brzmiał głos nauczyciela.

Teraz Maryan poruszył się na krześle.

-- A Adam ogryzkiem się udławił.... -- wyrzekł śpiewającym głosem.

I gdyby nie Dalila, która...

Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały jedynie chyba dla niego samego. Dzieci podbudzone w swej przekornej wesołości, jak piłkę odrzucały sobie wzajemnie, legendy podawane im przez nauczycieli za fakta. Dla nich, dla tych rozbudzonych przedwcześnie umysłów nie istniał już żaden urok naiwnej wiary -- ze śmiechem i drwinami szarpali treść Pisma, nie mogąc jeszcze zrozumieć przenośni.

Pod gradem tych słów wyziewanych przez drobne dziecięce usta, które zda się stworzone były do szeptania modlitwy -- pan Wentzel siedział przybity, bezsilny -- z głową na piersi zwieszoną. Codziennie powtarzało się to samo.

Codziennie nauczyciel i jego słowa były przedmiotem szyderstw, żartów i śmiechu.

Julusiek leżał teraz już na stole, wywijając z radości nogami, Maryan napawał się spokojnym tryumfem i pełen nieopisanej błogości wydymał usta do niebywałych rozmiarów.

-- Jak tam było z tym Noem? Opowiedz pan, panie Wentzel!

-- Albo z tym Dawidem!

-- A Zuzanna? co?...

Płomienie przebiegły zmysłową twarz Maryana.

-- Tak! tak!... Zuzanna!... to pyszny kawał!...

I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się z piersi dzieci wrzaskliwy śpiew:

„Hopsztynder!.. Madaliński Fiuta!... Z kopyta!... Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie Z Barabaszem mazura!...”

-- Proszę o spokój!... -- jęczy błagalnie pan Wentzel.

„Hej kolęda!... kolęda!... Podobał się Jewie! jeździ na cholewie A boso go znać!... znać!... znać!...”

Pan Wentzel głowę ukrył w dłonie.

„A boso go znać!...”

Lecz nagle drzwi się otwierają, i dwie postacie kobiece ukazują się w progu.

-- Co się to dzieje? -- pyta pani domu, chuda, płaska blondynka -- nosząca na schylonych ramionach fałdziste szaty wdowie.

-- C'est atroce! -- odzywa się druga, odpinająca żwawo guziki zniszczonego płaszczyka.

-- Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić na coś podobnego?!

Pan Wentzel powstał już z krzesła i w milczeniu układa książki i zeszyty. Czuje, że wszystko, co powie na swoje usprawiedliwienie, na nic się nie przyda.

W przekonaniu matki -- „dzieci” są trochę rozpuszczone... ale ostatecznie można na nich lekarstwo znaleźć i do posłuszeństwa doprowadzić.

Wprawdzie ona sama nigdy dokazać tej sztuki nie mogła, ale... przecież... pan Wentzel jest mężczyzną! Powinien umieć nakazać szacunek dla swoich słów i osoby.

Więc -- słodko-kwaśnym głosem mówi to wszystko a słowa jej jak uderzenia bicza smagają zbolałą głowę nauczyciela.

Tak! tak!... pani ma zapewne racyę -- każdy inny na jego miejscu poradziłby sobie z pewnością, tylko on! on! nie wie, nie umie poskromić swych uczniów, nakazać ciszę i potrzebny spokój.

-- Uważasz pan... -- ciągnie dalej pani Szymczyńska a głos jej płynie łagodnie, jak szmer strumyka -- Julusiek i Maryan są dzieci wyjątkowe, należy więc z niemi postępować w wyjątkowy sposób. Tymczasem pan!

Wyjątkowe dzieci z niezrównaną ironią spoglądają na pana Wentzla, który zmieszany, drżący, spłoniony -- szorując nogami po podłodze, ustępuje przy stole miejsca guwernantce, która, wytarty płaszczyk ostrożnie na łóżku Julusia złożywszy, przystępuje do krzesła z bardzo wojowniczą miną.

Matka tymczasem zachwyconym wzrokiem ogarnia pełne policzki Maryana i żółtą głowę Juluśka, który zdecydował się wreszcie zsunąć ze stołu i usiąść na poręczy krzesła.

-- Tak! tak! wyjątkowe dzieci! -- powtarza machinalnie a po bladych jej ustach przebiega uśmiech zadowolonej macierzyńskiej próżności.

Pan Wentzel pochyla pokornie głowę i odwróciwszy się, drżącemi rękami szuka w pudełku zastępującem mu szafę, czystej chustki i swej wytartej portmonetki. Pudełko to stoi pod jego łóżkiem, biednem, smutnem posłaniem opuszczonego wyrobnika, narzuconem dla decorum szafirową kapą, stanowiącą własność pani domu, którą skromny kocyk biednego chłopca raził i harmonię przyzwoitego umeblowania dziecinnego pokoju psuł zupełnie.