Grażyna: Powieść Litewska

Part 2

Chapter 2 2,782 words Public domain Markdown

Rymwid daremnie jeszcze chwilę badał; Odszedł nareszcie, i w lewym balkonie Giermka obaczy, który z Niemcy gadał. Słucha ciekawie, lubo ku tej stronie Nie szła rozmowa i wiatr ją okradał; Wtem giermek ręka ukazał ku bronie: Coby oznaczał, Rymwid łacno zgadał. Strasznie to pychę Krzyżaka ubodło, Zbiegł, chwycił konia, poskoczył na siodło: "Przysięgam--wrzeszcząc--gdybym nie był posłem, Przysięgam na ten krzyż, komtura znamię, Iż za obelgę, którą dziś poniosłem Prędkoby zemstę znalazło to ramię. Między monarchy na poselstwach wzrosłem; Ni przy cesarskiej, ni papiezkiej bramie Nie spotkało mię, co u twego panka: Pod gołem niebem doczekać się ranka; Iść precz, za czyim, za giermka rozkazem! Ale ostrzegam, że nas nie ułowi Pogański wykręt i nie minie płazem! Wołać nas wrzekomo przeciw Witołdowi, A potem wspólnem otoczyć żelazem! No, obaczymy, czy Witold odbije Ten mlecz, zanadto waszej blizki szyje!

"Powiedz książęciu, jeźli nie dowierza, Sam niechaj spyta, powtórzyć gotowem, Choć razy dziesięć temże samem słowem, Teraz i zawsze: bo ze słów rycerza Nic nie wyrzucić, jak ze słów pacierza, A com rzekł usty, prawicą dowiodę. Jama, którąście pod nami kopali, Na waszą własną wykopana szkodę, Dziś jeszcze, jeszcze tej nocy się zwali; Tak, jakem Ditrich Halstark von Kniprode, Komtur zakonu! Za mną Knechty dalej!"

Zaczekał jednak. Lecz po krótkiej zwłoce, Gdy nic nie słyszał, bramą w pole goni. Kiedy niekiedy zbroja zamigoce, Kiedy niekiedy podkowa zadzwoni, Kiedy niekiedy słychać rżenie koni; Coraz znikają w dali i pomroce-- Las ich nakoniec i góra zasłoni.

"Jedźcie szczęśliwie! Bogdaj wasza noga Nigdy w litewskiej nie postała ziemi!" --Rzekł Rymwid, patrząc z uśmiechem za niemi-- Dzięki, o księżno! Jaka zmiana błoga. Jak niespodziana! Proszę teraz, kto tu Pochlebi sobie, że zna serce cudze? Ów głos gniewliwy, owa postać sroga, Słowa wiernemu nie dał wyrzec słudze! Ptaszego, zda się, chciał pożyczyć lotu, By spaść co prędzej na Witołda głowę: Wtem jeden uśmiech i słówko miodowe Wytrąca oręż, zmusza do powrotu. Nie dziw, zapomniał starzec siwobrody, Że księżna piękna, a Litawor młody!"

Tak mówiąc z sobą, wzniósł do góry oczy: Może się lampa za kratą ukaże. Napróżno patrzył; ciemność okna mroczy; Wraca więc znowu i na ganek kroczy, Azali książę wołać nie rozkaże. Napróżno czekał, zapytywał straże, Zbliża się ku drzwiom, w pokoju noc cicha, A książę dotąd snem twardym oddycha.

"Cuda prawdziwe! Nie odgadnę cale, Jakim dziś wszystko idzie u nas torem: Niedawno wołał, w największym zapale, Rozkazał wojsko zgromadzić wieczorem, A sam śpi dotąd? miał wyciągnąć rano?-- Stoją rycerze od Niemców wezwani, A Niemcom z niczem odjechać kazano. Któż zaniósł rozkaz; oto giermek pani!--

"Ile z wczorajszej wróżyłem rozmowy-- Wprawdzie żadnegom nie słyszał wyrazu, Lecz długie proźby, głos pana surowy-- Miałażby księżna pomimo rozkazu Ważyć się sama aż na krok takowy, Ufna potędze niewieścich pieścideł?-- Lękam się bardzo, aby tego razu Zbytniej śmiałości nie puściła skrzydeł. Prawda, iż nieraz poczynała śmiele; Lecz to byłoby więcej, niż zawiele."

Dalsze rozmowy przerwał mu posłaniec, Który wszedł cicho i zdaleka mruga; Więc oba spieszą w zamku lewy kraniec. Ztamtąd krużgankiem w sieniach księżnej sługa, Wnet sama pani w sieniach go spotyka, Wprowadza i drzwi za sobą zamyka.

"Radco sędziwy, niedobrze się dzieje; Ale rozpaczy oddać się nie godzi: Jeźli nas dzisiaj zawiodły nadzieje, Szczęśliwsze jutro może wynagrodzi. Bądźmy cierpliwi: nie robić hałasu Między żołnierstwem i dworską gawiedzią; Posły odprawim do innego czasu, Ażeby książę nagłą odpowiedzią Nie przyrzekł Niemcom, póki zemstą płonie, Coby rad cofnął, gdy z gniewu ochłonie.

"Ty się nie lękaj: jakkolwiek wypadnie, Zamiarom pana nic się nie uszkodzi; I potem wojsko może zwołać snadnie, Jeżeli czas mu serca nie ochłodzi. Dzisiaj miał jechać, ale wyznam szczerze, Ja tak kwapionej wyprawie nie wierzę. Ledwie w domowe powrócony progi Wczoraj zaledwie z piersi złożył zbroję, Z dalekiej jeszcze nie wytchnąwszy drogi, Miałżeby znowu dziś ruszać na boje?"

"Co słyszę, księżno? Ty mówisz o zwłokach? Jak cię niestety rachuba omyli! Już jest zapóźno; już po tylu krokach Nie będzie czekał godziny, pół chwili-- Wreszcie obaczym. Lecz wprzód chciałbym wiedzieć, Jak przyjął książę wczorajszą namowę?"-- Grażyna właśnie miała opowiedzieć, Gdy ich zdarzenie pomieszało nowe.

Tentent jezdnego słychać na dziedzińcu, Zdyszały giermek dopada komnaty, Przynosi wieści od litewskiej czaty, Która po lidzkim biegając gościńcu, Teraz od Niemców dostała języka: Ze wódz krzyżacki jazdę z lasu ruszył, A za nią knechtów i obóz pomyka; I że przed świtem, jak czatownik tuszył, 1 jak niemieckie wyznawały brańce Chce miasto ubiedz i szturmować szańce.

Niechaj więc Rymwid wraz do pana skoczy, By go przebudzić i prędko uradzić-- Czyli na murach obrony rozsadzić, Czyli na polu Niemcom zajrzeć w oczy. Czatownik radzi, abyśmy nie skradli Do nich z ubocza, bo są niedaleko; Wprzód nim się knechty z działami przywleką, Abyśmy znagła na lud jezdny padli: Tak zapędzonym na chrapy i rowy, Łacno Rajtarom i Bratom łby zmieciem-- Potem Fusknechtów wziąwszy pod podkowy, Do szczętu plemię jaszczurcze wygnieciem.-- Mocno Rymwida dziwi ta nowina, Daleko mocniej dziwi się Grażyna.

"Giermku," zawoła, "kędyż są posłowie?" Umilknął giermek, a niepewne lice, I pytające topiąc w niej źrenice: "Co słyszę, księżno?" zdumiony odpowie, Alboż o własnem zapomniałaś słowie? Niedawno, kiedy piały drugie kury, Samaś mi rozkaz książęcy przyniosła: Ażebym biegał co prędzej do posła, I wyprawił go przed świtem za mury!"

"Tak," rzecze księżna, twarz odwraca zbladłą; Lecz pomięszanie, widne w jej osobie, Do ust wyrazy nieporządne kładło. "Tak, prawdę mówisz, przypominam sobie-- Jakże to wszystko z głowy mi wypadło! Biegnę--nie--stójmy--albo wiem, co zrobię--" Stanęła, milczy. Przymkniona powieka. Czoło pochyłe, w ktorem się przebija Jakaś myśl jeszcze ciemna i daleka; W niepewnych rysach okaże się, mija, I znowu wschodzi, całą twarz obleka. Dojrzewa zamiar, staje się wyrokiem: Już umyśliła, postąpiła krokiem.

"Tak jest, raz jeszcze idę budzić męża. Wojsko niech zaraz w drogę się wybiera. Ty, giermku, rozkaż osiodłać hestera, I wynieś resztę pańskiego oręża. Wszystko to ma być natychmiast gotowe! Przykazuję wam imieniem książęcia. Odpowiedź, starcze, wkładam na twą głowę. Jaki cel, kędy mierzą przedsięwzięcia, Nie gadać, ani pytać, do poranku. Idźcie, i pana czekajcie na ganku."

Wybiegła, drzwiczki za sobą zatrzasła. Wybiega Rymwid, a myśli po drodze: "Gdzie idę? po co? Wszak wojska i wodze, Już zgromadzone, już wydane hasła!"-- Odetchnął tedy, zwolnił nieco kroku, Stanął z nagiętem ku ziemi obliczem, I myśląc długo, nie myślał o niczem: Bo w mnogich zdarzeń i wniosków natłoku, Myśli samopas plączą się bezładnie, Ani ich rozum znużony owładnie.

"Próżno tu czekam. Już blizki poranek; Wkrótce się cała zagadka rozwiąże. Muszę z nim mówić, śpi, czy nie śpi książę."-- Więc stąpał prosto na pałacu ganek: A wtem się zlekka rozwarły podwoje. Litawor wyszedł sam jeden do sieni, Szatę miał, w jaką stroi się na boje, Całą od sutej błyszczącą czerwieni; Głowę pod chełmem; piersi, miasto zbroje, Pancerz obwijał z żelaznych pierścieni; W lewicy tarczę mniejszego obłęku, A pas od miecza na prawem niósł ręku.

Gniewem lub troską zdał się kołatany; Nierównym stąpał i niepewnym krokiem; Gdy się zbliżały rycerze i pany, Uczcić łaskawem nie raczył ich okiem. Drżący z rąk giermka wziął łuk i kołczany, Miecz nawet zwiesił po nad prawym bokiem, A chociaż wszyscy omyłkę widzieli, Przestrzegać pana nikt się nie ośmieli.

Już zstąpił z ganku, już chorągiew złota Wzniesiona, pocznie na dzień krwawy świtać, Miała go wrzaskiem i trąbami witać; Lecz dał znać ręka, aby zamknąć wrota-- Jechać w milczeniu i o nic nie pytać. A pacholiki i nadworne sługi Aż za most wywiódł na dziedziniec drugi.

Ztąd nie gościńcem puścili rumaki, Ale na prawo skręcając się dołem, Przepadli między kurhany i krzaki; Znowu ku drodze nawracają kołem: Wąwóz ciemnemi wiedzie ich zatoki, Ścieśnione coraz rozsuwając boki.

Jest od przekopów miejskich tak daleka, Jako niemieckiej broni grzmot doniesie, Mała, zaledwie znana komu rzeka, Wązkim korytem błądząca po lesie; Ku drodze jednak coraz szerzej ścieka, Gubiąc się w wielkim jeziora okresie; Puszcza okrywa z boków jej zwierciadła, A z przodu góra wyniosła usiadła.

Tam, gdy litewskie wymknęły się roty, Ujrzą wśród góry przy blasku księżyca, Zbroje, chorągwie, szyszaki i groty. Błysnęli, zagrzmi na hasło rusznica; Sypią się męże, ściskają się roty: Murem krzyżacka stanęła konnica.

Tak w noc miesięczną wyglądają świetnie Na czole Ponar zasadzone bory, Gdy z nich oskubie wicher szaty letnie, A rosa jasne wieszając bisiory, Nagle się mrozem w szron perłowy zetnie; Błędnym przechodniom zdają się u wniścia Lasy ze srebra, a z kryształu liścia.

Ten wzrok gniewy w książęciu poduszcza. Skoczył z wyniosłem nad głową żelazem; Wali się zbrojna w ślady jego tłuszcza. Ale się wodze dziwią, że tym razem Wojsko bez sprawy lada jako puszcza, Ani ich zwykłym ostrzeże rozkazem, Kędy sam myśli na czele ugodzić, A jakie skrzydła odda im przewodzić.

Więc Rymwid, pańską zastępując wolę, Obiega hufy, szykuje środ drogi; Wklęsłe ku górze Ściskając półkole, Pancernych w środek, łuczników na rogi; Tak zawsze Litwa zwykła stawić pole. Dał hasło: chylą majdany do nogi-- Warknęły struny, świsnęła strzał chmura, Jezus, Marya!--Naprzód, hop, hop, ura!

Dopieroż, drzewca ułożywszy w toku Zerwą się bliżej, pierś na pierś uderzy -- Za cóż wydarła potomnemu oku Noc i zwycięztwa i klęski rycerzy? Swoi i cudzy zmieszani w natłoku; Zewsząd szczęk razów, wrzask, chrzęsty pancerzy; Pryskają bronie, lecą chełmy, głowy, Co mlecz oszczędza, druzgocą podkowy.

Książę, jak skoczył, tak goni na czele, Ani się jeden między tłumem boi. Znają czerwony płaszcz nieprzyjaciele: Poznali godła na chełmie i zbroi; Cofa się, walcząc nieśmiała gromada, Zwycięzca pędzi i na karki wsiada.

Lecz któryż z bogów siłę w nim osłabił? Cóż ztąd, że zbiegłych natarczywie goni? Cóż ztąd, że bije? nikogo nie zabił. Bezwładna szabla po pancerzach dzwoni, Albo się zwija odbita żelazem Albo uchybia, albo idzie płazem

Czując Krzyżacy tak słabe natarcie Odzyszczą serce; z okropnym hałasem Nawrócą czoła, potkną się zażarcie, I gęstym włóczni otoczą go lasem; Czy przelękniony, czy splątany w tłumie, Brać ich na szable i tarcze nie umie.

Trudno mu było całą unieść szyję, Krzyżactwo zewsząd kole, strzela, siecze: Wtem huf litewski nawałę rozbije Biorąc go między puklerze i miecze: Ten słabe razy swojemi poprawia, A ten od cudzych razów go zostawia.

Już noc pierzchała, już różane włosy Zorza na wschodnim roztacza obłoku Bitwa wre dotąd, ślepe lecą ciosy, Ni w tył, ni naprzód nie ruszono kroku; A bóg zwycięztwa, przyszłe ważąc losy, Równy krwi ciężar ztąd i zowąd bierze, I szala dotąd w równej stoi mierze.

Tak ojciec Niemen, mnogich piastun łodzi, Gdy Rumszyckiego napotka olbrzyma: Wkoło go mokrem ramieniem obchodzi, Dnem podkopuje, pierś górą wydyma; Ten, natarczywej broniąc się powodzi, Na twardych barkach gwałt jej dotąd trzyma; Ani się wzruszy skała w piasek wryta, Ani jej rzeka ustąpi koryta.

Krzyżactwo, długiej niecierpliwe bitwy Na wierzchu góry stojący odwodem Ostatni hufiec pędzą w środek Litwy; Komtur ich wiedzie, sam uderza przodem; A zmordowanych długiemi gonitwy, Gdy naparł świeżym i dzielnym narodem, Łamią się szyki--Krzyżactwo zwycięża, Wtem z góry zagrzmiał straszliwy głos męża.

Ku niemu wszystkich podnoszą się oczy. Stoi na koniu; a jako rozwiodła Szeroko cienie sterczących warkoczy, Na śnieżnej górze wybujała jodła, Tak go szeroki płaszcz do koła mroczy: Czarny płaszcz, czarny koń i chełm i godła. Trzykroć zawołał, zleciał nakształt gromu, Nie wiedzieć za kim, albo przeciw komu.

Dobiega Niemców, między tłumem tonie; Bitwy nie ujrzysz; ale zgiełk i jęki Dają odgadnąć w jakiej walka stronie, I jaki straszliwy piorun jego ręki. Tam szyszak zniknie, ówdzie sztandar padnie; Tłoczy się hufiec, miesza się bezładnie.

Jako leśnicy, gdy sosny lub dęby Sieką wzdłuż puszczy, słychać łoskot w dali; Jęczą topory, chrobocą pił zęby; Kiedy niekiedy wierzchołek się zwali; Nakoniec, między wyciętemi zręby, Usłyszysz i mężów i błyskanie stali: Takie wysiekłszy środkiem Niemców łomy, Darł się ku Litwie rycerz nieznajomy.

Śpieszaj rycerzu ożywić duch męzki, Krzepić słabnących spieszaj, jeszcze pora! Litwini blizcy ostatecznej klęski, Dzik i puklerzów warowna zapora Już rozłamana; sam Komtur zwycięzki Po całem polu szuka Litawora; On się nie kryje: oba konie bodą. Wkrótce śmiertelny pojedynek zwiodą.

Litawor szablę wynosi do cięcia. Komtur dał ognia z piorunowej broni. Zadrżą Litwiny, pojrzą na książęcia: Niestety, szabla wypadła mu z dłoni, Cugle z słabego wyciekły ujęcia; Już pod szyszakiem nie dotrzyma skroni, Spływając z siodła już się bokiem chyli, Kiedy mu swoi na pomoc skoczyli.

Jęknął mąż czarny; a jak czarna chmura, Ryknąwszy, błyśnie piorunowym gradem, Z taką szybkością leci na Komtura; Zaledwie pierwszym zwarli się napadem, Pojrzeć, aliści Komtur już pod koniem, A rycerz bieży i tratuje po niem.

Gdy obskoczyły książęcia dworzany, Przybiega, chwyta, rwie pancerza węzły, Ostrożnie zdziera blach zafarbowany, Wyśledza postrzał głęboko ugrzęzły. Wtem, krew na nowo wytrysnęła z rany. Ból zemdlonego do zmysłów przywoła; Otwiera oczy, spoziera do koła, I znowu wciska na oczy przyłbicę; Z gniewem żołnierze i sługi odpycha, A Rymwidowi ściskając prawicę: "Już jest po wszystkiem, starcze,--mówi z cicha,-- Precz mi od piersi, szanuj tajemnicę; Ratunek próżny, wkrótce umrzeć muszę, Wieźcie do zamku, tam wyzionę duszę."

Rymwid szerokie oczy w nim utopił. Ledwie śmie wierzyć, od zmysłów odchodzi. Upuszcza rękę, którą łzami kropił, Dreszcz kości wstrząsa, pot mu czoło chłodzi. Teraz poznaje głos, nieznany wczora. Niestety, nie był to głos Litawora!

Tymczasem rycerz upuszczone wodze Starcowi wręczył; sum do pana skoczył, Rumaki każe nawrócić ku drodze, Chwiejącego się ramieniem otoczył, Składa na piersiach, krew dłonią zaciska; Dał znak, samotrzeć pędzą z bojowiska.

I zbliżają się pod okopy grodu. Zaszli im drogę ciekawi mieszkańce; Ci, bodąc konie przez tłumy narodu, W milczeniu śpieszą na zamkowe szańce, A skoro wpadli, uchylono zwodu. Rycerz strażnikom przykazuje srogo, Ni tam, ni za się nie puszczać nikogo.

Wnet z resztą hufców ciągną bojownicy A choć wygrali tak przeważne pole, Mała ztąd radość była po stolicy; Ból serca ścisnął, żałoba na czole; Każdy się pyta troskliwie o pana: Gdzie jest? czy żyje? jak głęboka rana?

Nikt nie był w zamku, nikt o niczem nie wie; Podjęto mosty i zemkniono zwory. Tymczasem w fosę, między gęste krzewie, Zchodzą trabanci z piłami, z topory, Sieką chróst, walą topole, modrzewie, A ociosane pnie, gałęzie, wiory Toczą na barkach i wozach do miasta: Na taki widok żal i postrach wzrasta.

Kędy świątynie miał władca pioruna, I bóg co wichrem niepogodnym świszcze, Gdzie woły, konie, trzoda srebro-runa, Codziennie krwawi poświęcone zgliszcze: Tam stos ogromny kładą pod obłoki, Dwudziestem sążni długi i szeroki.

W środku dęb sterczał; a pod dębem stoi Niemiecki braniec na dzielnym rumaku, Z orężem, w chełmie i zupełnej zbroi, Trzykroć łańcuchem przykuty do haku: Wódz to krzyżacki, co był posłem wprzódy, Zabójca księcia, Diterych z Kniprody. Biegą mieszczanie, rycerze, kapłany; Czekają końca, zgadywać nie śmieją: Każdy zarówno w myślach kołysany Między bojaźnią, żalem i nadzieją-- W zamek smutnemi poziera oczyma, A słuch na wieści wyprężony trzyma."

Przecież i trąba ozwała się z wieży, I most opada, i wolneml kroki Rusza się orszak w żałobnej odzieży, Niosąc na tarczach bohatera zwłoki; Przy nich łuk, włócznia, miecz i sajdak leży, Wkoło purpurą świeci płaszcz szeroki: Książęce stroje; lecz nie widać lica, Bo je spuszczona zawarła przyłbica.

"To on, to książę! Wielkiego pan kraju, Mąż dużej ręki, któż mu rówien będzie, Czy gromić Niemce, i hordy Nogaju, Czy lud na słusznym rozsądzać urzędzie? Panie nasz! za cóż dawnego zwyczaju Nie widać w twoim pogrzebnym obrzędzie? Nie tak albowiem starożytność święta Czciła twe przodki, Litewskie książęta.

Za cóż do nieba nie idzie za tobą Twój giermek, każdej nieodstępny drogi, I z prożnem siodłem, okryty żałobą Towarzysz pola, koń jelenio-nogi, I sokół, i psy, co wiatr pyskiem sieką, I drugie z pyskiem wietrzącym daleko?"

Szemrała gawiedź. Rycerze na stosie Składają ciało, mleko i miód leją: Przy długiej trąby i fletni odgłosie, Śmiertelne pieśni Wajdeloci pieją. Starszy pochodnię wziął i nóż ofiarny; Stójcie!--Stanęli. Nadjechał mąż czarny.

Któż on? pytają wszyscy, któż on taki? Poznało wojsko: on na polu wczora, Kiedy Litewskie złamano orszaki, I obstąpiono zewsząd Litawora. Przypadł, odwagę stygnącą zapalił, Niemców wysiekał, Komtura obalił.

Tyle o czarnym rycerzu wiedziano. Dziś w tymże płaszczu na tymże rumaku: Lecz po co przybył? zkąd ród? jakie miano? Stójcie i patrzcie! Uchyla szyszaku, Uchyla twarzy: on! Litawor! książę!-- Dziw nagły zmysły i mowę zabiera: Nakoniec radość skrzepły głos rozwiąże. Opłakanego widząc bohatera, Wrzasną i klasną, wrzask o gwiazdy bije: Litawor żyje! książę, pan nasz żyje!

Stał, i ku ziemi dzierżał lice blade. Hałas grzmi jeszcze powtarzany echem; Zwolna wzniósł czoło, obejrzał gromadę, Za okrzyk lekkim dziękując uśmiechem. Nie był to uśmiech, co z serca poczęty, Rozjaśni lica i w oczach zaświeci; Ale jakoby gwałtem przyciągnięty Usiadł na ustach i wkrótce uleci: Tyle dodaje smutnej twarzy wdzięku, Ile kwiat w bladem nieboszczyka ręku.

"Zapalcie zgliszcza!" Palą, ogień bucha, A książę dalej: "Wiecie-li wy, czyje Zwłoki na stosie giną?"--Cichość głucha. "Niewiasta! choć ją męzka zbroja kryje! Niewiasta z wdzięków, a bohater z ducha-- Ja się zemściłem, lecz ona nie żyje!" Rzekł--bieży na stos, upada na zwłokach Ginie w płomieniu i dymu obłokach.

Uwagi do wydania elektronicznego.

Dokonano następujących poprawek:

strona tekst pierwotny tekst poprawiony uwagi 5 tuman. tuman, Przecinek zamieniono na kropkę. 5 nakształł nakształt 'ł' zamieniono na 't'. 21 pe po 'e' zamieniono na 'o'. 23 ladajako lada jako Dodano przerwę. 25 chwyta chwyta, Dodano przecinek.