Part 4
„Ani myślę ci dotrwać w takim niedopląsie! „Ani myślę wargami sypiać na twym wąsie!
„Zanadtoś mi wyskoczny do nieba na przełaj! „Idź-że sobie gdziekolwiek i nie klnij i nie łaj!”
Więc poszedł do figury, co stała przy drodze: -- „Chryste, nawskroś sosnowy, a zamyśl się srodze!
„Nie wiem, czyja cię ręka ciosała wyśmiewna, „Lecz to wiem, że skąpiła urody i drewna.
„Masz kalekie kolana i kalekie nogi, „Pewno skaczesz, miast chodzić, unikając drogi?
„Taki z ciebie chudzina, takie nic z obłoków, „Że mi będziesz dobranym towarzyszem skoków.”
Chrystus, słysząc te słowa, zsunął się na ziemię, Ów, co Boga wyciosał, bity bywał w ciemię!
Obie ręce miał lewe, obie nogi -- prawe, Sosnowemi stopami podziurawił trawę.
„Marna ze mnie sośnina, lecz piechur nie marny, „Przejdę wieczność piechtami, chociażem niezdarny.
„Pójdziemy nierozłącznie, bo wspólna nam droga, „Będzie nieco człowieka, będzie nieco Boga.
„Podzielimy się męką -- podzielnać jest męka! -- „Wszak ta sama nas ludzka skoślawiła ręka.
„Tobie trocha śmieszności, mnie śmieszności trocha, „Kto się pierwszy zaśmieje -- ten pierwszy pokocha.
„Ty podeprzesz mię ciałem, ja ciebie sośniną, „A co ma się nam zdarzyć, niech się zdarzy ino!”
I wzięli się za ręce i poszli niezwłocznie, Wadząc nogą o nogę śmiesznie i poskocznie.
I szli godzin wieczystych niewiadomo ile, Gdzież bo owe zegary, co wybrzmią te chwile?
Mijały dnie i noce, którym mijać chce się, I mijało bezpole, bezkrzewie, bezlesie.
I nastała wichura i ciemność bez końca I straszna nieobecność wszelakiego słońca.
Kto tam z nocy na północ w burzę i zawieję Tak bardzo człowieczeje i tak bożyścieje?
To dwa boże kulawce, dwa rzewne cudaki Kuleją byle jako w świat nie byle jaki!
Jeden idzie w weselu, drugi w bezżałobie, A obydwaj nawzajem zakochani w sobie.
Kulał Bóg, kulał człowiek, a żaden -- za mało, Nikt się nigdy nie dowie, co w nich tak kulało?
Skakali jako trzeba i jako nie trzeba, Aż wreszcie doskoczyli do samego nieba!
VI
TRZY RÓŻE
TRZY RÓŻE.
W sąsiedniej studni rdzawi się szczęk wiadra. W ogrodzie cisza. Na kwiatach śpią skwary, Z poza zieleni szarzeje płot stary. Skrzy się ku słońcu sęk w płocie i zadra, O wodę z pluskiem uderzył spód wiadra.
Spójrzmy przez liście na obłoki w niebie I na promieni po gałęziach załom, Zbliżmy swe dusze i pozwólmy ciałom Być tem, czem wzajem pragną być dla siebie! Spójrzmy przez liście na obłoki w niebie.
Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne, I dwa te ciała, ukryte w zieleni, I ten ład słońca wśród bezładu cieni, I najście ciszy nagłe, niespokojne, Woń róż, śpiew ptaków i dwie dusze znojne.
A jeśli jeszcze, prócz duszy i ciała, Jest w tym ogrodzie jakaś róża trzecia, Której purpura przetrwa snów stulecia, To wszakże ona też nam w piersi pała -- Ta róża trzecia, prócz duszy i ciała!
ROK NIEISTNIENIA.
Nadchodzi rok nieistnienia, nadchodzi straszne bezkwiecie, W tym roku wszystkie dziewczęta wyginą, niby motyle. Ja pierwsza blednę samochcąc i umrzeć muszę za chwilę -- I już umieram -- o, spojrzyj! -- i już mnie niema na świecie!
Ucz się pożądać mej śmierci, ponętne pieścić nietrwanie, Całować mrzonkę, co dla cię kształt ust czerwonych przybiera. I wierzyć w radość mych cieni i w oczu mych obcowanie: Nie widzi, jeno obcuje ten, co naprawdę umiera.
Uczył się kochać umarłą, pieścił dłoń, której nie było, Całował oczy zamknięte, każdą powiekę z osobna, Porozumiewał się z piersią, jak z pełną pieszczot mogiłą, -- Ale nie wiedział, co czuła, bo nazbyt była zagrobna.
Czy czujesz moje pieszczoty i pocałunki i radość? Czyli nie bolą cię mroki i nieistnienia nadmiary? O, wyznaj wszystko do końca, uczyń tęsknocie mej zadość, Zadrżyj z miłości pośmiertnej, jeślić dostępne jej czary!
Czemuż tak wątpisz o zmarłej? Wszak już do cudów nawykam, Miłości jestem posłuszna i szczęściu się nie opieram! I czuję twoją pieszczotę i coraz bardziej zanikam, I czuję twe pocałunki i coraz bardziej umieram.
WIECZOREM.
Wieczorem było, wieczorem, Gdy zorza gasła nad borem, Dzienny ulatniał się skwar, Rosa nam spadła na głowy I zmierzchem dymił się jar, Jar kalinowy.
Zdaleka idzie, zdaleka Ten mrok, co kwiatów się zrzeka. Gdy, płosząc ospałą woń, Chłód powiał nad pola zżęte, O moją zagrzałaś skroń Dłonie zziębnięte.
Nie wolno patrzeć, nie wolno Bez pieszczot w ciemność dokolną! Zbłąkanych w obszarach pól Nie złączy żaden sen złoty, Ni lęk, ni zgroza, ni ból, Nic -- prócz pieszczoty!
***
Śnież się, w duszy mojej śnież, Piersi, nocą całowana, Co zachować przez sen chcesz Usta moje aż do rana!
Znój się, w ciele mojem znój, Miłujących rąk pogłado, Coś mi dreszcz piększyła mój, Przodując zadumą bladą!
Trwoń się, ogniu świecy, trwoń Na tę pościel, na tę lnianą, Gdzieś rozwidnił białą skroń, U nóg moich zapodzianą!
SCHADZKA SPÓŹNIONA.
Pójdziemy śladem cienia i szelestu Po ścieżce, która wzdłuż rosą połyska. Popod krzewami sztywnego agrestu Pachną na słońcu świeże kretowiska.
W powiędłych liściach, pokurczonych chłodem, Lśnią srebrne resztki wczorajszej ulewy, Nad zapuszczonym oddawna ogrodem Słychać gawronów trzepoty i śpiewy.
Obok jabłoni -- przypadkowa sosna Swe igły w bladym zanurza błękicie. O, jakże prędko przeminęła wiosna, Pozostawiając przelęknione życie!
Coraz to mocniej otulasz się w chustę, W której pierś twoja, jak w gnieździe, się chowa, Trzeba nam było rzec dawniej te słowa, Co dzisiaj zabrzmią -- spóźnione i puste!
Trzeba nam było spleść dłonie uparte I z zamkniętemi iść w słońce oczyma! Dzisiaj te oczy zostaną -- otwarte, Dzisiaj się warga w pół drogi zatrzyma...
***
Pożarze pierśny, płomieniu ustny, Bezsenne noce, senne poranki! Bądź pochwalony i bądź rozpustny, Uśmiechu wiernej mojej kochanki!
Choć, zasypiając, nie wie, że pieszczę, Lecz drga opodal swemi ramiony... Raduj mnie jeszcze i męcz mnie jeszcze, Śnie, jej biodrami w łożu wyśniony!
***
Ja tu stoję za drzwiami -- za klonowemi, I wciąż milczę ustami -- rozkochanemi. Noc nadchodzi w me ślady -- tą samą drogą, Pociemniało naokół -- niema nikogo!
Od miłości zamieram -- chętnie zamieram, I drzwi twoje rozwieram -- nagle rozwieram, I do twojej alkowy wbiegam uparcie, I przy łożu twem staję, niby na warcie!
Żaden lęk mię nie zlęknie i nie wyżenie, Nawet rąk twych po murach spłoszone cienie, Choćbyś mnie zaklinała wszystkiemi słowy, Już ja nigdy nie wyjdę z twojej alkowy!
***
Co w mgłach czyni żagiel na głębinie? Nic, prócz tego, że żegluje. A co wiosna w zielonej dolinie? Nic, prócz tego, że wiosnuje.
Czem są rany, co pierś tobie krwawią? To amulet koralowy. A czem łzy, co gardło twoje dławią? To różaniec bursztynowy.
Czem ty byłeś o słońca zachodzie? Byłem duchem, byłem ciałem. Czemuś zabił dziewczynę w ogrodzie? Nie zabiłem, lecz kochałem.
SCHADZKA.
Z zielonym żukiem na odwianym płatku Róża, kosmata od rosy, Purpurowieje w niebiosy. Twój ogród płonie w zieleni dostatku, Nie ja -- lecz sen mój i głód Kołaczą do twoich wrót.
Dłoń, której wzywasz, otwiera ci wrota. Oto -- pierś moja i lice, -- Idź za mną w moją świetlicę! W świetlicy -- wiosna i blask i spiekota, -- Ja -- zciszę wrzenie mej krwi, Ty -- zamkniesz okna i drzwi.
Zamknąłem okna i drzwi w białym murze. Czemuż twarz twoja pobladła? Nie patrz w głąb swego zwierciadła. Tam -- za oknami jest -- ogród i róże, Nie mogę przypomnieć już, Ile zakląłem tych róż?
Radbyś mi róże dać w winie i w chlebie, Róże się cisną do gardła! Matka mi wczoraj umarła...
Nie wiem, czy wolno całować mi ciebie?... O śmierci rzucam ci wieść, A ty mnie odstąp lub pieść!...
Otworzę okna, drzwi w słońce otworzę, Rozwidnię ściany i sprzęty, Rozbudzę ogród, snem zdjęty! Ku ogrodowi przydźwignę twe łoże, Pieszczotą zmącę ci krew, Wsłuchany w ogrodu śpiew!
***
Kwapiły się burze, Opóźnił się cud! Powymarły róże W cieniu twoich wrót.
O kulach przez błonie Szedłem do tych róż. Przyjść raz drugi po nie Nie wolno mi już!
***
U wpółrozwartych stoim drzwi, Marszcząc ku dalom swoje brwi. Nic -- tylko próg, tej chaty próg, Gładzony wciąż utrudą nóg, -- A zdala w słońcu szumi las, I wiem, że w lesie niema nas!
W dłoni już pełny dzierżysz dzban, Krew doń upływa z naszych ran, Nic -- tylko krew i tylko krew I dwojga ust wylękły śpiew, -- A zdala w słońcu szumi las, I wiem, że w lesie niema nas!
***
Dziś w naszego spotkania rocznicę Pozawrzemy szczelnie okiennice, By powtórzyć wśród nocnej ciemnoty Dawne nasze, najpierwsze pieszczoty. Dawne słowa z dni pierwszych kochania, Chociaż każde dziś ustom się wzbrania, Każde snem się nieśmiałym kolebie, Nas niepewne i niepewne siebie. Lecz, stłumiwszy nieufność rozsądku, Powtórzymy wszystkie od początku.
WYZNANIE.
Nie rań pogardą tej obcej dziewczyny, Jej czar jest inny, niżeli twój czar. Tyś memu ciału dreszcz w świecie jedyny, A ona ust mi chce oddać maliny, -- Czyjaż dłoń zdoła odtrącić ten dar?
Wszak tobie pierwszej tę miłość wyznaję, -- Ona nic nie wie, choć czeka i śni. Szedłbym tak do niej, jak w lasy i w gaje, A odkąd znam ją, wciąż mi się wydaje, Że policzone są wiosny mej dni!
Wargi ma falą w uśmiechu ozdobne, Jaśnistym włosem polśnioną ma skroń, Spojrzenia -- pilne i zlekka żałobne, Dłonie do twoich niechcący podobne, -- Pieszcząc, pomyślę, że pieszczę twą dłoń...
Jej zaklęć szepty nie zmienią mnie wcale, Jej pocałunek nie rozłączy nas! Pozwól mi odejść w ust tamtych korale, Bym łkał przez chwilę, bym kochał niestale Raz jeszcze jeden, ach, tylko ten raz!
***
Ponad zakres śnieżycy, ponad wicher i zamieć Duch mój leci ku tobie w świateł kręgi i smugi. Czyjaś rozpacz się sili w biały posąg okamieć, W biały posąg nad brzegiem ociemniałej jarugi.
Odkąd znikłaś w objęciach niedomkniętej w świat bramy Odkąd zbladłaś, schorzała moich wspomnień bezsiłą, Tak się dziwnie nie znamy, tak się strasznie nie znamy, Jakby nigdy i nigdzie nas na świecie nie było.
Znajdźmy siebie raz jeszcze wśród wichury i cienia, Zakochajmy się w sobie nad otchłanią wieczoru Tą miłością powtórną, co już nie chce zbawienia, Tem pragnieniem ostatniem, co już nie zna oporu!
Zakochajmy się w sobie krwawem serca wyzuciem Z tego szczęścia, o którem nie mówimy nikomu, Zakochajmy się w sobie naszych śmierci przeczuciem, Dwojga śmierci, co w jednym pragną spełnić się domu.
Rwie się w strzępy wichura, jakby szumna jej grzywa Rozszarpała się nagle o sękatą głąb lasu. Życie, niegdyś zranione, z żył we trwodze upływa, Coraz bardziej na uśmiech brak odwagi i czasu!
Ponad zakres śnieżycy, ponad wicher i zamieć Duch mój leci ku tobie w świateł kręgi i smugi. Czyjaś rozpacz się sili w biały posąg okamieć, W biały posąg nad brzegiem ociemniałej jarugi.
POWRÓT.
Gwiazdo, coś spadła, śnij mi się, śnij! W progu-m wędrowny porzucił kij, Byłem ja leśny, Byłem bezkresny, A dzisiaj -- czyj?
Dziś -- twój, dziewczyno! Dzwoń-że mi, dzwoń, Wichrze, zszarpany o wonną błoń! Jedną pieszczotą Znuży się oto Dusza i dłoń.
W ogniu, dziewczyno, spal mi się, spal! Jednaka we mnie radość i żal -- Czyli ja w zbożu, Czy w twojem łożu, Czy wpośród fal.
Dwa ciała w mroku! Nie bój się, nie! Wraz z tobą ginę w tym samym śnie, -- Kto zwiedził ziemię, Ten duchem drzemie Na jezior dnie!
DWOJE LUDZIEŃKÓW.
Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.
Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.
Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy, A czas ciągle upływał -- bezpowrotny, jedyny.
A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie, Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Pod jaworem -- dwa łóżka, pod jaworem -- dwa cienie, Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie.
I pomarli oboje bez pieszczoty, bez grzechu, Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.
Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie, I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą, Ale miłość umarła, już miłości nie było.
I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga, By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata, By powrócić na ziemię, -- lecz nie było już świata.
DUSZA W NIEBIOSACH.
Przybyła dusza na klęczkach do nieba w bożą obczyznę, Nie chciała patrzeć na gwiazdy i na wieczności pierwszyznę.
Nie chciała uledz weselu, ni nowem jaśnieć obliczem, Ani wspominać nikogo, ani zapomnieć o niczem.
I rozpuściła warkocze i pomyślała w błękicie, Że w niekochanych objęciach przemarnowała swe życie.
Bez zdrady i bez oporu, starannie kryjąc swą ranę, Pieściła usta nielube i oczy niemiłowane.
I trwała dla nich bezwolna, i kwitła dla nich bezduszna I przezywała je -- losem i była losom posłuszna.
A nie kochała tak tkliwie, a nie kochała tak czule, Ze nikt w jej jasnym uśmiechu nie trafił myślą na bóle.
Lecz teraz nagle pojęła, że wobec Boga i nieba Już nic nie wolno ukrywać i nic ukrywać nie trzeba.
Śmierć w niej obnaża pośpiesznie prawdę tak długo tajoną, Tą prawdą skrzą się źrenice, tą prawdą błyska się łono!
I dusza lękiem spłonęła, że wkrótce po jej pogrzebie Przyjdzie w ślad za nią kochanek, aby odnaleźć ją w niebie.
Wyciągnie ku niej ramiona, ziemskiej wyzbyte rozpaczy, I zajrzy w oczy i dawne jej niekochanie zobaczy.
VII
PURURAWA I URWASI
PURURAWA I URWASI.
Pururawa w godzinie, gdy słońce mgły krasi, Urzał nimfę wód przaśnych -- Indjankę Urwasi.
Wynurzyła dłoń z wody, a za dłonią -- głowę, A niedługo -- popierśną kibici połowę.
Górowała rozbieżnej pierścieniami fali, Palcami zlekka pierśnych tykając korali.
Purpurawa podpatrzył, jak nieśmiertelniało Jej obcisłe przywdziane powierzch ducha ciało.
Pomiażdżyła mu serce miłości nagłota -- Jął się skradać ku bogu ruchem snu i kota.
Porwał ją w swe ramiona ku warg swych potrzebie. -- „Ciebież tulę w objęciu? Odpowiedz, że ciebie!”
Bożym wrzaskiem przeczyła rąk jego przemocy, Wyrywała się z ramion aż do późnej nocy!
Ale on ją pod leśnym uciszył pagórem, Wtłoczył żywcem do wora i przewiązał sznurem.
Jak złodziej, pomykając jarami po jarach, Powrócił do dom z worem wrzeszczącym na barach.
Wiedział, co przyniósł w worze -- a i poco -- wiedział! Stał u progu zdyszany, -- wór mu u nóg siedział.
Świerszcz w chałupie skowronił, jaskólił i brzęczał, A on stał zadumany, a wór nagle klęczał.
-- „Wróć mi wolę ruczajną, wróć stawne bezczasy! „Więcej we mnie drga boga, niż dziewczęcej krasy.”
-- „Darmo pragniesz się z wora prośbą wyszeleścić! „Chcę boga, com go schwytał, raz w życiu popieścić!” --
-- „Cóż ci po tej pieszczocie, co rozkosz przekracza? „Cóż ci po tej rozkoszy, co w otchłań się stacza?”
-- „Niech się rozkosz odmieni aż nie do poznania, „Już ja nigdy swojego nie wściągnę kochania!”
I wyłonił ją z wora na żądz swych bezdroża: -- „Niemasz wokół nikogo, oprócz nas i łoża!”
-- „Oddam ci wniebowzbitą mych piersi urodę, „Warg mych odwilż różaną i ramion dogodę.
„Jeno ukryj w pieszczocie nagość swego ciała, „Abym ludzkich upojeń ja -- bóg -- nie widziała!” --
Pociemku barwił łoże we kwiaty i liście, W ciemnem łożu do niego polgnęła biodrzyście.
Kształt jej wgarniał w objęcia, płonął w jej upale, A ustami wyławiał dwu piersi korale.
-- „Kiedyż ty mnie podpatrzysz, jako w ciebie dyszę?” -- „Nigdy cię nie podpatrzę! Dość, że dech twój słyszę!”
-- „Czemuż nie chcesz oczyma wyjść szczęściu na drogę?” -- „Pocóż jeszcze mam widzieć to, co kochać mogę?”
-- „Chciałbym w oczach twych odbić radość, co mózg mroczy!” -- „Bądź-że mi niewidzialny, póki mam te oczy.”
I czuł, w sobie zamilkły, że bogini ciało, Wieczyściejąc ku niemu, chętnie namdlewało.
I namdlewał z niem razem rozkoszy bezsiłą, Aż namdlał w taki bezświat, że go już nie było.
Nie było go na drogach, ni w ukryciu alej, Ani w nim, ni poza nim, ni bliżej, ni dalej!
Wezbrany poza łoża miłosnego miedzą, Jeno poił się słodką o sobie niewiedzą.
I tak uczył się nie być od nocy do świtu, Aż się zbudził przy gwiazdach -- bywalec niebytu.
I ujrzał, że bogini, rozkoszą opiła, W mrocznem łożu jaśnistym kształtem się ciemniła.
-- „Ciemnij się w moją miłość, rozum mi odbieraj, „Ale w moich objęciach nigdy nie umieraj!”
-- „Jeno tyle umieram, ile miłość każe. „A spłodzę tobie syna w mych bioder pożarze.”
I spłodziła mu syna na polu, w południe, Kiedy zboże ku słońcu złoci się bezludnie.
-- „Bogom w oczy wsmucony jestem od spowicia, „A weseli się we mnie życie z poza życia.
„Pójdźcie ze mną do lasu nieopodal gaju, „Pragnę zbadać twarz ojców, odbitą w ruczaju.
„Jest tam skwar w macierzance i chłód w leśnym dzwońcu, „Spróbujemy we troje zanieistnieć w słońcu.”
Poszli za nim do dziwnie ruczajnego lasu, Gdzie czas szumi wśród liści, a liście wśród czasu.
Poszli w skwar macierzanki, rozpełzłej samotnie, I zabrnęli w chłód dzwońców -- i już bezpowrotnie.
Troje było ich w lesie: dwa i jedno ciało, Nikt nie wie, co się z nimi stało, lub nie stało.
VIII
NOC BEZSENNA
NOC BEZSENNA.
Świeci woda o północy, Księżyc okna przewiał wskroś. Pełen mocy i niemocy Księżyc okna przewiał wskroś. Bezimienne i ponure Idą ku mnie poprzez chmurę: Mrok -- po pierwsze, blask -- po wtóre, A po trzecie -- jeszcze ktoś.
Gdy tak słucham przyczajony, Ktoś zapukał raz i raz, W moje wrota z tamtej strony Ktoś zapukał raz i raz. Kto tam puka w moje wrota? -- „To -- my: Wicher i Tęsknota, „I ja -- Ciemność z popod płota, „Otwórz prędzej, bo już czas!”
Otworzyłem w imię Boga -- Wszystko troje wbiegło snać! Tętni pułap i podłoga: Wszystko troje wbiegło snać! I zdobywszy łoże moje, Co zna nocne niepokoje, Wszystko troje, wszystko troje Legło rzędem, aby spać.
-- „Razem z tobą będziem spali „W jednem łożu za pan brat. „Niech się przyśni sznur korali „W jednem łożu za pan brat.” -- Wicher przez sen w bok się miota, Jęczy Ciemność z popod płota, I przeciąga się Tęsknota, Ziewająca w cały świat!
***
Tam na obczyźnie, gdy próżni ostoję Noc wiekuista w bezgraniczach da mi, Pójdę, zbłąkany pomiędzy śmierciami, A cobądź spotkam -- to nie będzie moje.
Pełen niczyjej ciemności i zgrozy, Samemu sobie obcą będę marą, -- Z jakążbym wówczas miłością i wiarą Modlił się choćby do obrazu brzozy!
Jakżebym spłonął łzą szczęścia gorącą, Gdybym znienacka wśród mroków bezczynu Natrafił dłonią, Boga szukającą, Na gniazdo ptasie lub kwiaty jaśminu.
W PRZEDDZIEŃ SWEGO ZMARTWYCHWSTANIA.
W przeddzień swego zmartwychwstania, w przeddzień żywota, Bóg, leżąc w mogile, żmudne liczy chwile. A przykuła go do ziemi ciała ciężkota. Śmierć mu w oczy wieje, a on samotnieje. I śni mu się nawprost lica Betleemska błyskawica I żłób i siano.
I śni mu się brzeg jeziora ozieleniały, A smuga od łodzi po jeziorze chodzi, I śnią mu się owe gaje, co tak szumiały, Choć gajom boleśnie być marami we śnie! A to wzgórze, to oliwne, We wspomnieniu takie dziwne, Takie dalekie!
I śnią mu się nasze twarze, niby niczyje, Ręce nasze krwawe i lewe i prawe, -- I to życie, co po śmierci nie wie, gdzie żyje, Jeno szuka siebie po własnym pogrzebie. Mówmy wobec jego zgonu To, co mówi dzwon do dzwonu Późnym wieczorem.
Nie zakłóćmy snu bożego, bożej niemoty! Któż Boga obudzi pierwszy z pośród ludzi? Kto rozepnie w jego cieniu swoje namioty? Cień się jego szerzy w bezbrzeż po bezbrzeży, A my stójmy zwarłem kołem I śnijmy się Bogu społem, Póki czas jeszcze.
***
W kraju bardzo dalekim, smucąc się ku wiośnie, Tak synowie swym ojcom mówią bezlitośnie: -- „O, jakże wy bezradni! O, jakże wy starzy! Już nie chcemy w chałupach widzieć waszych twarzy, Już zabrakło nam lichej szczęścia odrobiny, By się z wami podzielić z nadejściem godziny. I łez w oczach nam zbrakło, ażeby ich solą Zaprawić czczość tych bólów, co wiedzą, że bolą. Już nas nie stać na smutek, co się w nas zapodział! Oto skończył się smutku, łez i szczęścia podział, Nożem sami przetnijcie nić swego żywota Tak, byśmy nie widzieli, jak śmierć wami miotał!”
Dzisiaj, gdym w blasku świecy nawprost ciebie siedział, Wzrok mój, nagle zlękniony, to samo powiedział.
***
Pociemku, pociemku łkasz, Bezradność twych łez rozumiem! Schorzałą śmiertelnie twarz Radośnie całować umiem.
Do końca nie zbraknie mąk, Do końca wystarczy mocy! Zmarniałych, zmarniałych rąk Potrafię pożądać w nocy!
Oględnie z rozkoszy mdlej Tą piersią, co z trudem dyszy! Do śmierci, do śmierci twej Wraz z tobą nawykam w ciszy.
WARKOCZ.
Znowu nędza do ucha nam śpiewa, I tej śpiewki słuchamy bezradnie. W piecu reszta dopala się drzewa, -- A co jutro uczynić wypadnie?
Mówię do cię z koślawym uśmiechem: -- „Mam ja trąby, fujary, organy, „Śpiewak ze mnie, co kupczy swem echem, -- „Gdzież mam echu ustawić stragany?”
Z bezmyślnego wyrazem skupienia Dzieci nasze w nas patrzą ciekawie. Ty mi ruchem wskazujesz ramienia Bose nogi, zwieszone na ławie.
Ból się skrzętny w twych wargach trzepocze, Aż myśl zbawcza w tym bólu urasta: -- „Wiem, co zrobię! Obetnę warkocze „I na sprzedaż poniosę do miasta!
„Głód je codzień przepala zarzewiem, „Codzień wiotsze i wartość już tracą. „Tak mi smutno i straszno, bo nie wiem, „Ile ludzie za warkocz zapłacą?”
ŚNIEG.
Pamiętam ów ruchliwie rozbłyskany szron I śniegu ociężałe w gałęziach nawiesie, I jego nieustanny z drzew na ziemię zron, I uczucie, że w słońcu razem z śniegiem skrzę się.
A on ciągle narastał tu w kopiec, tam -- w stos, I drzewom białych czupryn coraz to dokładał, Ślepił oczy i łechtał podbródek i nos, I fruwał -- i tkwił w próżni -- i bujał i padał.
I pamiętam ów niski, wpół zapadły dom I za szybami włóczek różnobarwne wzory. Kto tam mieszkał? Pytanie -- czy człowiek, czy gnom? Byłem dzieckiem. Śnieg bielą zasnuwał przestwory.
Dotknąłem dłonią szyby, mimo strachu mąk, I uczułem ślad hojny, niby czarów zbytek. Tą dłonią dotykałem mych sprzętów i ksiąg I niańki, by ją oddać na baśni użytek...
Serce marło, gdym w dłoni unosił ten ślad W ciszę śniegu, co, prósząc, weselił się w niebie. Śnieg ustał -- i minęło odtąd tyle lat, Ile trzeba, by ślady zatracić do siebie.
Jakże pragnąłbym dzisiaj, gdy swe bóle znam, Stać, jak wówczas, przed domu wpół zapadłą bramą I widzieć, jak śnieg ziemię obiela ten sam, Śnieg, co fruwa i buja i pada tak samo.