Part 2
-- „Spędzałem noce na sennej strawie, „Odtąd chcę żywą pieścić na jawie!” -- --„Już -- szepcze pani -- już „Skonała wpośród róż!
„We śnie zabiłam ciało bezszumne, „Złożyć kazałam w podwójną trumnę; „Dwie trumny -- trzeci grób, -- „Trudny z nią będzie ślub!” --
A rycerz na to: „Zmarła zawcześnie! „Znowu ją muszę nawiedzać we śnie, „Do trumien wkroczę dwóch „Ja -- pan, ja -- sen, ja -- duch!”
BALLADA DZIADOWSKA.
Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą, Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano.
Szedł skądkolwiek gdziekolwiek -- byle zażyć wywczasu, Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu.
Stał i patrzał tem białkiem, co w niem pełno czerwieni, Oj da-dana, da-dana! -- jak się strumień strumieni!
Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca, Obryzgała mu ślepie, aż przymarszczył pół lica.
Nie wiedziała, jak pieścić, -- nie wiedziała, jak nęcić? Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić?
Wytrzeszczyła nań oczy -- szmaragdowe płoszydła -- I objęła za nogi -- pokuśnica obrzydła.
Całowała uczenie, i łechtliwie i czule Oj da-dana, da-dana! -- tę drewnianą, tę kulę!
Parskał śmiechem dziadyga w kark poklękłej ułudy, Aż przysiadał na trawie, jakby tańczył przysiudy.
Aż mu trzęsła się broda i dwie wargi u gęby, Aż się kulą obijał o perłowe jej zęby!
-- „Czemuż jeno całujesz moją kłodę stroskaną? Czemuż dziada pomijasz aż po samo kolano?
Za wysokie snadź progi dla czarciego nasienia, Ty, wymoczku rusalny, -- ty, chorobo strumienia!
Pieszczotami to drewno chcesz pokusić do grzechu? Oj-da-dana, da-dana! -- umrę chyba ze śmiechu!” --
Spowiła go ramieniem, okręciła, jak frygą! -- „Pójdż-że ze mną, dziadoku -- dziaduleńku -- dziadygo!
Będę ciebie niańczyła na zapiecku z korali, Będę ciebie tuczyła kromką żwiru z pod fali.
Będziesz w moim pałacu miał wywczasy niedzielne, Będziesz pijał z mej wargi pocałunki śmiertelne!”
Pociągnęła za brodę i za torbę żebraczą Do tych nurtów pochłonnych, co się w słońcu inaczą.
Nim się zdążył obejrzeć, -- już miał falę na grzbiecie, -- Nim się zdołał przeżegnać, -- już nie było go w świecie!
Zakłębiły się nurty -- wyrównała się woda, Znikła torba dziadowska i łysina i broda!
Jeno kloc ten chodziwy -- owa kula drewniana Wypłynęła zwycięsko -- oj da-dana, da-dana!
Wypłynęła -- niczyja, nie należna nikomu, Wyzwolona z kalectwa, wypłókana ze sromu!
Brnęła tędy -- owędy szukająca swej drogi, Niby szczątek okrętu, co się wyzbył załogi!
Grzała gnaty na słońcu ku swobodzie, ku życiu, Zapląsała radośnie na swem własnem odbiciu!
I we żwawych poskokach podyrdała przez fale Oj da-dana, da-dana! -- w te zaświaty -- oddale!
DUSIOŁEK.
Szedł po świecie Bajdała, Co go wiosna zagrzała, -- Oprócz siebie -- wiódł szkapę, oprócz szkapy -- wołu, Tyteż tędy, co wszędy, szedł z nimi pospołu.
Zachciało się Bajdale Przespać upał w upale, Wypatrzył zezem ściółkę ze mchu po pod lasem, Czy dogodna dla karku -- spróbował obcasem.
Poległ cielska tobołem Między szkapą a wołem, Skrzywił gębę na bakier i jęzorem mlasnął I ziewnął w niebogłosy i splunął i zasnął.
Niewiadomo dziś wcale, Co się śniło Bajdale? Lecz wiadomo, że, szpecąc przystojność przestworza, Wylazł z rowu Dusiołek, jak półbabek z łoża.
Pysk miał z żabia ślimaczy, -- (Że też taki żyć raczy!) -- A zad tyli, co kwoka, kiedy znosi jajo. Milcz, gębo nieposłuszna, bo dziewki wyłają!
Ogon miał ci z rzemyka, Podogonie zaś z łyka. Siadł Bajdale na piersi, jak ten kruk na snopie, -- Póty dusił i dusił, aż coś warkło w chłopie!
Warkło, trzasło, spotniało! Coć się stało, Bajdało? Dmucha w wąsy ze zgrozy, jękiem złemu przeczy, -- Słuchajta, wszystkie wierzby, jak chłop przez sen beczy!
Sterał we śnie Bajdała Pół duszy i pół ciała, Lecz po prawdzie nie długo ze zmorą marudził, -- Wyparskał ją nozdrzami, zmarszczył się i zbudził.
Rzekł Bajdała do szkapy: Czemu zwieszasz swe chrapy? Trzebać było kopytem Dusiołka przetrącić, Zanim zdążył mój spokój w całem polu zmącić!
Rzekł Bajdała do wołu: Czemuś skąpił mozołu? Trzebać było rogami Dusiołka postronić, Gdy chciał na mnie swej duszy paskudę wyłonić!
Rzekł Bajdała do Boga: O, rety -- olaboga! Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka, Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?
ŚWIDRYGA I MIDRYGA.
To nie konie tak cwałują i uszami strzygą, Jeno tańczą dwaj opoje -- Świdryga z Midrygą.
A nie stęka tak stodoła pod cepów bijakiem, Jak ta łąka, żgana stopą srożej, niż kułakiem!
Zaskoczyła ich na słońcu Południca blada I Świdrydze i Midrydze i tańcowi rada.
Zaglądała im do oczu chciwie, jak do żłobu. -- „Który w tańcu mię wyhula, bom jedna dla obu?” --
-- „Moja będzie -- rzekł Świdryga -- ta pierś i ta szyja!” -- A Midryga pięścią przeczy: „Moja, lub niczyja!”
Ten ją porwał za dłoń jedną, a tamten za wtórą. -- „Musisz obu nam nastarczyć, skąpico-dziewczuro!”
A ona im prosto w usta dyszy bez oddechu, A ona im prosto w oczy śmieje się bez śmiechu.
I rozdwaja się porównu, rozszczepia się żwawo Na dwie dziewki, na siostrzane -- na lewą i prawą.
-- „Dosyć ciała dwoistego mamy tu na łące! „Tańcz-że z nami południami, dopóki jarzące!
„Jedna dziewka rak ma czworo i cztery ma łydy! Niech upoją nas do reszty twe słodkie bezwstydy!”
Nasrożyli się do tańca, jakgdyby do boju, -- Przysporzyli kwiatom zgiełku, łące -- niepokoju
Więc Świdryga pląsał z prawą, więc Midryga -- z lewą, Ten obcasem kurz zamiatał, a tamten -- cholewą.
Na odsiebkę, na odkrętkę i znów na odwrotkę, -- Podeptali macierzankę, błyszczkę i tymotkę!
Jeden wrzeszczał: „Konaj żywcem!” a drugi: „Wciornaści!” Tańcowali aż do zdechu i aż do upaści!
Aż poczuli, że dziewczyna życie w tańcu traci, I umarła jednocześnie we dwojej postaci.
„Pochowajmy owo ciało nie bardzo samotne. „Bo podwójne w tańcowaniu, a w śmierci dwukrotne.
„Pochowajmy na cmentarzu, gdzie za drzewem -- drzewo, „Zmówmy pacież obopólny -- za prawą i lewą.”
W dwóch ją trumnach ułożyli, ale w jednym grobie, -- A już huczy echo ziemne -- tańczą trumny obie!
Tańczą, ciałem nakarmione, syte i hulaszcze, Ukazując co raz w tańcu niedomkniętą paszczę
Tańczą, skaczą i wirują, klepką dzwonią w klepkę, Na odkrętkę, na odwrotkę i znów na odsiebkę!
Aż się kręci razem z niemi śmierć w skocznych lamentach, Aż się wzdryga wnętrznościami przerażony cmentach!
Aż się w sobie zatraciło błędne tańca koło, Aż się stało po pod ziemią huczno i wesoło!
Aż zmąciły się rozumy Świdrydze-Midrydze, Jakby wicher je rozhulał na wiatraka śmidze!
I rozwiała się w ich głowach ta wiedza pomglona, Gdzie jest prawa strona świata, a gdzie lewa strona?
W jakiej trumnie lewa dziewka, w jakiej prawa leży? I która z nich i do kogo po śmierci należy?
Tak im w oczach opętanych świat się cały miga, Że nie wiedzą, kto Świdryga, a kto z nich Midryga?
Jeno ujrzą otchłań śmierci czarną od ogromu: -- „A bądźcie tu, ludzie dobrzy, jak u siebie w domu!
Jedna trumna dla jednego, dla drugiego -- druga, W jednej wieczność prawem okiem, w drugiej lewem mruga.
Obłąkani nad przepaścią poklękali wzajem I na klęczkach zatańczyli tuż, tuż nad jej skrajem.
Tańcowali na czworakach, tańcowali płazem, Tak i nie tak -- i na opak -- razem i nie razem!
At wichrzeni w mrok dwóch trumien, jak dwa błędne wióry Powpadali w otchłań śmierci nogami do góry!
MAK.
Za chruścianym stanęła witakiem, A boginiak już czyhał za krzakiem, -- Pogiął kibić, zagarnął twarz białą I mięśniami pościskał jej ciało! A ty śpiewaj, śpiewulo, -- A ty zgaduj, zgadulo! I mięśniami pościskał jej ciało.
Tchem się swoim do tchu jej przedostał, Dreszczem nagłym dreszczowi jej sprostał, Sponiewierał wargami w ustroniu, Obezdolił pieszczotą na błoniu! A ty śpiewaj, śpiewulo, -- A ty zgaduj, zgadulo! Obezdolił pieszczotą na błoniu.
I wykochał jej nogi i ręce, I wykochał oddechy dziewczęce, I z chichotem odrzucił na siano Tę dziewczynę, przez niego ospaną! A ty śpiewaj, śpiewulo, -- A ty zgaduj, zgadulo! -- Tę dziewczynę, przez niego ospaną.
-- „Dokąd pójdę -- na które cmentarze? „Jak się Bogu na oczy pokażę? „Ni mi klęknąć na grzeszne kolano, „Ni przeżegnać się dłonią zbrukaną! A ty śpiewaj, śpiewulo, -- A ty zgaduj, zgadulo! „Ni przeżegnać się dłonią zbrukaną.”
Wspominając jego wargi ssące, Mak czerwony zerwała na łące. Pełna lęku i wstydu i zmazy Przeżegnała się makiem trzy razy! A ty śpiewaj, śpiewulo, -- A ty zgaduj, zgadulo! Przeżegnała się makiem trzy razy.
Rozewrzyjcie na nieba rozstaju Wszystkie wrota do mego wyraju, Bo ja w niebie dziewczynę mieć muszę Tę, co makiem przeżegnała duszę! A ty śpiewaj, śpiewulo, A ty zgaduj, zgadulo! Tę, co makiem przeżegnała duszę.
WIŚNIA
Rosła wiśnia w królewskim ogrodzie, Król ją ujrzał o słońca zachodzie. Ujrzał tajnym zapłonioną żarem I obłąkał swe zmysły jej czarem.
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
„Jedni wierzą w śpiewające ptaki, Inni w gwiezdne na błękicie znaki, A ja ciebie będę czcił w twej krasie, Wiśnio, wiśnio! Już ku zmierzchom ma się!”
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
„Uśmierz obłęd, ty -- zorzo zorzysta! Przejrzyj duszę do dna, bo zbyt mglista... W tym ogrodzie dwoje nas, jak dwoje”... I wyciągnął ku niej usta swoje.
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
I wyciągnął usta w żal zaklęty I skamieniał, szałem ogarnięty, I nie wiedział, że nie dni samotne, Jeno wieki mijają stokrotne.
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
Ona zdawna przez jego kochanie Nieśmiertelne pozyskała trwanie I, wtulona w nieuwiędłe liście, Płomieniała odtąd wiekuiście.
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
A on w mgłę się rozcieńczył obladłą, Ciało jego już w nic się rozpadło, Jeno ustom, by mogły całować, Wolno było w ogrodzie wiekować.
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
I śpiewały te usta do wiśni: „Brak nam oczu. Cóż ślepcom się przyśni? „Lecz, cokolwiek nam sądzono w niebie, „Nie przestaniem należeć do ciebie!”
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
Tędy właśnie szły dziewczęta młode, Podziwiały ust wiernych urodę: „Usta, usta, rozwarte do picia, „Jaki smutek stał się wam za życia?”
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
„Mogłybyście nie jednej dziewczynie, „Dać to szczęście, bez którego ginie! „Jakaż niemoc tak strasznie was więzi „Do tej wiśni, co trwa na gałęzi?”
Ach, nie po to się czerwienię, Żeby gasić twe pragnienie!
PIŁA
Idzie lasem owa zmora, co ma kibić piły, A zębami chłopców nęci i zna czar mogiły.
Upatrzyła parobczaka na schyłku doliny: -- „Ciebie pragnę, śnie jedyny, -- dyny moje, dyny!
„Pocałunki dla cię, chłopcze, w ostrą stal uzbroję, „Błysk -- niedobłysk na wybłysku -- oto zęby moje!
„Oczaruj się tym widokiem, coś go nie widywał, „Ośnij-że się tymi snami, coś ich nie wyśniwał!
„Połóż głowę na tym chabrze i połóż na maku, „Pokochaj mnie w polnym znoju i w śródleśnym ćmaku!”
-- „Będę ciebie kochał mocą, z którą się mocuję, „Będę ciebie tak całował, jak nikt nie całuje!
„Będę gardził dziewczętami, com je miał w swej woli, „Bo z nich każda od miłości łka, jak od niedoli.
„Chcę się ciałem przymiarkować do nowej pieszczoty, „Chcę się wargą wypurpurzyć dla krwawej ochoty!
„Chcę dla twojej dla zabawy tak się przeinaczyć, „Abym mógł się na twych zębach dreszczami poznaczyć!”
Zazgrzytała od rozkoszy, naostrzyła zęby: -- „Idę w miłość, jak chadzałam na leśne wyręby!”
Zaszumiała po nad nimi ta wierzba złotocha, -- Poznał chłopiec, czem w uścisku jest stal, gdy pokocha!
Całowała go zębami na dwoje, na troje: -- „Hej, nie jedną z ciebie duszę w zaświaty wyroję!”
Poszarpała go pieszczotą na nierówne części: -- „Niech wam, moje wy drobiażdżki, w śmierci się poszczęści!”
Rozrzuciła go podzielnie we sprzeczne krainy: -- „Niechaj Bóg was pouzbiera, ludzkie omieciny!”
Same chciały się uciułać w kształt wielce bywały, Jeno znaleźć siebie w świecie wzajem nie umiały.
Zaczęło się od mrugania ległych w kurzu powiek, -- Niewiadomo, kto w nich mrugał, ale już nie człowiek!
Głowa, dudniąc, mknie po grobli, szukająca karku, Jak ta dynia, gdy się dłoniom umknie na jarmarku.
Piersią, sobie przywłaszczoną, jar grabieżczo dyszy, Uchem, wbiegłem na wierzchołek, wierzba coś tam słyszy!
Oczy, wzajem rozłączone, tleją bez połysku, Jedno brzęczy w pajęczynie, drugie śpi w mrowisku.
Jedna noga po pod lasem uwija się w tańcu, Druga włóczy się na klęczkach po zbożowym łańcu.
A ta ręka, co się wzniosła w próżnię po nad drogą, Znakiem krzyża przeżegnała niewiadomo kogo!
KRÓLEWNA CZARNYCH WYSP.
Królewna Czarnych Wysp, podwójną bielą rąk Rozwidniająca zmierzch w miłosnych żądz pośpiechu, Rozdawczyni snów i mąk, Pełna zdrady, pełna grzechu, Całująca własne dłonie, Zanim czar utracą w zgonie, Dziś o północy w ogrodzie, W kwiatach, w rosach, w cieniu, w chłodzie Umarła.
W przedzgonnej, nagłej męczarni Wiła się po bujnej darni, W snach się wiła wciąż a wciąż, Szalejąc ku nocy jasnej, Aż zwinęła się, jak wąż, Dookoła śmierci własnej. Dzwonią w kościele.
Zbiegli się kochankowie na gwar dzwonów złoty, Złoty gwar wśród drzewnych cieni, Wszyscy smutni i zdradzeni, Zbłąkani wpośród tęsknoty. --„Smutki nasze -- srebrne taśmy „Wokół bioder królewny! „Pragnienie w śmierci ugaśmy, „Poranek nasz -- niepewny!” Tak to marzeń obyczajem Pozdrowiwszy się nawzajem, Na ramiona krzepkie, dumne Niewesołą wzięli trumnę I ponieśli nawprost słońca W pszczół wyroje, w żal bez końca, W sen o Bogu i o Maju. W nagłą pustkę na rozstaju, W spodziewaną poprzód grozę, W cień cmentarza, po pod brzozę, A, niosąc, wciąż kołysali, A, kołysząc, zamawiali, Żeby miała śmierć słodką.
Kopiąc wspólnie dół wśród ostu Najpierw w glinie, potem w głazie, Wspominali raz po razie, Że była topoli wzrostu.
--„Kopmy dół dla smutnej wieści, „Aż się topola pomieści, „I ułużmy do snu ciało „Tak, jakby samochcąc spało.”
Ułożyli, poprawili Raz i jeszcze, a po chwili Przyglądali się z pobrzeży Czy dość samochcący leży?
Naówczas gąsiory złote Ujęli po przez tęsknotę I wlewali miód do dołu I kolejno i pospołu, Wlewali go cienką strugą, Ale suto, ale długo. Żeby miała śmierć słodką.
Potem, lutnie nastroiwszy Do żalnego w śmierć okrzyku, By okazać ból żarliwszy, Stanęli w chóralnym szyku Według głosów, według losów Przeznaczonych od niebiosów, I chóralnie zaśpiewali Pieśni o wszelkiej oddali, O kalinie, która latem Zbłąkała się po za światem, O pośmiertnym w różach znoju I o wiecznym niepokoju, I śpiewali pieśni smutne, I miłosne i okrutne, Księżycowe i słoneczne, I wesołe i taneczne, Żeby miała śmierć słodką.
A gdy jej dusza, niby kropla z wiosła, Strącona z ziemi -- w ciemność się uniosła, Aniołowie, w locie biegli, Na spotkanie jej wybiegli, Bardzo senni, bardzo biali, Szalejąc w wieczności progach, Zagrobnie ją całowali I po rękach i po nogach, Żeby miała śmierć słodką.
Miałam ci ja śmierć słodką, Śmierć w kwiatach oniemiałą, Jakbym była lilją białą, Albo stokrotką. Złożyli mię kochankowie W grobie na wznak, jak w alkowie, Nie szczędzili mi w mych mękach Ni ostatniej na sen rady, Ni pieśni, ni miodnych trunków, A na nogach i na rękach Dotąd jeszcze czuję ślady Anielskich pocałunków! Pokój mym cieniom.
ZIELONY DZBAN.
To nie stu rycerzy, lecz sto trupów leży! Nie sto trupów leży, jeno stu rycerzy! A nie dla nich ruczaj dzwoni, A bór szumny od nich stroni, Jeno wicher we sto koni Znikąd ku nim bieży.
Wybiła godzina -- wiosna się zaczyna, Z chaty poprzez kwiaty wybiega dziewczyna, Dzban zielony, pełen wody, Niesie zmarłym dla ochłody W skwar śmiertelnej niepogody, Co w proch wargi ścina.
Stopy moje -- bose, skronie -- złotowłose, Kochałam, płakałam, zmarłym wodę niosę, Oczerstwijcie ból wasz słony, Smakiem śmierci podrażniony, Cały ranek w dzban zielony Ciułałam tę rosę.
Wypić -- wypijemy, lecz nie ożyjemy, Na polu w kąkolu żal się chwieje niemy, A my leżym z ziemią w zmowie
W tym tu rowie i parowie, Lecz nikt tego nie wypowie, Gdzie my teraz, gdzie my?
Jedyny dobytek -- ciszy w sobie zbytek I snu podziemnego żmudny bezpożytek. Nim sporządzisz dla nas sanie Na wieczyste zimowanie, Połóż wieniec na kurhanie Z kalinowych witek.
W waszem zgromadzeniu, w natłoczonym cieniu Jest taki, co maki kładł mi na ramieniu, Niech ze dzbana pije wodę, Niech przypomni lata młode, Gdy raz spojrzał w mą urodę W nagłem zachwyceniu!
Płyną dni niezłomne, czasy nieprzytomne, Nie wierzę, że leżę trzy lata ogromne! Mak pamiętam purpurowy, Ale twojej, dziewczę, mowy I tej złotej w słońcu głowy Już dziś nie przypomnę!
Chmurzą się błękity, płacze deszcz obfity, Na trawie w murawie leży dzban rozbity, Dzban rozbity leży, leży, A śpi pod nim stu rycerzy, A wiatr znikąd ku nim bieży, Kurzawą okryty!
ŚMIERCIE.
Chodzą Śmiercie po słonecznej stronie, Trzymający się wzajem za dłonie.
Którą z naszej wybierzesz gromady, By w cmentarne uprowadzić sady?
Nie chciał pierwszej, że nazbyt miniasta, Grób, gdy hardy, pokrzywą porasta.
Nie chciał drugiej, że nadmiernie złota, Nie zna ciszy, kto się tak migota.
Wybrał trzecią, co, choć bogulicha, Lecz tak cicha, że wszystko nacicha.
Coś za jedna, że podobasz mi się W swym bożystym na ziemi zarysie?
Zal mi przeżal ptaka, co odlata, Dla cię umrę z nieżalu do świata.
Blada jesteś, jak to słońce w zimie, -- Kędy dom twój i jak ci na imię?
Dom mój stoi na ziemi uboczu, A na imię nic nie mam, prócz oczu.
Nic w tych oczach nie mam, prócz wieczoru, Pewna byłam twojego wyboru.
Jeden zowąd śmierć sobie wybiera, Ale drugi tą śmiercią umiera.
Choć wybrałeś, nie wiedząc dla kogo, Zawszeć będę pamiętną i drogą.
Jestem śmiercią twej matki, co w chacie Uśmiechnięta czeka teraz na cię.
STRÓJ.
Miała w sadzie strój bogaty, Malowany w różne światy, Że, gdy w nim się zapodziała, Nie wędrując -- wędrowała. Strój koloru murawego, A odcienia złocistego, -- Murawego -- dla murawy, Złocistego -- dla zabawy.
Zbiegło się na te dziwy aż stu płanetników, Otoczyli ją kołem, nie szczędząc okrzyków.
Podawali ją sobie z rąk do rąk, jak czarę: -- „Pójmy duszę tym miodem, co ma oczy kare!”
Podawali ją sobie z ust do ust na zmiany: -- „Słodko wargą potłoczyć taki krzew różany!”
Porywali ją naraz w stu pieszczot zawieję: -- „Dziej się w tobie to samo, co i w nas się dzieje.”
Dwojgiem piersi ust głodnych karmiła secinę: -- „Nikt tak słodko nie ginął, jak ja teraz ginę!”
Szła pieszczota koleją, dreszcz z dreszczem się mijał, Nim jeden wypił do dna, -- już drugi nadpijał.
Kto oddawał -- dech chwytał, a kto brał -- dech tracił, A kto czekał za długo -- rozumem przypłacił!
Sad oszalał i stał się nieznany nikomu, Gdy ona, jeszcze mdlejąc, wróciła do domu.
Miała w oczach ich zamęt, w piersi -- ich oddechy, I płonęła na twarzy od cudzej uciechy!
-- „Jakiż wicher warkocze w świat ci rozwieruszył?” -- „Ach, to strzelec -- postrzelec w polu mnie ogłuszył!”
-- „Co za dreszcz twojem ciałem tak żarliwie miota?” -- „Śniła mi się w śródlesiu burza i pieszczota!”
Mać ją, płacząc, wyklęła, -- ojciec precz wyrzucił, Siostra łokciem skarciła, a brat się odwrócił.
A kochanek za progiem z pierścieni ograbił, I nie było nikogo, ktoby jej nie zabił.
I nie było nikogo, ktoby nie był dumny, Że ją przeżył, gdy poszła wraz z hańbą do trumny.
Tylko Bóg jej nie zdradził i ślepo w nią wierzył I przez łzy się uśmiechał, że ją w niebie przeżył.
-- „Ty musisz dla mnie poledz na śmierci wezgłowiu, „A ja muszę dla ciebie trwać na pogotowiu!
„Ty pójdziesz tą doliną, gdzie ustaje łkanie, „A ja pójdę tą górą na twoje spotkanie.
„Ty opatrzysz me rany, ja twych pieszczot ciernie, „I będziem odtąd w siebie wierzyli bezmiernie!”
Miała w trumnie strój bogaty, Malowany w różne światy, Że, gdy w nim się zapodziała, Nie wędrując -- wędrowała. Strój koloru murawego, A odcienia złocistego, Murawego -- dla murawy, Złocistego -- dla zabawy.
DĄB.
Zaszumiało, zawrzało, a to właśnie z dąbrowy Wbiegł na chóry kościelne krzepki upiór dębowy I poburzył organy rąk swych zmorą nie zmorą, Jakby naraz go było wespół z gędźbą kilkoro. Rozwiewała się, trzeszcząc, gałęzista czupryna, I szerzyła się w oczach niewiadoma kraina. A on piersi wszem dudom nastawił po rycersku, A w organy od ściany uderzał po siekiersku!
Graj-że, graju, graj, Dopomóż ci Maj, Dopomóż ci miech, duda I wszelaka ułuda!
Bił prawicą na lewo, a lewicą na prawo, Pokrzyżował ryk z jękiem, a lamenty ze wrzawą, Aż z tej dudy -- marudy dobył dłonią sękatą Pieśń od wnętrza zieloną, a po brzegach kwiaciatą. Wyszli święci z obrazów, bo już mają we zwyku, Że się garną śmierciami do śpiewnego okrzyku. I Bóg przybył skądinąd, niebywały w tej porze, Niebywały, lecz cały zasłuchany! O, Boże!
Graj-że, graju, graj, Dopomóż ci Maj, Dopomóż ci miech, duda I wszelaka ułuda!
Grał ci drzewne obłędy, sen umarłej zieleni, Rozpacz liści, porwanych wirem zimnych strumieni, I grał marsze żałobne muchomorów, co kroczą Jedną nogą donikąd, kiedy zgon swój zaoczą. I grał o tem, jak mszary jeno milczą a milczą, Jak śmierć leśna śpi nawznak pod jagodą pod wilczą, I jak rosa bez oczu swemi łzami się nęka, I jak drzewo pod ziemią w nagły żal się rozklęka!