# Balady i romanse

## Part 2

Book page: https://www.cyberlibrary.org/pl/books/balady-i-romanse-28049/index.md

„Kupcze! jedź w miasto; ja do lasu muszę. Wy, dziatki, na ten pagórek Biegajcie sobie... i za moją duszę Zmówcie też czasem paciórek.”

KURHANEK MARYLI.

(Myśl ze śpiewu litewskiego).

=Cudzy człowiek.=

Tam u Niemnowej odnogi, Tam u zielonej rozłogi, Co to za piękny kurhanek? Spodem uwieńczon, jak w wianek, W maliny, ciernie i głogi; Boki ma strojne murawą, Głowę ukwieconą w kwiaty, A na niej czeremchy drzewo, A od niej idą trzy drogi: Jedna droga na prawo, Druga droga do chaty, Trzecia droga na lewo. Ja tędy płynę z wiciną, Pytam się ciebie dziewczyno, Co to za piękny kurhanek?

=Dziewczyna.=

W całej wsi pytaj się, bracie, A cała wieś powie tobie: Maryla żyła w tej chacie, A teraz leży w tym grobie. Na prawej stronie te śladki, Ubite nogą pastuszka, To jest drożyna jej matki-- A ztąd przychodzi jej drużka. Lecz oto błysnął poranek, Przyjdą oni na kurhanek; Ukryj się tu za stos łomu, Sam ich posłuchasz niedoli, Własne twe oczy zobaczą. Patrz w prawo... idzie kochanek; Patrz, matka idzie z domu; Patrz w lewo--przyjaciółka. Wszyscy idą powoli I niosą ziółka I płaczą.

=Jaś.=

Marylo! o tej porze Jeszcześmy się nie widzieli, Jeszcześmy się nie ścisnęli. Marylo! zaszło zorze! Tu czeka twój kochanek. Czy ty przespałaś ranek, Czyś na mnie zagniewana? Ach, Marylo kochana! Gdzież się ty dotąd kryjesz?

Nie, nie przespałaś ranka, Nie gniewasz się na Janka; Lecz nie żyjesz, nie żyjesz! Więzi cię ten kurhanek. Nie ujrzysz już kochanka, Nie ujrzy cię kochanek!

Dawniej, kiedy spać szedłem, tem słodziłem chwile, Że, skoro się obudzę, obaczę Marylę, I dawniej spałem mile!

Teraz tutaj spać będę od ludzi daleki, Może ją we śnie ujrzę, gdy zamknę powieki; Może zamknę na wieki!

Byłem ja gospodarny, gdy byłem szczęśliwy, Chwalili mię sąsiedzi, Chwalił mię ojciec siwy. Teraz się ojciec biedzi, A ja ni ludziom, ni Bogu! Niech ziarno w polu przepadnie, Niech ginie siano ze stogu, Niech sąsiad kopy rozkradnie, Niech trzodę wyduszą wilki! Niemasz, niemasz Marylki!

Daje mi ojciec chaty, Daje mi sprzęt bogaty, Bym wziął w dom gospodynię-- Namawiali mię swaty. Niemasz, niemasz Maryli!

Swaty nie namówili: Nie mogę, nie, nie mogę! Wiem, ojcze, co uczynię-- Pójdę w daleką drogę, Więcej mię nie znajdziecie, Choćbyście i szukali. Nie będę już na świecie! Przystanę do Moskali, Żeby mię wraz zabili. Niemasz, niemasz Maryli!

=Matka.=

Czemuż nie wstałam zrana? Już w polu pełno ludzi. Nie masz cię, nie masz, kochana Marylo! któż mię obudzi?! Płakałam przez noc całą Zasnęłam, kiedy dniało.

Mój Szymon gdzieś już w polu, Wyprzedził on świtania,-- Nie budził mię, mojego litując się bólu-- Poszedł z kosą bez śniadania. Koś ty dzień cały, koś sobie, Ja tutaj leżę na grobie. Czegóż mam iść do domu? Kto nas na obiad zawoła? Kto z nami siądzie u stoła? Niemasz, ach, niemasz komu!

Pókiśmy mieli ciebie, W domu było jak w niebie U nas, i wieczorynki, Z całej wsi chłopcy, dziewki, Najweselsze zażynki, Najhuczniejsze dosiewki,-- Niemasz cię! w domu pustynie! Każdy, kto idzie, minie. Zawiasy rdzewieje w sieni, Mchem się dziedziniec zieleni; Bóg nas opuścił, ludzie opuścili: Niemasz, niemasz Maryli!

=Przyjaciółka.=

Tutaj, bywało, zranku Nad wodą sobie stoim, Ja o twoim kochanku, Ty mi mówisz o moim. Już więcej z sobą nie będziem mówili! Niemasz, niemasz Maryli.

Któż mi zwierzy się szczerze, Komuż się ja powierzę?

Ach! gdy z tobą, kochanie, Smutku i szczęścia nie dzielę, Smutek smutkiem zostanie, Weselem nie jest wesele!

* * * * *

Słyszy to cudzy człowiek; Wzdycha i łzy mu płyną; Westchnął, otarł łzy z powiek I dalej poszedł z wiciną.

* * * * *

DO PRZYJACIÓŁ,

Posyłając im baladę „_To lubię._”

Bije raz, dwa, trzy ... już północna pora; Głuche wokoło zacisze. Wiatr tylko szumi po murach klasztora I psów szczekanie gdzieś słyszę.

Świeca w lichtarzu dopala się na dnie, Raz w głębi tłumi ogniska, Znowu się wzmoże, i znowu opadnie, Błyska, zagasa i błyska.

Straszno!--Nie była straszną ta godzina, Gdy były nieba łaskawszej Ileż mi słodkich chwilek przypomina! Przeczto już znikło nazawsze?

Teraz ja szczęścia szukam--ot w tej księdze. Księga znudziła, porzucam; Znowu ku lubym przedmiotom myśl pędzę, To marzę, to się ocucam.

Czasem, gdy słodkie złudzi zachwycenie, Kochankę widzę lub braci; Zrywam się, patrzę: a tylko po ścianie Biega cień własnej postaci.

Ot lepiej pióro wezmę i śród ciszy, Gdy się bez ładu myśl plącze, Zacznę coś pisać dla mych towarzyszy, Zacznę, bo nie wiem czy skończę.

Może też pamięć o minionej wiośnie Zimowy wierszyk umili; Chcę coś okropnie, coś pisać miłośnie, O strachach i o Maryli!

Kto pragnie pędzlem swe rozsławić imię, Niech jej maluje portrety; Wieszcz w nieśmiertelnym niech opiewa rymie Serca, rozumu zalety.

Mnie choć to wszystko w umyśle przytomne, Pociechy szukam, nie sławy. Lepiej wam powiem, jeżeli przypomnę, Jakie z nią miałem zabawy.

Maryla słodkie miłości wyrazy Dzieliła skąpo w rachubie; Choć jej kto _kocham_ mówił po sto razy, Nie rzekła nawet i _lubię_.

Za to więc w Rucie, pod północną chwilę, Kiedy się wszyscy spać kładą, Ja, na dobranoc żegnając, Marylę Taką straszyłem baladą.

Kowno, dnia 27 grudnia 1820 r.

TO LUBIĘ.

Spojrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje Wprawo łóz gęsty zarostek, Wlewo się piękna dolina podaje, Przodem rzeczułka i mostek.

Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy, Obok dzwonnicy zrąb zgniły, A za dzwonnicą chróśniak malinowy, A w tym chróśniaku mogiły.

Czy tam bies siedział, czy dusza zaklęta, Że o północnej godzinie Nikt, jak najstarszy człowiek zapamięta, Miejsc tych bez trwogi nie minie.

Bo, skoro północ nawlecze zasłony, Cerkiew się z trzaskiem odmyka, W pustej zrąbnicy dzwonią same dzwony, W chróstach coś huczy i ksyka.

Czasami płomyk ukaże się blady, Czasem grom trzaska po gromie, Same się z mogił ruszają pokłady I larwy stają widomie.

Raz trup po drodze bez głowy się toczy, To znowu głowa bez ciała Roztwiera gębę i wytrzeszcza oczy, W gębie i w oczach żar pała.

Albo wilk bieży--pragniesz go odegnać, Aż orłem skrzydłem wilk macha; Dość „zgiń, przepadnij” wyrzec i przeżegnać, Wilk zniknie, wrzeszcząc „cha, cha, cha!”

Każdy podróżny oglądał te zgrozy I każdy musiał kląć drogę: Ten złamał dyszel, ten wywrócił wozy, Innemu zwichnął koń nogę.

Ja, chociaż, pomnę, nieraz Andrzej stary Zaklinał, nieraz przestrzegał, Śmiałem się z djabłów, nie wierzyłem w czary, Tamtędym jeździł i biegał.

Raz, gdy do Ruty jadę w czas noclegu, Na moście z końmi wóz staje; Próżno woźnica przynagla do biegu, „Hej!” krzyczy, biczem zadaje--

Stoją, a potem skoczą z całej mocy, Dyszel przy samej pękł szrubie; Zostać na polu samemu i wnocy, „_To lubię_,” rzekłem, „_to lubię_!”

Ledwiem dokończył, aż straszna martwica Wypływa z blizkich wód toni; Białe jej szaty, jak śnieg białe lica, Ognisty wieniec na skroni.

Chciałem uciekać, padłem zalękniony, Włos dębem stanął na głowie; Krzyknę: „Niech będzie Chrystus pochwalony!” „Na wieki wieków--odpowie.

„Ktokolwiek jesteś, poczciwy człowieku, Coś mię zachował od męki, Dożyj ty szczęścia i późnego wieku, I pokój tobie, i dzięki.

„Widzisz przed sobą obraz grzesznej duszy,-- Wkrótce się niebem pochlubię, Boś ty czyścowej zbawił mię katuszy Tem jednem słówkiem: _To lubię_.

„Dopóki gwiazdy zejdą i dopóki We wsi kur pierwszy zapieje, Opowiem tobie, a ty dla nauki Opowiedz innym me dzieje.

„Onego czasu żyłam ja na świecie, Marylą zwana przed laty. Ojciec mój, pierwszy urzędnik w powiecie. Możny, poczciwy, bogaty,

„Za życia pragnął sprawić mi wesele,-- A żem dostatnia i młoda, Zbiegło się zewsząd zalotników wiele: Posag wabił i uroda.

„Mnóstwo ich marnej pochlebiało dumie, I to mi było do smaku, Że, kiedy w licznym kłaniano się tłumie, Tłumem gardziłam bez braku.

„Przybył i Józio; dwudziestą miał wiosnę-- Młody, cnotliwy, nieśmiały; Obce dla niego wyrazy miłosne, Choć czuł miłosne zapały.

„Lecz próżno nędzny w oczach prawie znika, Próżno i dzień i noc płacze, W boleściach jego dla mnie radość dzika, Śmiech obudzały rozpacze.

„Ja pójdę!”--mówił ze łzami.--„Idź sobie!” Poszedł i umarł z miłości. Tu, nad rzeczułką, w tym zielonym grobie, Złożone jego są kości.

„Odtąd mi życie stało się nielube, Późne uczułam wyrzuty, Lecz ani sposób wynagrodzić zgubę, Ani czas został pokuty.

„Raz, gdy się w północ z rodzicami bawię, Wzmaga się hałas, szum, świsty,-- Przyleciał Józio, w straszliwej postawie, Jak potępieniec ognisty,

„Porwał, udusił gęszczą dymnych kłębów, W czyścowe rzucił potoki, Gdzie pośród jęku i zgrzytania zębów Takie słyszałam wyroki:

„Wiedziałaś, że się spodobało Panu Z męża ród tworzyć niewieści, Na osłodzenie mężom złego stanu, Na rozkosz, nie na boleści.

„Ty, jakbyś w piersiach miała serce z głazu: Ani cię jęki ubodły, Nikt nie uprosił słodkiego wyrazu Przez łzy, cierpienia i modły.

„Za taką srogość długie, długie lata Dręcz się w czyścowej zagubie, Póki mąż jaki z tamecznego świata Nie powie na cię choć: _lubię_.

„Prosił i Józio niegdyś o to słowo, Gorzkie łzy lał, nieszczęśliwy; Prośże ty teraz, nie łzą, nie namową, Ale przez strachy i dziwy.”

„Rzekł. Mnie natychmiast porwały złe duchy Odtąd już setny rok minie-- W dzień męczą, na noc zdejmują łańcuchy,-- Rzucam ogniste głębinie,

„I w cerkwi, albo na Józia mogile, Niebu i ziemi obrzydła, Muszę podróżnych trwożyć w nocne chwile, Różne udając straszydła.

„Idących w błota zawiodę lub w gaje, Jadącym konia uskubię; A każdy naklnie, nafuka, nałaje; Tyś pierwszy wyrzekł: _to lubię!_

„Za to ci spadnie wyroków zasłona, Przyszłość z pod ciemnych wskażę chmur, Ach! i ty poznasz Marylę... lecz ona...” Wtem, na nieszczęście, zapiał kur.

Skinęła tylko, widać radość z oczek, Mieni się w parę cieniuchną; Ginie, jak ginie bladawy obłoczek, Kiedy zefiry nań dmuchną.

Patrzę, aż cały wóz stoi na łące. Siadam, powoli strach mija. Proszę za dusze w czyścu bolejące Zmówić trzy Zdrowaś Maryja.

* * * * *

PANI TWARDOWSKA.

Jedzą, piją, lulki palą, Tańce, hulanka, swawola; Ledwie karczmy nie rozwalą, Cha, cha, chi, chi, hejże, hola!

Twardowski siadł w końcu stoła, Podparł się w boki jak basza; „Hulaj dusza! hulaj!” woła, Śmieszy, tumani, przestrasza.

Żołnierzowi, co grał zucha, Wszystkich łaje i potrąca, Świsnął szablą koło ucha-- Już z żołnierza masz zająca.

Na patrona z trybunału, Co milczkiem wypróżniał rondel, Zadzwonił kieską pomału: Z patrona robi się kondel.

Szewcu w nos wyciął trzy szczutki, Do łba przymknął trzy rureczki, Cmoknął: cmok--i gdańskiej wódki Wytoczył ze łba pół beczki.

Wtem, gdy wódkę pił z kielicha, Kielich zaświstał, zazgrzytał; Patrzy na dno... „Co u licha! Pocoś tu, kumie, zawitał?”

Djablik to był w wódce na dnie, Istny Niemiec, sztuczka kusa; Skłonił się gościom układnie, Zdjął kapelusz i dał susa;

Z kielicha aż na podłogę Pada, rośnie na dwa łokcie, Nos jak haczyk, kurzą nogę I krogulcze ma paznogcie.

„A, Twardowski? witam, bracie!” To mówiąc, bieży obcesem, „Cóż-to? czyliż mię nie znacie? Jestem Mefistofelesem!

„Wszak ze mnąś na Łysej-górze Robił o duszę zapisy, Cyrograf na byczej skórze Podpisałeś ty--i biesy

„Miały słuchać twego rymu: Ty, jak dwa lata przebiega, Miałeś pojechać do Rzymu, By cię tam porwać jak swego.

„Już i siedem lat uciekło, Cyrograf nadal nie służy; Ty, czarami dręcząc piekło, Ani myślisz o podróży.

„Ale zemsta, choć leniwa, Nagnała cię w nasze sieci; Ta karczma _Rzym_ się nazywa-- Kładę areszt na waszeci.”

Twardowski ku drzwiom się kwapił Na takie dictum acerbum; Djabeł za kontusz ułapił: „A gdzie jest nobile verbum?”

Co tu począć? Kusa rada, Przyjdzie już nałożyć głową... Twardowski na koncept wpada I zadaje trudność nową.

„Patrz w kontrakt, Mefistofelu, Tam warunki takie stoją: Po latach tylu a tylu, Gdy przyjdziesz brać duszę moją,

„Będę miał prawo trzy razy Zaprządz ciebie do roboty, A ty najtwardsze rozkazy Musisz spełnić co do joty.

„Patrz, oto jest karczmy godło: Koń malowany na płótnie; Ja chcę mu wskoczyć na siodło, A koń niech z kopyta utnie.

„Skręć mi przytem biczyk z piasku, Żebym miał czem konia chłostać, I wymuruj gmach w tym lasku, Bym miał gdzie na popas zostać.

„Gmach będzie z ziarnek orzecha, Wysoki pod szczyt Krępaku, Z bród żydowskich ma być strzecha, Pobita nasieniem z maku.

„Patrz, oto na miarę ćwieczek Cal gruby, długi trzy cale: W każde z makowych ziareczek Wbij mi takie trzy bretnale.”

Mefistofel duchem skoczy, Konia czyści, karmi, poi, Potem bicz z piasku utoczy I już w gotowości stoi.

Twardowski dosiadł biegusa, Próbuje podskoków, zwrotów Stępa, galopuje, kłusa,-- Patrzy, aż i gmach już gotów.

„No! wygrałeś, panie biesie, Lecz druga rzecz nie skończona; Trzeba skąpać się w tej misie, A to jest woda święcona.”

Djabeł kurczy się i krztusi, Aż zimny pot na nim bije, Lecz pan każe, sługa musi, Skąpał się biedak po szyję.

Wyleciał potem jak z procy, Otrząsł się, dbrum, parsknął raźnie: „Teraz jużeś w naszej mocy, Najgorętsząm odbył łaźnię.”

„Jeszcze jedno, będzie kwita, Zaraz pęknie moc czartowska. Patrzaj, oto jest kobieta, Moja żoneczka, Twardowska.

„Ja na rok u Belzebuba Przyjmę za ciebie mieszkanie, Niech przez ten rok moja luba Z tobą, jak z mężem zostanie.

„Przysiąż jej miłość, szacunek I posłuszeństwo bez granic: Złamiesz choć jeden warunek, Już cała ugoda za nic.”

Djabeł do niego pół ucha, Pół oka zwrócił do samki; Niby patrzy, niby słucha, Tymczasem już blizko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza, Od drzwi, od okien odpycha-- Czmychnąwszy dziurką od klucza, Dotąd jak czmycha tak czmycha.

TUKAJ.

ALBO PRÓBY PRZYJAŹNI.

(We czterech częściach).

I.

„Ja umieram.--Ja nie płaczę, I wy chciejcie ulżyć sobie; Prędzej--później legniem w grobie, Nie wrócą na świat rozpacze. Bytem panem mnogich włości, Sławny potęgą i zbiorem; Zamki me stały otworem Dla przyjaciół i dla gości. O potęgo! o człowieku! Wielkie zamki, wielkie imię! Wielkie nic! Wielkość, czczy dymie! Ja umieram w kwiecie wieku: Gdy za mądrości widziadłem Goniąc, zbiegam kraje cudze; Gdy wzrok nad księgami trudzę, Skarbnice nauk posiadłem. O nauki! o człowieku! Wielka mądrość, wielkie imię! Wielkie nic! Rozum, czczy dymie! Ja umieram w kwiecie wieku. Strzegłem ustaw świętej wiary W ducha i serca prostocie; Hojnie nagradzałem cnocie, Kościołom niosłem ofiary. O pobożności! człowieku![2] Święta wiaro, święte imię! Święte nic! Cnoto, czczy dymie! Ja umieram w kwiecie wieku. Twórco, jakże igrasz srodze! Kiedy mi dasz wiek niedługi, Cóż, że mi dasz wierne sługi? Czemże za wierność nagrodzę? Dasz kochankę kochankowi-- Śmierć truje ślubów słodycze. I tylu przyjaciół liczę... Bądźcie zdrowi, bądźcie zdrowi!”

Tak na domowników ręku Tukaj, pośród skarg i jęku, Pożegnawszy świat na wieki, Gasnące zamknął powieki.

Wtem grom łamie szczyty dachu, Zadrżały zamkowe ściany. Jakowyś starzec nieznany Wlatuje na środek gmachu. Siwy włos okrył mu skronie, Twarz marszczkami rozorana, Broda długa za kolana, Na kosturze wsparte dłonie. „Tukaju!” Porwał z pościeli I wraz za sobą iść każe. Już wierzchnie sale minęli, Minęli wały i straże. Idą--ciemno, deszczyk kropi, A srebrzysta twarz miesiąca To grubawe mgły roztrąca, To się znowu we mgle topi. Idą ponad trzęskie kępy, Mijają bagna, głębiny, Hnilicy ciemnej ostępy, Kołdyczewa[3] nurty sine, Gdzie puszcza zarosła wkoło, Spodem czarna, zwierzchu płowa, Żwirami nasute czoło Wynosi góra Żarnowa, Tam szli.--Starzec kląkł na grobie, Rozwarł usta, okiem błysnął, Podniósł wgórę ręce obie, Trzykroć krzyknął, trzykroć świsnął. „Tukaju, patrz, oto ścieżka! Za ścieżką chatka na bagnie, W chatce mędrzec Polel mieszka, Mędrzec mędrca wspomódz pragnie. Znana twa nauka, cnota, Znam, że Bóg, węzły lubemi Przywiązawszy cię do ziemi, Długiego nie da żywota. Ale rzucaj przestrach płonny, Mych sposobów uznaj dzielność; Żyj dla sług, przyjaciół, żony, Lata, wieki, nieśmiertelność. Ja pierwszy ziemskiemu oku Śmiem do niej pokazać drogę; Lecz, podług ustaw wyroku, Dwom tylko pokazać mogę. Wybierz drugiego człowieka, Człowieka doznanej wiary, Któremubyś w każdej próbie Tak zaufał, jak sam sobie. Transz--nieśmiertelność czeka; Chybisz--śmierć i wieczne kary!” --„Starcze! twe zjawienia wieszcze Ciemna zasłona powleka. Powiedz.”--„Powiadam ci jeszcze: Wybierz drugiego człowieka, Kadź się twej głowy i serca,-- Idzie o ciało i duszę! Wierny, albo przeniewierca; Nieśmiertelność lub katusze!... Czy mógłbyś zwierzyć się słudze?...”

Tukaj nic nie odpowiada, Bo któż zgadnie myśli cudze? Bo zbyt częsta w sługach zdrada. --„Może kochance lub żonie?” --„Tak”--wtem uciął, patrzy smutnie; --„Tak”--rzecze i znowu utnie. Myśli, sam się z sobą biedzi. --„Tak jest, kochance... tak, żonie!” I wierzy, i strach nań pada, I wątpi, i wstydem płonie; Myśli, sam się z sobą biedzi, Umyślił, już w odpowiedzi, Już... i nic nie odpowiada. --„Umrzyj więc! ty śmiałeś żądać? Daj pokój żądaniom dzikim! Ty nie masz ufności w nikim,-- Wartoż dłużej świat oglądać?” On myśli.--„Nikogoż z wiela? Sługi, żony, przyjaciela!...” On myśli.--Tu, w mgnieniu oka, Czerni się niebios sklepienie, Słychać grzmienie, ziemi drżenie, Kipią bagna, lasy gorą, Niknie w płomieniach opoka, I doliny i jezioro. Śród gromów, świstu i szczęku, Czy to zły duch, czy moc boża, Tukaj znalazł się śród łoża Na swych domowników ręku. Głos tylko zagrzmiał zdaleka: „Nie masz drugiego człowieka, Któremubyś w każdej próbie, Tak zaufał, jak sam sobie.”

II.

„Ja mam, ja mam przyjaciela!” Konający Tukaj woła. Wraz uchodzi bladość z czoła Iskrą zdrowia oko strzela; Tukaj, wydarty mogile, Wstaje, dziwią się doktory; Wstaje, chodzi o swej sile, Jakby nigdy nie był chory. A wtem, na poduszce zboku, Ujrzy z wolej skóry karty, Gdzie tajemnice wyroku Przeklęte spisały czarty. Tukaj z ciekawością chwyta, Siada, podparł się i czyta:

„Kiedy miesiąc na młodziku, Idź za górę do gaiku; Znajdziesz kamień, zpod kamienia Białego urwij korzenia. Kiedy będziesz blizki śmierci, Każ ciało posiec na ćwierci, W wodzie zgotować korzonki, Pocięte namaścić członki. Znowu się duch z ciałem zrośnie, W młodocianej wstaniesz wiośnie, I możesz, skutkiem tych leków, Umierać, wstawać wiek wieków.”

Dalej tam były przestrogi: Jak siekać głowę, jak nogi, W jakiej wodzie smażyć trunek, Po jakiej brać zioła szczypcie; Ale na końcu, w post-skrypcie, Taki dodano warunek:

„Jeśli użyty ktoś drugi Do namaszczalnej posługi, Zwiedzion przez nasze fortele, Innemu pokaże ziele, Lub w oznaczonej godzinie Twego ciała nie namaści-- Wtenczas skutek zioła zginie, Wtenczas piekło czeka waści. Jeśli na to się ośmielisz, Dla znaku, że zaszła zgoda, Nasz poseł Mefistofeles Do wymiany traktat poda. Ostrzegliśmy o fortelach, Strzeż się; potem próżny kweres. Dan w Erebie, w szabas rano. Własną ręką podpisano: Tak ma stać się. Lucyferes, A za zgodność: Hadramelach.”

Tukaj trochę się zagniewał Warunku się nie spodziewał; Brodę na ręku podpiera, Potarł czoło, skrzywił nosa, Na kontrakt spojrzał zukosa; Tabaczki dwa razy zażył, To na ziemię spuszcza oczy, To po stolowaniu toczy. Wziął pergamin, w ręku zważył, Znowu nań zezem poziera, Znowu czytał i odczytał, Znowu zważył, znowu zmierzył, Kułakiem o stół uderzył, Westchnął, mruczał, zębem zgrzytał, Ręce nad czoło zakłada... Skoczył raptem i w zapędzie Machnął ręką: „Niech tak będzie!” Znowu umilkł, znowu siada, Znowu myśli, znowu wstaje, Znowu chodzi, znowu siada. Niech go za to nikt nie łaje, Bo z djabłami rzecz nielada.

Myśli: albo wieczne życie Albo wiecznie djabłu dusza. Nic nie mówi, myśli skrycie, Tylko trochę wargą rusza.

Nadszedł już czas odpowiedzi. Tukaj oddala się z tłumu I do pracowni rozumu Zamknąwszy się, jeden siedzi. I tam swój traktat raz jeszcze, Nim stempel przyjęcia zyska, W surowej uwagi kleszcze Bierze i porządnie ściska. Tam myśl rozmaita ścieka W jedne podobieństwa tygle; Tam jedną myśl niedościgle Różnicy nożykiem sieka; Sieka, topi nakształt wosku, Aż wycisnął ekstrakt wniosku. Obejrzawszy wniosek ściśle, Tak rzekł, po długim namyśle: „Jakieżkolwiek te fortele, O których słyszałem zgóry, Czy ich niewiele, czy wiele, Trojakiej będą natury. Chcąc kogo przywieść do zdrady, Trzeba siły, albo rady: Albo podarunkiem skusić, Albo strwożyć, albo zmusić. Toż samo, krótszemi słowy, Będzie sylogizm takowy: Trojaka do zguby droga, Ciekawość, łakomstwo, trwoga. Więc kto w tym trojakim względzie Twardej nie ulegnie próbie, Takiemu już można będzie Ufać, jak samemu sobie.”

Tukaj, kontent z wynalazku, Szuka atramentu, piasku, Idzie kreślić pismo grzechu, Ale idzie bez pośpiechu. Już ciemno pisać niewcześnie, W atramencie jakieś pleśnie, Dwie świece musiał zapalać I dwa kałamarze nalać. Coś mu zabolało w łokciu; Wziął pióro, na piórze włosek I bardzo spisany nosek; Otrząsł, przyciął na paznogciu. Po długim względzie, rozględzie, Wreszcie pisze: _niech tak będzie!_ Chciał dołożyć i nazwisko, Lecz, nim pierwsze T napisał, Myślał pół godziny blizko. Głową i piórem kołysał I nic więcej nie napisał, Tylko do pierwszej litery Dodał małe kropki.... cztery.

Gdy już napisane widzi, Jeszcze patrzy, jeszcze bada; Niechaj z tego nikt nie szydzi, Bo z djabłami rzecz nielada.

Lecz jakże się musiał zdumieć, Gdy głoska _b_ w słowie _będzie_ Zaczęła brzęczeć i szumieć, I wzdymać wszystkie krawędzie. Kręci się, beczy, podrasta, Jak na drożdżach kawał ciasta; Dolna litery połowa Wykurcza się w brzuch i żebra, U zwierzchniej wypukła głowa, Nakształt ogromnego cebra; Szyjka jak u osy wązka, Nosek orła, bródka kozła, A z jednej go strony końska, Z drugiej kurza łapka wiozła; Pogląda okiem wołowem, Skrzydła nakształt młyńskich wioseł: Był to djabeł, jednem słowem, Był to Mefistofel poseł.

