Jeden miesiąc życia: utwory prozą
Part 9
ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną, później zupełnie szczerą wesołością]. O, już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu na to. Ile masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze]. Siedemdziesiąt pięć centimów; trzeba zmienić _menu_. Ja i to umiem. Niedarmo czytywałam w Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy gospodarskie: najpierw wspaniały obiad, a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo. Więc teraz będzie tak: sardynki są nieświeże w lecie--zawsze mię tak uczono--a róże od wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt centimów, chleb dziesięć, jeszcze nam zostanie cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].
KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, wolę sam iść. Nie chcę żebyś teraz tyle chodziła po świecie, zmęczysz się...
ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po sprawunki. Czy ty?...
KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie, aby iść na dół po obiad!
ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym ja się nie zmęczyła? Nic więcej?
KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.
ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi. Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].
Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się niczego nie domyśla! Może to ja się łudzę? Nie, nie, to się czuje. I nie mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w Journal'u mu wymówiono popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś, dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże, Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca kartki, czyta bardzo wolno i cicho].
Les sanglots longs Des violons De l'automne, Blessent mon coeur D'une langueur Monotonne.
[ciszej jeszcze].
Et je m'en vais Au vent mauvais, Qui m'emporte De ça, de là Pareil à la Feuille morte.
Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek? [stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej].
ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca]. Andrzej!
ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wieczór Zofio!
ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?
ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspokój się. Przyszedłem teraz, bo tylko ciebie chciałem widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem w Berlinie, w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem już od miesiąca i dopiero wczoraj wieczorem cię spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą stało? Jak ty wyglądasz tutaj?
ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co się ze mną stało, czy ja wiem.
ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może. Za coś ty mnie opuściła? Bez słowa jednego rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze, z biura, przychodzę do domu, szukam cię po wszystkich pokojach. Służący powiada mi, że pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to być nie może, ja temu nie wierzę--to nieprawda, to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie, moja matka codzień pyta się ciebie--ona kochała cię jak własną córkę. A ty taka święta, taka czysta, ty tutaj, ty...
ZOFIA [szybko]. Nie mów! nie myśl tak o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz, tyś był moim mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta, nie, nie rozpusta, co mnie tu przywiodła, [prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...
ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego bólu]. Nie?... Wiec tyś mnie nie kochała--to był fałsz, twoja miłość, twoje szczęście, uśmiechy, wesołość, pustota. To była komedya, twoja radość, te podróże nasze... Jak dziecko nosiłem cię na rękach. Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś mi ręce na szyję. To była komedya.
ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem]. Tyś był bardzo silny, Andrzeju.
ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty nie byłaś szczęśliwą ze mną? Powiedz, powiedz!
ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi się może zdawało niegdyś; nie, nie było we mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam szczęśliwą. Ale ja i tu nią nie jestem.
ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu? Co ja ci zawiniłem Zofio?
ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie gardź mną. Ty nawet nie wiesz, jak ja cię szanuję. Mnie dużo, dużo mówiono o tobie, jeszcze nim byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia, kiedy ja o tobie pomyślę. Ale ja nie mogłam; ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie, otoczyłeś mnie bogactwem, przepychem...
ANDRZEJ [pół szyderczo]. Ty myślisz, że chciałem cię kupić...
ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko. Byłam biedną głupią panienką. Ty z twojem nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś mógł się ożenić nie wiem z kim, tyś wybrał mnie, dałeś mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża się ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, ja ciebie przepraszam bardzo [chce całować jego rękę].
ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!
ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu rękami o stół]. Byłam głupiem, lekkomyślnem dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o życzeniach moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, nie pokazałeś mi, co to jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. Mnie przy tobie było za dobrze. O! nie łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było bardzo żal, i twojej matki, i małej Anki, która codzień przychodziła do cioci Zosi--wyście wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was było żal dla siebie samej. A on jest taki biedny, taki sam. Ty masz matkę, Ankę, ciebie tylu ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie tak życie, praca twoja pochłaniała.--A w nim się dusza tak męczy, rwie, miota--ja się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat się zastrzelił, on zawsze nosi rewolwer przy sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą trwogą]. Przebacz mi, ja nie mogę już teraz kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?
ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak; masz racyę. Mnie kochają moi robotnicy, urzędnicy, wszyscy chłopi u nas w Golewicach. I ja ich kocham. Los dał mi majątek, dał mi obowiązki. Tyś nie była przy śmierci mego ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę. Ale i ja chciałem mieć coś wyłącznie dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym blaskiem moim. Chciałem cię mieć tak radosną, chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby nic nie płoszyło twojego uśmiechu. Nie mówiłem ci nigdy o zgryzotach swych, o zawodach. Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo ciężko--ale nie mylisz się--mnie się nic nie stanie, mnie się nie może nic stać...
ZOFIA [boleśnie]. Nie mów, nie mów...
ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to kryć. Oni nie wiedzą o niczem. Ty dla nich jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed matką, ale matka moja nawet sobie nie wyobraża, że coś podobnego być może; jej się w głowie pomiesza, jeśli się dowie...
ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.
ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu, ty wrócisz do mnie, ty musisz wrócić. Zapomnimy o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie. Tak, ja byłem szczęśliwy, silny, dumny, ale i ja tak chciałem być kochany. Jeśli nadzieję stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę wiedział już, żeś mnie oszukiwała zawsze. Nie byłem kochany nigdy--powiedz jest-żem podlejszy od innych?
ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś chciał mnie dzisiaj mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty naprawdę sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć do twej matki?
ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie nie poświęcaj, Zofio; a ja, ja zapomnę. Ty wiesz że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. Nie odtrącaj mnie od siebie!
ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie można, nie można.
ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go znam, on spali ciebie i siebie. On ciebie nie kocha.
ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do mnie.
...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę.
ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. Ja nie kłamię. Tyle wiesz o mnie, żem nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, że on cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, rozbite, które nic nie stworzą i nic nie oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, on cię zabrał na nędzę, srom i hańbę--i on ciebie kocha!
ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on mnie kocha nad życie. Ty jego nie potępiaj, ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest winien.
ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj się nad sobą. Ufaj mi. Gdybym wiedział, że znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie miała, że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, niezależność, nie widziałabyś mnie więcej, nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. Nie zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem ci szczęścia, mniejsza więc o mnie. Przysięgałem ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś moją żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się zgubiła--a tu czeka cię tylko zguba. Możesz nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd uciekaj!
ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. Ty mnie zabijasz twą dobrocią. Ty jesteś święty--a ja taka podła byłam z tobą. [prawie owładnięta już płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że ja ciebie kochałam, ja może i dziś ciebie jeszcze kocham...
ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, wrócisz?
ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, nigdy. Ty się nie łudź, Andrzeju... Ja się będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć pod twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, ale ja nie wrócę, nie! Słuchaj, gdybym go nawet kochać przestała, gdyby on nie żył, nie wrócę do ciebie, nie wrócę...
ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?
ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. Tak, tak kocham jego, jego--i już nie tylko jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od Andrzeja, pada na kanapę, kryjąc twarz w ręce].
ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie, prawie bezmyślnie] Jezus Marya... [spokojnie] O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca się ku wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski podchodzi zwolna na przód pokoju].
KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej [do Zofii, która patrzy nań prawie osłupiała]. Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie więcej kochał.
[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać strzał i odgłos ciała, spadającego po schodach].
ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy]. Aah!
Koniec sztuki.
TREŚĆ.
Str.
JEDEN MIESIĄC ŻYCIA 1
HAMLET 65
PRZYSIĘGŁY 85
SPOTKANIE 115
W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka 133
PIERWSZY WIERSZ 145
TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie 159
Uwagi do wydania elektronicznego.
Dokonano następujących poprawek:
str. tekst pierwotny tekst poprawiony uwagi
9 podobało sie podobało się 'e' zamieniono na 'ę'. 10 doskonanym doskonałym 'n' zamieniono na 'ł'. 10 powiedzizć powiedzieć 'z' zamieniono na 'e'. 15 gruduia grudnia 'u' zamieniono na 'n'. 38 modgło, mogło. Przecinek zamieniono na kropkę. 40 yną jedyną 'yną' zamieniono na 'jedyną' 41 swiata świata 's' zamieniono na 'ś' 47 zwierze zwierzę 'e' zamieniono na 'ę' 57 do po 'do' zamieniono na 'po' 62 Włbściwie Właściwie 'b' zamieniono na 'a' 62 planu, planu. Przecinek zamieniono na kropkę 63 jakdybym jakgdybym 'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym' 78 Naprożno Napróżno 'o' zamieniono na 'ó' 87 wszyskie wszystkie Dodano 't'. 95 znanym znanym. Dodano kropkę 120 »» » Usunięto cudzysłów. 122 dostrzedz dostrzec 'dz' zamieniono na 'c'. 124 kolana, kolana. Przecinek zamieniono na kropkę. 143 niobezpieczeństwo niebezpieczeństwo 'o' zamieniono na 'e'. 143 Czemu Czemu, Dodano przecinek. 148 wyobrażnia wyobraźnia 'ż' zamieniono na 'ź'. 149 tęskoty tęsknoty Dodano 'n'. 153 jakydyby jakgdyby 'y' zamieniono na 'g'. 162 Uspokój - że Uspokój-że Usunięto przerwy. 167 chciałem chciałam Poprawiono rodzaj. 170 widziałem widziałam Poprawiono rodzaj. 170 KARSKI KARSKI. Dodano kropkę. 176 w Journalu w Journalu. Dodano kropkę. 177 czytywałem czytywałam Poprawiono rodzaj. 178 łudzą łudzę Poprawiono osobę.