Język Polski, 1920, nr 3 (maj/czerwiec)
Part 4
Przytoczyłem umyślnie w całości ten ustęp, żeby dać wyobrażenie o naiwności pierwszych prób teorji językoznawstwa i o trudnościach, z jakiemi myśl ludzka musi walczyć; i Platon zresztą sam miał wątpliwości, bo w dalszym ciągu stwierdza, że tej zasady nie można ani w przybliżeniu przeprowadzić, że zatem niema mowy, aby istota rzeczy odkrywała się nam w nazwach. Zwracam jeszcze uwagę na to, że w tych wywodach mieszano w starożytności ciągle głoski z literami, jak to wyraźnie widać z uwagi o _alpha_ (_a_) i _ēta_ (ē) a z pewnością na wyobrażenie o ’cienkości’ głoski _i_ lub okrągłości _o_ wpływała także zwykła ich postać pisana. Pomijam w dalszym ciągu zupełnie etymologje dziecinne i niemożliwe zarówno w Kratylu jak wogóle u starożytnych oraz wszystkie myśli i argumenty, przytaczane na korzyść jednej lub drugiej zasady, bo zajęłoby to bardzo dużo miejsca bez szczególnego pożytku. Wystarczy stwierdzić po pierwsze, że mimo wszelkich naiwności i nieścisłości widać czyto w roztrząsaniach platońskich, czy dalszych, pewne słuszne obserwacje i myśli, tylko że się niestety odrazu wykrzywiały i zbaczając z właściwej drogi dochodziły do nonsensu; powtóre zaś, że raz postawiony problem φύσει-δέσει nadawał w dalszym ciągu kierunek myśleniu o rzeczach językowych. Stoicy opowiadali się przy zasadzie φύσει, ale rozróżnili naśladowanie głosem _bezpośrednie_, zatem onomatopeje w ściślejszem tego słowa znaczeniu od _pośredniego_, gdzie wygląd wyrazu odpowiada rzeczy tylko pośrednio, _symbolicznie_, która to zasada, przybrawszy różne szczegółowe zastosowania, pozwoliła stoickiej i wogóle starożytnej etymologji wyprawiać prawdziwe orgje—bezmyślności. Daleko mądrzejszą formę nadał zasadzie φύσει Epikur, którego myśl szła w kierunku psychologicznym (wbrew logicznemu kierunkowi stoików i innych) i ewolucyjnym. Epikur stwierdza, że początek mowy nie może polegać na ’umowie’, na jakimś dowolnym układzie, tylko leży w naturze człowieka. Lukrecjusz wyraża to w ten sposób: Nonsensem jest mniemać, że ktoś na początku ponadawał nazwy rzeczom i że ludzie od niego się nauczyli pierwszych wyrazów, bo dlaczegóż on by to był mógł robić i tworzyć różne brzmienia, a inni nie? Gdyby zresztą już przedtem nie używano wyrazów, to skąd pojęcie o ich użyteczności, i jak ów pierwszy twórca mógłby był dać się innym zrozumieć?... wreszcie co jest tak dalece w tem dziwnego, że ludzie, mając przecie głos i język, oznaczali rzeczy rozmaitemi brzmieniami doznając rozmaitych wrażeń, skoro bydło i zwierzęta rozmaite a różne głosy wydają doznając strachu, bólu lub zadowolenia? I wywodzi dalej, jak całkiem inaczej psy warczą ze złości, a na cały głos ujadają, albo szczekają i skuczą bawiąc się lub łasząc, a wyją zamknięte w domu lub skowytają unikając bicia itd.(10) W ten sposób obok tamtej naśladowczej, to jest teorji naśladowania dźwiękami, powstała teorja przyrodzonych głosów, wydawanych w różnych nastrojach i uczuciach, która jednak chcąc wyjaśnić dalszy rozwój mowy i skojarzenie pewnych brzmień z pewnemi wyobrażeniami, uciekała się znowu do zasady δέσει, łącząc w ten sposób obydwie podstawy, indywidualnie przyrodzoną i społeczną. Filozoficzna myśl Epikura, jak w innych kierunkach, tak i w tym nie znalazła samodzielnych kontynuatorów, a wogóle już ani starożytność ani średnie wieki nie wniosły żadnych nowych momentów ani myśli do nauki o języku. Średnie wieki zajmowały się żywo mową i wyrazami, ale w ścisłym związku z wielkim sporem nominalistów i realistów. Świeży powiew jak w innych dziedzinach tak i w naszej znać u Bakona; potężny umysł Locke’a rzucił i w tych zagadnieniach niejedną trafną i opartą na prawdziwym zmyśle rzeczywistości uwagę; ale prawdziwy postęp i żywszy rozwój w zdawaniu sobie sprawy z języka i jakby przygotowanie do językoznawstwa, które miało powstać w 19 wieku, przyniósł dopiero wiek 18 od Condillaca, Rousseau’a i Herdera począwszy. Ale wszystko to były jeszcze przeważnie spekulacje, na niedostatecznej obserwacji oparte; a w dalszym ciągu zostały przeważnie zapomniane; tak że w wieku 19 po epoce romantyzmu, który się odwrócił od wieku oświecenia, nie zdając sobie sprawy że ten był jego jeżeli nie ojcem to piastunem, teoretyczna myśl językoznawcza znowu przeważnie całkiem na nowo i niezależnie zaczęła pracować w ostatniej ćwierci tego ubiegłego stulecia, podnosząc się nadzwyczajnie na początku obecnego. Ponieważ w krótkich i dla szerszych kół przeznaczonych artykułach ani można ani trzeba szeroko roztaczać rozwojową stronę kwestyj choćby najważniejszych, przeto obecnie przejdę do rozpatrzenia rzeczywistych podstaw, do realnych faktów językowych, które w zakresie pytania o początku mowy i stosunku brzmienia do znaczenia możemy wziąść pod rozwagę; zaś zdążając na tej drodze do możliwie jasnej odpowiedzi wplotę ważniejsze poglądy i nazwiska, które się tu zaznaczyły aż do ostatnich czasów, w formie krytycznych uwag jużto zgody jużto sprzeciwu.
_Jan Rozwadowski._
RECENZJE.
_Mikołaj Rudnicki_, prof. uniw. poznańskiego. Wykształcenie językowe w życiu i w szkole. Poznań 1920. VIII + 240.
»Część I. _Wartości wychowawcze_ nauki języka ojczystego (polskiego) (str. 21—58). Cz. II. _Zakres nauczania_ języka ojczystego na średnim stopniu wykształcenia (59—100). Cz. III. _O metodach_ nauczania języka ojczystego (101—162). Cz. IV. O osiąganiu _celów ubocznych_ przy nauce języka ojczystego (163—240)«. Jak widać z tego przeglądu treści, nie było zamiarem autora napisanie szczegółowej metodyki nauki języka polskiego, ale danie pojęcia o ogólnem znaczeniu tego przedmiotu w życiu i o wynikających stąd rozmiarach i sposobach uczenia go w szkole. Tak ujęta książka jest w naszej literaturze nowością i już z tego powodu zasługuje na rozpowszechnienie tak między nauczycielami, jak i w szerszych kołach, poważniej zajmujących się wychowaniem. Zasługuje na to tem bardziej, że oparta na wynikach dzisiejszego językoznawstwa umiejętnego, jest też rezultatem poważnej pracy myślowej nad przedmiotem. Strony ujemne wynikają z indywidualności autora, której mu na szczęście nie brak, a objawiają się to w pewnej pryncypjalności, to znów w zbyt drobiazgowem rozpatrywaniu rzeczy prostych.
Streszczać książki nie mam zamiaru, powiem tylko kilka uwag o różnych jej częściach. Część I bardzo jest pożyteczna, skoro—jak wiadomo—gramatykę języka ojczystego traktuje się przeważnie jako martwą formę bez treści, jak jakąś naukę pomocniczą dla literatury i t. p. Czytelnik, zdala stojący od językoznawstwa, dowie się z tej części coś o istocie języka, o jego ścisłym związku z kulturą i z innemi naukami. Ale autor, wielbiciel swego przedmiotu, czasem trochę przesadza. »Zdejmuje (go) zdziwienie, dlaczego dzisiejszą logikę i psychologję tak się starają związać przedewszystkiem z matematyką, skoro wymienione dwie dyscypliny znacznie mają więcej wspólnego ze zjawiskami językowemi...« (str. 38). Mnie to—przyznam się—nie dziwi: choć sam jestem językoznawcą, rozumiem, że logika i matematyka, jako jedyne nauki dedukujące, stoją z sobą w najbliższym związku i przeciwstawiają się wszystkim innym, tak przyrodniczym jak humanistycznym; co do psychologji zaś godzę się najzupełniej, że zbliżenie jej do językoznawstwa bardzoby się jej przydało, ale żeby ją dziś chciano przedewszystkiem wiązać z matematyką, o tem nie słyszałem. Albo: »dokładne studjum języka... wyrabia niesłychanie giętkość umysłową, subtelność spostrzeżeń, a co może najważniejsze, objektywność w ocenie ludzi« (str. 39). Na wielką wartość tego studjum dla wyrobienia giętkości i subtelności umysłu zupełnie się godzę, ale trudno mi jakoś uwierzyć, by ono szczególnie pomagało do wyrobienia objektywności w ocenie ludzi. Gdy czytam takie zdania, boję się, by skutek nie był wręcz przeciwny zamierzonemu: by czytelnik nie pomyślał, że autor tak samo przesadza _całe_ znaczenie języka i rolę jego w wychowaniu. Zapewne, są książki, które właśnie swoim bezwzględnym zapałem i pędem porywają i licznych zdobywają adeptów, ślepych potem na słabe strony teorji, ale tutaj nie idzie o jednanie wyznawców, tylko o rozumowe przekonanie wychowawców i nauczycieli.—Tu i ówdzie możnaby coś podobnego powiedzieć i o części IV, ale mimo wszystko podnieść trzeba, że wykazywanie wartości studjów językowych dla wprawy stylistycznej, kształcenia woli i charakteru, wykształcenia estetycznego i etycznego, dla wzmacniania organizacji narodowej może wywołać u czytelników rozważania nad zakresami, które większości z nich nigdy na myśl nie przychodziły. Słusznie zaś mówi autor w przedmowie, że pierwszą przyczyną niechęci do rozszerzania nauki o języku jest obawa przed czemś nieznanem. Jeżeli mu się więc uda trochę tę ignorancję przetrzebić, to już będzie miał zasługę, choćby w szczegółach niezawsze przekonał.
Rozdziały o zakresie a zwłaszcza o metodzie nauczania języka, zasługiwałyby na wyczerpującą analizę w piśmie pedagogicznem; dla »Języka polskiego« byłaby to rzecz zbyt szczegółowa. Nie mogę jednak pominąć jednego punktu, o gramatyce Małeckiego. Pisząc książkę ogólną, autor podręczników szkolnych zasadniczo nie analizuje, musi więc zdziwić osobny rozdział, zatytułowany: »Pobieżny szkic uzupełnień podręcznika Małeckiego dla szkół średnich« (str. 86-100). Widocznie autor—w przeciwieństwie do ogółu językoznawców—uważa go za względnie najlepszy, zwłaszcza skoro twierdzi, że »naogół rzecz biorąc, daje on potrzebne pogłębienie« (str. 85). Ale na tejże stronie mamy następującą o nim opinję: »Należy zeń usunąć _wielką ilość rzeczowych błędów_, a z drugiej strony trzeba go _uzupełnić w bardzo wielu punktach_ np. w dziale historycznym, wiążąc jego treść językową z logiką i psychologją, jakoteż z ogólną wiedzą o języku. Wreszcie nie należy zapominać o _zupełnej zmianie punktu widzenia_, jakąby należało przeprowadzić. Wprawdzie mamy uczyć poprawnego języka literackiego; co do tego niema najmniejszej wątpliwości, ale rzecz jest w tem, że także i języka literackiego niepodobna traktować jako czegoś, co się da wyjaśnić i ustalić _dowolnemi przepisami, o charakterze prawno-karnym_(11), jak to przeważnie jest u Małeckiego«. Najzupełniej się godząc na tę opinję, nie mogę się powstrzymać od zdumienia, jak można taką gramatykę zalecać; po dokonaniu żądanych przez autora zmian i dopełnień nie zostałby z Małeckiego kamień na kamieniu. Czyż nie o wiele prościej wziąć zamiast tego znacznie lepsze gramatyki Szobera lub Steina?
Mam więc co do książki prof. Rudnickiego sporo zastrzeżeń. Mimo to nie waham się jej bardzo zalecić jako rzecz bogatą w treść i samodzielnie przemyślaną. Dokładny przegląd treści ułatwia orjentowanie się.
_K. Nitsch._
TOWARZYSTWO MIŁOŚNIKÓW JĘZYKA POLSKIEGO
W maju b. r. zawiązało się Towarzystwo Miłośników Języka Polskiego, którego statut, zatwierdzony przez Namiestnictwo dnia 2 czerwca 1920 L. 41171/1057 / XIII a/1920; zamieścimy w następnym numerze Języka Polskiego. Towarzystwo ukonstytuowało się d. 27 maja 1920, wybierając Zarząd główny, który następnie d. 15 czerwca ukonstytuował się w następujący sposób: przewodniczący Rozwadowski, zastępca Nitsch, sekretarz Piekarski, skarbnik Jaworek, nadto Łoś i Chomiński.
W myśl § 7. uw. statutu Zarząd główny delegował do Zarządów okręgowych, dla Krakowa: pp. Jaworka, Łosia, Nitscha, Piekarskiego; dla Warszawy: pp. Baudouina de Courtenay, Benniego, Szobera; dla Lwowa pp. Gawrońskiego, Ułaszyna, Witkowskiego; dla Poznania: pp. Lehra-Spławińskiego, Rudnickiego, Steina.
D. 26 czerwca b. r. odbyło się pierwsze publiczne zebranie, na którem szereg osób odrazu zgłosił swe przystąpienie do Towarzystwa. Wkładka na rok 1920 wynosi 40 marek p., za co członek otrzymuje Język Polski. Zgłoszenia przyjmuje p. Piekarski Kazimierz (adres tymczasowy: Polska Akademja Umiejętności w Krakowie).
SPIS RZECZY: Nowa zasada rymowa _K. Nitscha_.—Nowa redakcja przepisu o dzieleniu wyrazów _J. Łosia_.—Liberum veto choćby—w ortografji _K. Nitscha_ i _J. Rozwadowskiego_.—O zjawiskach i rozwoju języka. 8. Dźwięk a znaczenie. Początki mowy _J. Rozwadowskiego_.—Recenzja _K. Nitscha_.—Towarzystwo Miłośników Języka Polskiego.
CENA ZESZYTU M. 250.
Przedpłatę przyjmuje księgarnia Gebethnera i Sp. w Krakowie.
Drukarnia Uniwersytetu Jagiell. w Krakowie pod zarządem J. Filipowskiego.
1 Grammatik der altbulgarischen (altkirchenslavischen) Sprache. Heidelberg 1909, str. 53-4.
2 Możnaby mieć wątpliwości co do _czw_, ale to, zdaje się, nie zachodzi wcale w środku wyrazów prostych; _po·czwara_ dzielimy tak, jak _po·twora_.
3 Przez zwartą rozumiemy też zwarto-szczelinową, a więc nietylko _p_, _b_, _t_, _d_, _k_, _g_, ale też _c_, _dz_, _ć_, _dź_, _cz_, _dż_.
4 To jest: płynna ustna lub nosowa.
5 Który zresztą wypowiada wprawdzie pesymistyczne zapatrywania na nową ortografję, ale mimo to stosuje ją w swym »Poradniku językowym« czyli liberum veta bynajmniej nie głosi.
6 Zeitschrift fur roman. Philologie 21, 199.
7 Grammaire historique de la langue française, 4 § 544
8 Essai sur la philosophie des sciences (I) XLVI nast.
9 Über den Naturlaut (Berlin 1853), 4.
10 de rerum natura 5, 1039 nast.: proinde putare aliquem tum nomina distribuisse | rebus et inde homines didicisse vocabula prima, | desiperest. nam cur hic posset cuncta notare | vocibus et varios sonitus emittere linguae, | tempore eodem alii facere id non ąuisse putentur? | praeterea si non alii quoque vocibus usi | inter se fuerant, unde insita notities est | utilitatis et unde data est huic prima potestas, | quid vellet, facere ut scirent animoque viderent? | ... postremo quid in hac mirabile tantoperest re, | si genus humanum, cui vox et lingua vigeret, | pro vario sensu varia res voce notaret? | cum pecudes mutae, cum denique saecla ferarum | dissimilis soleant voces variasque ciere, | cum metus aut dolor est et cum iam gaudia gliscunt, itd.—w zgodzie z krótkiem streszczeniem tego stanowiska, jakie daje sam Epikur u Diogenesa z Laerty 10, 75—6.
11 rozstrzelenia moje.